Imigracyjni pracownicy ze Wschodu

Artykuł opublikowany 24 stycznia 2006
Artykuł opublikowany 24 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Pracownicy-imigranci pracują za stawkę, której miejscowi nie byliby skłonni zaakceptować i stąd oskarżani są o zwiększanie stopy bezrobocia w kraju przyjmującym. Wizyta na niemieckiej farmie rodzi więc pytanie o istotną kwestię globalizacji .

Joerg Buschman, postawny mężczyzna o rumianej, osmaganej wiatrem twarzy, siedzi obok mnie w wiejskiej kolejce i rozpoczyna swoją opowieść, podczas gdy wagonik mknie po wyboistej, leśnej trasie. „Wiesz, najbardziej na wschód wysunięta stacja kolejowa nazywała się Śląska. Ludzie z polskiego regionu – Śląsk, przyjeżdżali tu na zbiory do Berlina od przynajmniej 100 lat. To był kiedyś świetny biznes i witaliśmy ich kwiatami i z otwartymi ramionami.” Ludzie wciąż przyjeżdżają tu w poszukiwaniu pracy, ale nikt ich już tu nie oczekuje z kwiatami.

„Jędrne i wyraziste w smaku”

Główną uprawą na farmie Buschmanna i Winkelmanna są szparagi. Ale ponieważ sezon na szparagi dobiegł końca, na polach widać już śladową aktywność – jedynie kilka polskich kobiet pracuje przy krzakach z borówkami. Drewniane tabliczki głoszą, że te właśnie borówki są wyjątkowo „jędrne i wyraziste w smaku”. Rozmawiając i śmiejąc się, kobiety przesuwają się w parach od krzaka do krzaka. Każda z nich popycha przed sobą drewniany wózek, w którym dostarczy dzienny zbiór kierownikowi. Ten, uzbrojony w wagę starannie odważy każdy ładunek i odnotuje zbiory pracowników by móc określić należne wynagrodzenie.

Droga ku końcowi

Przeciętny początkujący robotnik zbiera około 30 kg owoców dzienne, ale ci bardziej doświadczeni są w stanie uzyskać wynik nawet do 100 kg na dzień. „To jest bardzo stresujące” – komentuje w południe Dominika Swobocz. Schyl się, zerwij, podnieś się i tak w kółko. Dwudziestoletnia Dominika opuszcza oddalony o 8 km barak, w którym mieszka razem z inną kobietą, aby przybyć na czas do pracy. Busy przywożą je na pole dobrze przed godziną 7 rano. Ma tylko jedną przerwę na lunch i zwykle kończy swój dzień pracy o 6 po południu, pod warunkiem że nie pojawią się jakieś dodatkowe zadania do wykonania. Łamaną angielszczyzną Dominika wyjaśnia dlaczego podjęła tak ciężką pracę: „Robię to dla pieniędzy”. U siebie, w Rzeszowie, studiuje Marketing i Administrację. W Polsce 650 euro, które tu zarabia stanowić będzie sporą inwestycję w jej edukację. Dominika idealnie wpisuje się w obraz Buschmanna: „Polacy, którzy tu przyjeżdżają, chcą czegoś od życia. Mają cele wykraczające poza plan kupna nowego telewizora”. Robotnicy z nowych państw członkowskich UE nie pozwolą by coś stanęło na drodze ich ekonomicznych aspiracji. Mogą pracować w Niemczech przez okres 4 miesięcy jako pracownicy imigracyjni bez pozwolenia na pobyt, aczkolwiek potrzebują pozwolenia na pracę. Ale pozwolenie to jest zwyczajną formalnością: kluczowym wymogiem jest spełnienie kryterium wiekowego.

Niemcom się nie chce...

„Weź Polaka, który tu przyjeżdża i również pracuje na farmie w swoim kraju. Potem rozważ bezrobotnego Niemca. Polak uwinie się z robotą w czasie, w którym Niemiec nie skinie nawet palcem” – mówi Buschmann. Broniąc się przed stanowiskiem oskarżającym go o wykorzystywanie polskiej siły roboczej, wspomina jak próbował współpracować z niemieckim departamentem pracy. „Przysłali mi ludzi z problemami z kręgosłupem. Jedna z kobiet ledwo widziała i używała swojej białej laski podczas pracy na polu”. Buschmann patrzy na rezultaty zatrudniania Polaków bardzo pozytywnie: „Bez nich wypadlibyśmy z biznesu. Oni nie zabierają nam miejsc pracy, oni je kreują”. Farma Buschmanna zapewnia miejsca pracy dla 70 robotników. Mimo, że jej właściciel zyskuje na rozszerzeniu Unii, czuje się nieco niepewny odnośnie przyszłości. „Z pewnością przygotowaliśmy drogę do przyszłych rozszerzeń bardziej na południe, tylko rodzi się pytanie: czy je przeżyjemy?”.