Hiszpania przed wyborami: o jedną cyberkroplę za dużo

Artykuł opublikowany 5 kwietnia 2011
Artykuł opublikowany 5 kwietnia 2011
22 maja tego roku Hiszpanie zadecydują przy urnach o przyszłości politycznej większości wspólnot autonomicznych i miast. Ten sprawdzian zapewne będzie trudny i dla rządu, i dla opozycji, a jego wyniki mogą się okazać nie do przecenienia przed wyborami do parlamentu w roku 2012. Zarządzanie kryzysem i niedawne wprowadzenie tzw. Ustawy Sinde [od nazwiska hiszpańskiej Minister Kultury, przyp. red.
] zmobilizowały buntowników i niezadowolonych, którzy już zaczynają się organizować w sieci.

Zrezygnowanie i przesyt to słowa, które ostatnio najczęściej daje się usłyszeć od Hiszpanów, mimo że nie zalewają oni ulic protestami. Według danych ostatniego barometru CIS (Centrum Badań Socjologicznych), prawie 80% wymienia bezrobocie (które w lutym pobiło nowy rekord osiągając 4,3 mln, jeden z najwyższych wskaźników w Unii Europejskiej) jako swoje główne zmartwienie. I jest to problem, niezależnie od wieku ani na wykształcenia. Wskutek 40-procentowego bezrobocia wśród młodych, wielu dwudziestolatków zdecydowało się mniej wydawać w barach, a w zamian za to uczęszczać na lekcje niemieckiego, robiąc sobie w ten sposób nadzieje na dołączenie do tej grupy Hiszpanów, którym kanclerz Niemiec Angela Merkel obiecała pracę u siebie. W związku z tym w niektórych salach uczelnianych już nie mówi się o rozwiązaniach na rynku pracy, ale o „tym, co powiedziała Merkel”.

Nieruchomości stoją na korupcji

Po bezrobociu i ekonomii ogólnie, trzecie miejsce wśród niepokojów Hiszpanów zajmuje klasa polityczna, a ta według wielu wymaga głębokiej odnowy. Powodów jej zużycia jest wiele, ale góruje nad nimi poziom korupcji w państwie, której nawet poświęcono osobne hasło na Wikipedii. Korupcja, zwyczajowa bohaterka nie tylko młodej, ale także niedoświadczonej hiszpańskiej demokracji, ukazała się w całej okazałości wraz z wybuchem bańki budowlanej, kiedy światło dzienne ujrzały liczne podejrzane wątki planów zabudowy miast, w których rzekomo było zamieszanych wielu polityków. Od tamtej pory Hiszpanie przyzwyczaili się, że ich śniadaniu towarzyszą informacje o policji wchodzącej do ratuszy, żeby przejrzeć ich rachunki.

Tradycyjny dwupartyjny podział między PP (Partia Ludowa) i PSOE (Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza) wstrząsany skandalami i problemami, które co kilka lat doprowadzają do wymiany rządu, też już nie wydaje się być w pełni formy. W Internecie rodzą się ruchy społeczne wynikłe z politycznego niezadowolenia. Jak choćby „No les votes” („Nie głosuj na nich”), który wzywa do zmiany konfiguracji w izbach parlamentu oraz do dania nauczki przy urnach największym partiom (PP, PSOE i CiU) i przekazania władzy innym formacjom politycznym.

W czasie gdy ostatnie sondaże przedwyborcze wskazują na przewagę obecnej partii opozycyjnej, która o 10 pkt. procentowych góruje nad PSOE, żaden z polityków na szczeblu państwowym nie cieszy się więcej niż 4% głosów. A „No les votes” staje się swoistą kontrkampanią na rzecz tego – jak wyjaśnia Enrique Dans, jeden z jej pomysłodawców – „żeby ludzie nie głosowali na partie, które już pokazały, że tworzą prawo będące w sprzeczności z interesem obywateli”.

Oburzenie mobilizuje się

Głównym celem tego ruchu jest raczej „zwrócenie uwagi na złą kondycję niż samą formę uprawiania polityki” oraz pokazanie, że „nie można rządzić wbrew tym, którzy cię wybrali”, jak utrzymuje Dans, profesor madryckiej IE Business School i uznany bloger.

Owa grupa, której akt założenia bierze się z oburzenia wywołanego wprowadzeniem tzw. Ustawy Sinde pozwalającej na zamykanie witryn internetowych, z których można nielegalnie ściągać pliki, chce zachęcić mieszkańców do refleksji [ustawa w początkowej formie pozwalała na zamykanie portali uważanych za pirackie bez wyroku sądu, ale w tej formie została odrzucona; jej ostateczny kształt uchwalony 6 marca 2011 r. zakłada orzeczenie sądowe, jednak dla zwolenników wolnego internetu pozostaje pierwszym krokiem w stronę cenzury, tym bardziej, że jak ujawnił WikiLeaks na uchwalenie ustawy naciskały Stany Zjednoczone]. Prawo ta zostało określone przez niektóre kraje Unii Europejskiej jako „miękkie”. Jednak dla Dansa „nie jest miękkie, a absurdalne. Jest źle skonstruowane (…). To kropla, która przepełniła czarę goryczy”. Profesor wzywa także do „regulowania i adaptacji własności intelektualnej do wymogów dzisiejszych czasów”. Jednocześnie Stany Zjednoczone wskazują na Hiszpanię jako piracki raj. Tekst ten, który został zatwierdzony głosami PP, PSOE i CiU, stanowi końcowy ustęp tzw. Ustawy o Zrównoważonej Gospodarce (la Ley de Economía Sostenible). Polemika już od pierwszego jej projektu odbiła się szerokim echem zarówno wśród internautów, jak i twórców, a nawet doprowadziła do dymisji przewodniczącego Hiszpańskiej Akademii Sztuki Filmowej, Alexa de la Iglesia, który publicznie wyrażał swój sprzeciw wobec dokumentu.

Czy owa ustawa jest wisienką na torcie kryzysu, który Hiszpanie jedzą teraz codziennie? 22 maja okaże się, do jakiego stopnia rozpanoszyła się atmosfera pesymizmu, która może sprawić, że największe hiszpańskie partie polityczne utkną w martwym punkcie.

Fot. główne: (cc) zorenne/Flickr