Historia Belga, który przebiegł 10 kilometrów w Korei Północnej

Artykuł opublikowany 8 czerwca 2017
Artykuł opublikowany 8 czerwca 2017

Zebrał grupę przyjaciół, powiedział im o maratonie w Pjongjangu, pojechał z nimi do Korei Północnej i wygrał 10-kilometrowy wyścig. 9 kwietnia Olivier Dauw dokonał czegoś szalonego. Teraz Belg opowiada o swoim pobycie w tym tajemniczym państwie. 

Olivier to prawdziwy obieżyświat. Po zdobyciu dyplomu inżyniera przez kilka lat pracował w zawodzie. Potem obrał kurs na Afrykę, aż w końcu trafił do Singapuru, gdzie obecnie pracuje dla Ubera. W międzyczasie jednak znalazł czas na podróż do Korei Północnej, gdzie wziął udział w 10-kilometrowym biegu i zebrał kilka ciekawych doświadczeń.

cafébabel: Jak dowiedziałeś się o biegu?

Olivier Dauw: Przez przypadek. W zeszłym roku mój znajomy brał w nim udział. Pomyślałem sobie wtedy „Muszę tam pojechać!” Wypytałem go o szczegóły, a potem zebrałem grupę znajomych i polecieliśmy razem.

cafébabel: Jest tyle podobnych wydarzeń na świecie. Dlaczego akurat to?

Olivier Dauw: Szczerze mówiąc, bieg nie był głównym celem naszego wyjazdu. Chodziło bardziej o możliwość pobytu w Korei Północnej. Ten maraton to jedyne międzynarodowe wydarzenie organizowane w tym kraju. Stwierdziliśmy, że fajnie będzie za jednym zamachem trochę pozwiedzać i wziąć udział w tak wyjątkowej inicjatywie.

cafébabel: Kto jeszcze brał udział w wyścigu?

Olivier Dauw: Zawodnicy przyjechali z całego świata – spotkaliśmy ludzi z Europy, Australii, Azji, Ameryki i tak dalej. Nie było jednej dominującej nacji. Każdy może wziąć udział, oprócz obywateli Korei Południowej i Malezji. Po zamachu na przyrodniego brata Kim Dzong Una w Malezji nie mogą oni przekroczyć granicy Korei Północnej. W wyścigu może startować maksymalnie 800 obcokrajowców. Oczywiście wielu ludzi z Korei Północnej też biegnie, w tym wiele dzieci, którym rodzice z rodzinami kibicują na ulicach. Korea Północna nie oferuje zbyt wielu sposobów spędzania wolnego czasu, bieganie jest więc popularną rozrywką.

cafébabel: Jak układały się relacje z lokalną społecznością?

Olivier Dauw: Mieliśmy kontakt głównie z ludźmi mówiącymi po angielsku. To swego rodzaju klasa wyższa: przewodnicy, pracownicy hoteli, muzeów i inni. Ci ludzie są szkoleni, jak powinni postępować z obcokrajowcami. To nie są zwykli, szarzy obywatele pracujący w polu. Rozmawialiśmy z nimi na wiele tematów, ale nie mogliśmy do końca wiedzieć, czy mówią to, co naprawdę myślą, czy to, czego zostali nauczeni.

cafébabel: Na pewno masz jakąś ciekawą anegdotkę...

Olivier Dauw: Każdego wieczoru jedliśmy kolację w restauracji. Zawsze trzymaliśmy się w małych grupkach turystów. Ale raz usiedliśmy koło koreańskiej rodziny i zaczęliśmy ich trochę zagadywać. Wtedy oni szybko poprosili o rachunek, zapakowali jedzenie do toreb na wynos i wyszli. Chyba się bali, że mogą nam powiedzieć coś, czego nie powinni.

cafébabel: Niewielu ludziom udaje się dostać za „żelazną kurtynę”. Jakie było twoje pierwsze wrażenie po przekroczeniu granicy?

Olivier Dauw: Pierwsze wrażenie było dość zwyczajne. Na lotnisku wszystko odbywa się jak w każdym innym państwie. Kontrole są jednak bardzo dokładne – trzeba otworzyć bagaże, a czasem proszą o włączenie komputera i sprawdzają zawartość. Szukają zwłaszcza informacji o Korei Północnej. Chodzi o to, aby Koreańczycy nie dowiedzieli się za dużo o zewnętrznym świecie.

cafébabel: Jak wyglądała organizacja wyjazdu?

Olivier Dauw: Ze względu na limit 800 obcokrajowców zgłosiłem się już w listopadzie. Na początku grudnia nie było już wolnych miejsc. Jeśli chodzi o pieniądze, wydałem na organizację wszystkiego 1400 dolarów, łącznie z wizą – wylatywałem z Pekinu, a mój pobyt trwał cztery dni. Na miejscu nie wydawaliśmy dużo, głównie na pamiątki i drinki w barach.

Zagraniczni uczestnicy byli zakwaterowani w dwóch hotelach. Jeden znajdował się na półwyspie połączonym z miastem za pomocą mostu, drugi w centrum. Obsługa była na wysokim poziomie i nie mogliśmy się na nic skarżyć. Pojawiły się jednak innego rodzaju niedogodności. Nie było steków ani frytek, musieliśmy zadowolić się lokalnym jedzeniem: zimnym makaronem i kimchi, czyli kapustą w pikantnym sosie. Internetu ani zasięgu też nie było. Nawet nie wziąłem ze sobą telefonu – wolałem zostawić go w Pekinie.

cafébabel: Wiele dyskutuje się o kwestii wolności słowa w Korei Północnej. Czy przed biegiem dostaliście jakieś specjalne polecenia?

Olivier Dauw: Dostaliśmy małą instrukcję na piśmie zawierającą zasady, jakich musieliśmy przestrzegać podczas biegu. Nie było tam żadnej propagandy ani żadnych symboli narodowych. Zasady były dosyć ostre, ale żaden z urzędników nie rozmawiał z nami osobiście na ten temat. Na wyścig wszyscy musieliśmy założyć oficjalne koszulki w barwach Korei Północnej. Z szacunku dla miejscowej kultury, na oficjalne uroczystości nie mogliśmy założyć krótkich spodenek ani t-shirtów.

cafébabel: Jak wyglądało przemieszczanie się po kraju?

Olivier Dauw: Obcokrajowcy nie mogą swobodnie poruszać się po kraju. Muszą zgłosić się do biura podróży, a to oznacza, że zawsze jest przy tobie przewodnik. Trzeba trzymać się pewnych zasad – na przykład jeśli robisz zdjęcia, musisz sfotografować posągi przywódców w pełnej krasie, z krajobrazem w tle, aby uchwycić ich monumentalność. Podarcie lub wyrzucenie państwowej gazety może być uznane za obelgę.

Raz musiałem usunąć zdjęcia, które robiłem niedaleko granicy z Koreą Południową. Sfotografowałem wieżę z antenami, okazało się, że to jakieś budynki o charakterze wojskowym. Ogólnie trzymaliśmy się ustalonych zasad, więc wszystko było w porządku. W wielu krajach rozwijających się nie można robić zdjęć na lotniskach czy w ambasadach.

cafébabel: Czuliście się niezręcznie będąc pod ciągłym nadzorem?

Olivier Dauw: Nie, może z wyjątkiem wizyty w strefie zdemilitaryzowanej. Wizyta była bardzo szybka i chaotyczna. Zwiedzaliśmy wielkie sale z mnóstwem dokumentów o wojnie koreańskiej, ale wpuścili nas tam tylko na kilka minut. Nie chcieli, abyśmy mogli zbyt dobrze przyjrzeć się eksponatom i abyśmy zadawali za dużo pytań. Na granicy widzieliśmy żołnierzy, którzy mieli nas powstrzymać, gdybyśmy zechcieli uciekać. To było dziwne.

cafébabel: Korea Północna to jedno z najbardziej izolowanych państw świata. Wiele razy oskarżano tamtejsze władze o łamanie praw człowieka. Czy nie masz wrażenia, że udział w takim wydarzeniu jest formą poparcia dla reżimu?

Olivier Dauw: Rozumiem ten punkt widzenia, choć się z nim nie zgadzam. To prawda, że turystyka zapewnia reżimowi dodatkowe wpływy – Koreę Północną odwiedza co roku około 5 tysięcy turystów. Każdy z nich wydaje około 1500 dolarów, to daje łącznie 7,5 miliona dolarów rocznie. To nie są duże pieniądze w skali kraju. Chociaż wizyty zagranicznych turystów mogą być widziane jako znak akceptacji dla panującego reżimu, goście z zagranicy pokazują Koreańczykom z Północy, że jesteśmy tacy sami jak oni i nie mamy wobec nich wrogich zamiarów. Ogólnie więc plusów jest więcej niż minusów.