Humaniści – feminiści, którzy boją się feministek

Artykuł opublikowany 22 kwietnia 2015
Artykuł opublikowany 22 kwietnia 2015

Wyobraź sobie, że jesteś na moim miejscu i właśnie kłócisz się z kumplem na temat dennych raperów, którzy sprowadzają kobiety do roli obiektów seksualnych. On uważa to za zabawne, a w tobie krew się gotuje. „Na szczęście” – mówisz – „są tacy raperzy jak Akro, którzy nie boją się powiedzieć głośno, że są feministami”. I tu się zaczyna ostra wymiana zdań.

Kumpel wydaje się zdumiony. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że on nie ma pojęcia, co oznacza słowo „feminizm”, które w najlepszym przypadku utożsamia z gangami wściekłych sekutnic. A przecież jest 2015 rok i każdy powinien zdawać sobie sprawę, że feminizm nie jest synonimem do mizoandrii.

Jak powiedziała Emma Watson w swoim przemówieniu z okazji inauguracji kampanii HeForShe: „definicja feminizmu zasadza się w przekonaniu, że mężczyźni i kobiety powinni mieć takie same prawa i możliwości. To teoria politycznej, gospodarczej i społecznej równości płci”.

W podobny sposób i ja staram się wytłumaczyć kumplowi całą sprawę, uświadamiając mu, że to są poważne tematy. W dzisiejszym świecie nadal istnieją kobiety, które nie mają prawa do edukacji, prowadzenia samochodu, albo które na zebraniach muszą siedzieć na podłodze, bo na krzesłach mogą siedzieć tylko mężczyźni. Dziś nadal istnieją kraje, w których na porządku dziennym są gwałty bez żadnych konsekwencji. Istnieją także prezydenci (Turcji), którzy publicznie ogłaszają, że kobiety nie powinny być uznawane za równe mężczyznom. W tym świecie nadal jedna na trzy kobiety pada ofiarą przemocy domowej. Skandaliczna, niemoralna, oburzająca i szokująca to tylko niektóre z przymiotników, przy pomocy których możemy opisać tę sytuację.

Na szczęście, w ciągu ostatnich lat ruchy feministyczne zaczęły cieszyć się rosnącym zainteresowaniem, co niestety nie dotyczy słowa „feminizm”. Również coraz więcej znanych osobistości publicznie wypowiada się na ten temat. Christina Aguilera zrobiła to (wprawdzie ordynarnie) w swoim klipie „Can’t Hold Us Down”. Beyoncé dała wyraz swojemu zaangażowaniu w feminizm włączając fragment przemówienia nigeryjskiej pisarki Chimamandy Ngozi Adiche w swój singiel „Flawless”. Patricia Arquette  zrobiła coś podobnego podczas swojego wystąpienia na gali wręczenia Oscarów, za co otrzymała aplauz od samej Meryl Streep. Gucci zainicjował międzynarodowa kampanię pod tytułem „Chime for Change”. Nie można także zapomnieć o wkładzie radykalnej feministycznej grupy FEMEN, trochę mniej eleganckiej i bardziej szokującej niż Emma Watson. Piersi dziewczyn z FEMENu zna cały świat.

W grupie osób zaangażowanych w feministyczne kwestie są też mężczyźni, na przykład Guy-Bernard Cadière i Denis Mukwege, lekarze, którzy walczą z przemocą wobec kobiet. Ich przesłania są czasem przekazywane w niezdarny sposób, który czasem może wydać się mało inteligentny, ale trudno nie zrozumieć, o co im chodzi – chcą równouprawnienia płci, wszędzie i dla wszystkich. 

Kiedy przytoczyłam mojemu kumplowi definicję słowa „feminizm”, powiedział mi, że zupełnie to do niego nie przemawia. Jeżeli walczymy o równouprawnienie dla wszystkich, powinniśmy używać słowa „humanizm”, albo „egalitaryzm”, zaopiniował. Od razu ostro się z nim nie zgodziłam, postanowiwszy nie zmieniać decyzji o nazywaniu siebie samej feministką. Ale w gruncie rzeczy trzeba też przyznać rację mojemu kumplowi. Być może on, podobnie jak wielu innych mężczyzn, o wiele bardziej zaangażowałby się w aktywizm, gdyby słowo „feminizm” nie miało tak wielu negatywnych konotacji? W wywiadach, które czytałam, mężczyźni zaczynali zdania słowami: „Nie nazwałbym siebie feministą, ale jestem za równouprawnieniem płci”. Tak więc z całym szacunkiem, chłopaki, ale jesteście feministami. Albo humanistami, jeśli wolicie. Przecież niezależnie od użytego słowa i etykietki – nasz cel jest ten sam.