Guerrilla gardening: zmień swoje miasto w swój ogród

Artykuł opublikowany 14 marca 2011
Artykuł opublikowany 14 marca 2011
Są bojówkami? Ekologami? Strzelają nasionami? Przybrani w barwy ochronne sadzą po kryjomu rośliny? Cafebabel.com przemierza place i aleje Berlina tropem guerilla gardening, popularnej inicjatywy mającej na celu zakorzenienie kultury ekologicznej w miastach.

Z nazwy przywodzące na myśl akcje podziemne czy też walkę, w rzeczywistości „guerilla gardening” nie ma z tym nic wspólnego. Jedni uważają ruch za rodzaj rebelii, inni za inicjatywę mająca uczynić miasta bardziej zielonymi, jeszcze inni za zdrowsze podejście do tego, co jemy. Nie jest to działanie ani legalne ani nielegalne, należy do szarej strefy, ziemi niczyjej. A polega po prostu na sadzeniu roślin na nie swoim kawałku terenu.

Zasiać inny świat

Na pewnym odcinku alei Bethaniendamm, na samym środku ulicy rosną warzywa. Na drewnianej desce wbitej w ziemię zielony napis: „Można zasiać inny świat”. Hans Heim wylicza, że teren ten należący do dawnego szpitala był pierwszym w skali Niemiec polem działalności guerilla gardening. Dziś sąsiedzi uprawiają tu wszelkiego rodzaju jadalne rośliny, ale początki nie były łatwe: „Gdy Rada Miasta zdecydowała się na ponowne zagospodarowanie tej ziemi, chcieliśmy zaangażować w to ludzi. Stworzyliśmy razem projekt i zaproponowaliśmy wykorzystanie terenu pod zasiew” – wyjaśnia Hans, jeden z autorów pomysłu. Odpowiedź władz miejskich była negatywna: chcieli stworzyć tam tereny zielone, ale nie planowali ogródków.

„Zaprotestowaliśmy, ponieważ plany miasta były pomyślane jedynie dla bogatych, podczas gdy wykorzystanie terenu pod uprawę było w interesie publicznym”. Tak że z braku legalnej zgody zdecydowali się na okupację terenu. Na początku przepędziła ich policja, ale jak opowiada Hans: „musieli zauważyć w inicjatywie jakieś niebezpieczeństwo”. Tak więc burmistrz Klaus Wowereit wynegocjował z nimi przydział na dobrych warunkach 2 000 metrów kwadratowych, które ostatecznie okazały się być 1 000. Nie płacą jednak za dzierżawę ani za wodę, mają glebę dobrej jakości i małą altanę na narzędzia, choć nie mogą nic konstruować, budować ogrodzenia, ani zajmować więcej terenu.

Hans, na emeryturze po wieloletniej pracy jako taksówkarz, zdecydował poświęcić się temu przedsięwzięciu w imię „odwrócenia się od kapitalizmu” i czerpie z tego satysfakcję. Na dzień dzisiejszy około sześćdziesięciu sąsiadów uprawia tutejszą ziemię. „I wielu innych jest zainteresowanych udziałem w Ton Stein Garten, zapewnia inny uczestnik, Malte Zacharias. „Nie sadzimy niczego w tajemnicy, jak sądzą niektórzy” – podkreśla. Generalnie chodzi o wykorzystanie wspólnej ziemi na rzecz wspólnego interesu.

Ziemniaki nie są z supermarketu?

Historia Prinzessinnengarten zaczyna się na Kubie. Robert Shaw powrócił z podróży na wyspę ze zdjęciem w walizce: ludzie uprawiający własną żywność w mieście, wspólnie młodzi i starsi, tak że wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. 

Dlaczego nie zrobić czegoś podobnego w Berlinie? On i jego towarzysz Marci Clausen tworzą organizację non-profit i szukają w mieście terenu pod uprawę. W ten sposób dzięki pomocy przyjaciół, sąsiadów i współpracowników, przekształcają Moritzplatz w lecie 2009 r. Sprzątają teren, konstruują miejski ogród organiczny i zbierają pierwsze owoce swojej pracy. 

Tworzenie miasta ogrodów odbywa się na zasadzie wolontariatu. „Chętni poświęcają swój czas, a w zamian mogą się czegoś nauczyć” - wyjaśnia Marco. „Podstawowym zadaniem nie jest sadzenie, ale zgromadzenie ludzi i uczynienie ich odpowiedzialnymi za cały proces. Jedzenie czegoś, co sam zasadziłeś, to zupełnie inne przeżycie”. Bioróżnorodność jest kolejnym pryncypium i dlatego uprawia się tu pewne gatunki, których nie znajdzie się w sklepach. Aktywiści współpracują ze szkołami, w których uczą, że grzyby nie pochodzą z supermarketu. Prowadzą również własną kafejkę, gdzie można spróbować dań przygotowanych z uprawianych warzyw. „Jedzenie jest powiązane z przyjemnością i dzięki temu może zjednoczyć wielu ludzi”, wyjaśnia Marco. 

To, co może oznaczać kępa kwiatów

Czasem w miastach sadzone są drzewa, na chodnikach co kilka metrów, otoczone niewielkim kawałkiem ziemi. A gdyby te placyki to nie była tylko ziemia, ale kwiaty i zioła? – zadał sobie pewnego dnia pytanie student rysunku, Frank Daubner. I z tej tak prostej idei, aby z szarych miast uczynić zielone, narodził się Grünt Mint, z początku projekt uniwersytecki. Frank podjął się dystrybucji nasion na ulicach, wyjaśniając przy okazji pomysł i udzielając rad, jak stworzyć własny ogródek. Wyniki były bardzo pozytywne. Ponad pięć lat później, projekt nadal działa. Po tym, jak pomysłodawca przeprowadził się do innego miasta, ster przejął Arvid Hagedorn: „Niektórzy sponsorzy pomogli nam w kontynuacji przedsięwzięcia i zorganizowaliśmy nawet konkurs na najładniejszy ogródek”.

Mimo że niektórzy boją się reakcji sąsiadów, władze miejskie wyjaśniają, że dopóki uprawia się kwiaty czy zioła, nie ma problemu. „Szkoda, że ludzi nie obchodzi ich miasto. To miejsce, gdzie żyjemy” - żałuje Arvid. Miasto jest własnością wspólną i nie wszyscy chcą, by zapełniło się „domami bogatych”. Kwiaty na chodnikach nie są jedynie ozdobą, ale znakiem, że „mamy pomysł na miasto, w którym żyjemy”. 

Fot. głowne (cc) chelscore/ Flickr, Malte Zacharias: Ester Arauzo. wideo: YouTube.com