''Guappecarto'': kurtka, kapelusz i skrzypce

Artykuł opublikowany 11 lutego 2013
Artykuł opublikowany 11 lutego 2013
Kiedy myślisz o podróży, myślisz o muzyce i nawet jeśli jeszcze tego nie wiesz, myślisz o ''Guappercarto'’. Wędrowni muzycy z wielką energią, ale przede wszystkim ''tekturowi łotrzy'' (''guappi di cartone'') - którzy wybrali dla siebie autoironiczną nazwę. Kilka lat temu muzycy wyemigrowali do Francji, gdzie tworzą własne melodie, łącząc dźwięki wschodnie ze śródziemnomorskimi rytmami.
W ten sposób powstaje nowa muzyczna mieszanka o zapachu morza. Zespół cafebabel.com spotkał się z nimi we włoskiej kawiarni literackiej ''Marcovaldo'' - ulubionym miejscu ''papierowych łotrów'' w Paryżu.

Cafebabel: Przede wszystkim: skąd nazwa Guappecarto?

Ponieważ jesteśmy ''guappi'', ale tylko na pozór. ''Guappo'' pochodzi z hiszpańskiego i znaczy ''piękny'', ale w języku włoskim ma inne znaczenie - to osoba, która wzbudza strach i ma kontakty z mafią. Największą zniewagą dla takiej osoby jest określenie jej ''di cartone'' (''tekturowa''). My jesteśmy właśnie takimi ''guappi'', w dodatku w łotrzykowskich kurtkach i kapeluszach. Ludzie początkowo boją się nas, później z nami rozmawiają, słuchają naszego śpiewu i dopiero wtedy przekonują się do nas.

CB: Kim jesteście, skąd pochodzicie i jak się poznaliście?

Malamente, Frank i ówczesny kontrabasista poznali się w szkole lutniczej w Gubbio. Po kilku miesiącach dołączyłem do nich jako akordeonista, mimo że wcześniej grałem na tamburynie. Wyjechaliśmy z Perugii w 2004 roku dzięki naszej artystycznej mamie, Madeleine Fisher, która zabrała nas do swojego muzycznego raju - wiejskiego domku między Gubbio a Perugią. Dzięki temu doświadczeniu zrozumieliśmy dwie rzeczy: po pierwsze, zauważyliśmy, że mamy braki techniczne, ale wiele nas łączy…

CB: A po drugie?

Po drugie, że nie potrzebujemy wokalistów - liczy się tylko muzyka. To była zbieżność intencji i celów. W 2007 roku zostaliśmy we trzech, a dzisiaj gramy w składzie z nowym kontrabasistą i perkusistą.

CB: Po Perugii przyszedł czas na Paryż i Francję.

To był czysty przypadek. W sierpniu2005 roku rozpoczęliśmy muzyczną wycieczkę na północ. Zatrzymywaliśmy się tylko po to, żeby zatankować benzynę za pieniądze z kapelusza. W ten sposób dojechaliśmy aż tutaj, do Paryża.

CB: Wasze melodie są umiejętnym połączeniem jazzu i dźwięków zaczerpniętych z cygańskiego folkloru. Jaki wpływ mają oba te źródła?

Wpływów jest bardzo wiele… ale nigdy zanadto. Każdy z nas ma inne doświadczenia muzyczne i stara się wnieść swój wkład. Ja w wieku 16 lat grałem muzykę metalową. Malamente był punk-rockowcem, a Frank grał bluesa, dużo bluesa, ale także reggae. Zaś nasz perkusista, ''O Professore'', bardziej związany z hippisami i folkiem

CB: Wasza muzyka jest też określana jako ''cygańska''.

Muzyka cygańska ma ściśle określone ramy, w które my się nie wpisujemy. Czerpiemy inspirację z różnorodnych źródeł. Jazz także do nich należy, fakt ten nie rodzi jednak improwizacji. Nasza muzyka jest efektem skrupulatnej pracy. Siadamy w okręgu i próbujemy zagrać to, co nucimy.

CB: Muzyka improwizowana?

Podczas tworzenia tak, ale nie na koncertach. To nasz wybór stylistyczny. Musieliśmy się nauczyć grać, jako ''Guappecarto''. Rozwinęliśmy się także pod względem kompozycyjnym. Wszystko jest zamierzone, przemyślane, przedyskutowane... i wykłócone.

CB: Jeśli nie gracie muzyki cygańskiej, skąd w takim razie określenie ''cygan''?

To pojęcie związane z podróżowaniem, poczuciem wolności. Nie mamy nic wspólnego z muzyką bałkańską, cygańską, jeśli nie liczyć kilku dźwięków na skrzypcach. Nasza muzyka to wyzwanie. Od ośmiu lat próbujemy wytłumaczyć ludziom, że to nie jest muzyka cygańska.

CB: Teraz jesteście w trasie?

Przejechaliśmy Niemcy, Francję, byliśmy w Hiszpanii i w Portugalii. Cena naszej płyty jest wynikiem kryzysu, PKB i spreadu: od 15 euro w Niemczech, 10 we Francji oraz 5 w Portugalii i we Włoszech. Rynek nie jest jednorodny.

CB: Często wracacie do Włoch?

Tak, ale tracimy ochotę na organizowanie tam koncertów, mimo rekomendacji i przyjaciół, którzy organizują duże festiwale w moim regionie - Bazylikacie. Nie mówią nam ''nie''. Żeby chociaż! Trzymają nas w niepewności, zwykli mówić: ''Zobaczymy. Wszystko jest załatwione, ale jeszcze nie znamy budżetu. Ile chcecie za koncert?”. To smutne, bo kochamy grać na naszej ziemi.

CB: W Paryżu pewnie spotykacie bardzo wielu Włochów?

Społeczność włoska jest liczna. Mamy szczęście towarzyszyć w Paryżu wielkiemu Włochowi, Tonino Cavallo, który jest tutaj od 35 lat i tworzy muzykę ludową. To nam się podoba. Gra w sposób prosty, pierwotny, tak, jak to robiono dawniej. Graliśmy z nim dla imigrantów drugiej generacji. To właśnie oni są najbardziej związani z ideą Włoch. Przy nich nie można sobie pozwolić nawet na najmniejszą krytykę dzisiejszych Włoch, lepiej ograniczyć się do grania taranteli.

CB: Plany na przyszłość?

Za kilka dni ukaże się nasz pierwszy album w nowym składzie. Ostatnio jednak odkryliśmy nowe perspektywy: chcielibyśmy stworzyć przedstawienie teatralno-taneczne, inspirowane naszym albumem.

CB: Takie połączenie jest w modzie tutaj, w Paryżu …

Tak, nawet bardzo. Ale chcemy uniknąć imitacji. Pomysł jest taki, żeby zmienić formułę tradycyjnego koncertu. Chcemy stworzyć wydarzenie muzyczne, trwające przynajmniej 12 godzin – zajęlibyśmy przestrzeń, bez sceny.

CB: Zaczęliście od grania na ulicy, czyli wracacie do korzeni?

Też. Jesteśmy w momencie przejściowym. Klasyczny model produkcji muzycznej dzisiaj już nie działa. Można dotrzeć do publiczności wprost, bez pośredników: zespół inwestuje w wydanie albumu, kawałków, potem idzie z tym wszystkim na ulicę, jak to się robiło kiedyś… i to działa!

Fot.: W tekście (cc) Giacomo Rosso; Film (cc) TheGuappecarto/YouTube