Inna Rosja

Artykuł opublikowany 23 kwietnia 2009
Artykuł opublikowany 23 kwietnia 2009

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Gdy prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew zapowiedział rozmieszczenie w Obwodzie Kaliningradzkim rakiet Iskander, zachodnie media grzmiały o wznowieniu zimnowojennych zbrojeń. Tymczasem w Kaliningradzie zachowano dystans wobec rewelacji z Kremla. Słusznie, bo rosyjska odpowiedź na planowaną amerykańską tarczę antyrakietową była dyplomatycznym blefem.
Okazuje się, że można być prorokiem we własnym kraju. Tylko, czy rzeczywiście we własnym? Co to takiego bałtycka „Mała Rosja”?

(Image: ©themactep/ Paul Philippov/ Flickr) Na wieść o militarnych planach Moskwy, jedna z kaliningradzkich gazet zażartowała: „W mieście jest już Iskander! Ma bardzo długą szyję”. Artykuł sugerował, że nowy nabytek miejskiego zoo – żyrafę – nazwano na cześć rakiety. Choć władze parku nadały zwierzęciu „cywilne” imię, ulica podchwyciła pomysł. Żart utrafił w społeczne nastroje. Poproszeni o komentarz mieszkańcy twierdzili zgodnie: „Poczekamy, zobaczymy. Jeszcze nic nie wiadomo”.

Nadzieję w zwycięstwo zdrowego rozsądku wyraziła też szefowa oddziału turystyki Obwodu Kaliningradzkiego. Maria Drutman, uśmiechając się szeroko, przyznała, że jest wdzięczna prezydentowi: „Dzięki niemu cały świat dowiedział się o istnieniu Kaliningradu. To dla nas świetna reklama”.

Rzeczywiście, miasto Kanta zamiast zbroić się po zęby, stawia na turystykę. Rozwój przemysłu turystycznego jest jednym z priorytetów regionalnego rządu. Gości ma przyciągnąć pruskie dziedzictwo, przyprawione rosyjską fantazją. Przedwojenny Koenigsberg odradza się jako komercyjna atrakcja Kaliningradu. Słynny filozof – moralista stał się wizytówką miasta, które nie ukrywa już swojej zagmatwanej historii.

(Image: ©themactep/ Paul Philippov/ Flickr)Nie zawsze tak było. Za ZSRR obwód był zamkniętą strefą zmilitaryzowaną. Stacjonowało tu wojsko rakietowe z arsenałem atomowym, a region służył za straszak na Zachód. Ślady pruskiej obecności kuły w oczy komunistycznych wodzów: w 1968 r. zburzono zamek krzyżacki z XIII w. Kaliningrad na zawsze miał pozostać radziecki, lecz jego mieszkańcy ciążyli ku Europie. W latach osiemdziesiątych służba bezpieczeństwa odnotowała u młodych „niezdrowe zainteresowanie wszystkim, co niemieckie”. W lokalnym slangu miasto zwano „Koenigiem”. Dziś socjologowie zwracają uwagę na fakt, że większość młodych określa się, jako „już nie Rosjan, jeszcze nie Europejczyków”. Choć nie ma mowy o kaliningradzkim separatyzmie, a z piłkarskie sukcesy rosyjskiej drużyny świętowano równie hucznie jak pozostałych częściach kraju, to mieszkańcy regionu lubią podkreślać swoją odmienność: „Jesteśmy bardziej europejscy od naszych rodaków z głębi Rosji” – twierdzi lokalny dziennikarz Michaił Janickij, powtarzając najbardziej typową wypowiedź.

Znajdujemy się w mieście, gdzie obok pomnika „Matuszki Rossiji”, upamiętniającego włączenie obwodu do ZSRR, stoi nowoczesne centrum handlowe „Europa”. Większość mieszkańców pozytywnie ocenia przejście od polityki konfrontacji do współpracy z Europą, rozumiejąc, że nie można budować trwałych mostów gospodarczych, przy jednoczesnym byciu wojskowym centrum. Region zaś ma ambicję, aby stać się rosyjskim oknem na Zachód, punktem wymiany handlowej między Rosją a UE. Brnięcie w wyścig zbrojeń może się skończyć całkowitą izolacją, otoczonej przez państwa członkowskie UE, eksklawy. Chyba nigdzie indziej europejska wolność przekraczania granic nie jest tak cennym i pożądanym dobrem, jak na tej liczą-cym 13 tys. km kw. rosyjskiej „wyspie”. Wstąpienie Polski i Litwy do strefy Schengen i tak utrudniło tu życie – do czerwca 2007 r. mieszkańcy obwodu cieszyli się bezpłatnymi wizami. Dziś, za pozwolenie na jednorazowy wjazd do sąsiadów trzeba zapłacić 35 euro, czyli tyle, ile do „starych” krajów Wspólnoty. „Kiedyś jeździliśmy do Gdańska na zakupy, teraz to tylko wspomnienie” – narzeka Marina, księgowa w średnim wieku. Mimo skarg na uciążliwy porządek wizowy, większość mieszkańców obwodu uważa Polskę i Litwę za przyjazne sobie państwa. Aż 70% młodych kaliningradczyków wiąże przyszłość regionu z Unią Europejską, w granicach, której bywają częściej, niż w swej – oddalonej o 600 km – wielkiej ojczyźnie.

Wolna Strefa Ekonomiczna stała się jedynie przykrywką dla ciemnych interesów. W obwodzie wzrosła przestępczość zorganizowana, liczba zarażonych wirusem HIV, bezrobocie.

Wielka ojczyzna rozczarowała kaliningradczyków, po raz pierwszy w latach dziewięćdziesiątych. Były to ciężkie czasy dla obwodu. Rosyjska Federacja znacząco obcięła obronny budżet, a głównym pracodawcą było tu wojsko. Moskwie Jelcyna brakowało pomysłu na to, co zrobić z oderwanym od reszty terytorium Kaliningradem. Snuto, co prawda ambitne plany przemienienia eksklawy w „rosyjski Hongkong”, ale utworzona w 1991 r. Wolna Strefa Ekonomiczna stała się jedynie przykrywką dla ciemnych interesów. W obwodzie wzrosła przestępczość zorganizowana, liczba zarażonych wirusem HIV, bezrobocie. Obawa, że region stanie się „czarną dziurą Europy”, eksportującym niestabilność, stawała się coraz bardziej realna.

Zubożali kaliningradczycy czuli się dyskryminowani przez Kreml. Nieufność do Moskwy wzmogła się w czasie kryzysu gospodarczego w 1998 r., kiedy upadek rubla spowodował ogromne straty w uzależnionym od importu Obwodzie Kaliningradzkim. W 2000 r. Ministerstwo Finansów FR zawiesiło ulgi podatkowe dla regionu, co wywołało znaczny wzrost cen żywności.

W czasie naftowego prosperity sytuacja gospodarcza uległa poprawie: oddelegowany z Moskwy w 2005 r. na stanowisko gubernatora Georgij Boos zatroszczył się o dobry klimat inwestycyjny. W region pompowano fundusze federalne. Powstały duże centra handlowe, odremontowano główne ulice i place. W budowę hoteli i kasyn inwestują tu biznesmeni z Moskwy. Kaliningrad, który co prawda nie stał się „rosyjskim Hongkongiem”, teraz chce być „bałtyckim Las Vegas”. Boos obiecał mieszkańcom „europejski poziom życia” i choć, nikt w to specjalnie nie wierzył, w prognozach na przyszłość dominował optymizm.

Kiedy jednak, pod koniec 2008 r., obwód odczuł pierwsze skutki światowej recesji, demony krachu sprzed dziesięciu lat obudziły się znowu. Upadają kolejne firmy, rośnie bezrobocie, pracodawcy nie wypłacają pensji, a na domiar złego lokalna linia lotnicza ogłosiła bankructwo, co wiąże się z redukcją połączeń lotniczych do Rosji i Europy Zachodniej. Bez transportu lotniczego Kaliningrad zamieni się w więzienie – przekraczanie granicy samochodem to wciąż jeszcze koszmar.

Temperaturę podgrzało postanowienie Kremla o wzroście akcyzy na zagraniczne samochody. Choć nie było tu protestów na miarę Władywostoku, decyzja władzy centralnej wywołała duże niezadowolenie wśród mieszkańców. Z handlu niemieckimi samochodami żyje tu wielu.

Problem w tym, że plany Federacji Rosyjskiej i Obwodu Kaliningradzkiego są do siebie sprzeczne.

Region, który nie jest w stanie nawet sam się wyżywić, przez co ceny produktów spożywczych są tu wyższe niż w Rosji właściwej, Polsce i Litwie, chce wybić się na samodzielność. Problem w tym, że plany Federacji Rosyjskiej i Obwodu Kaliningradzkiego są do siebie sprzeczne. W „Małej Rosji”, której mieszkańcy zwykli określać się, jako „Eurorosjanie” bądź „Rosyjscy Bałtowie”, częściej niż o amerykańskim zagrożeniu i postimperialnych sentymentach, mówi się o wizach, kryzysie ekonomicznym, karierze zawodowej, nowym centrum handlowym.

„Rakiety? Jakie rakiety?” - zdziwił się Wasil, dwudziestoletni student Uniwersytetu imienia Emanuela Kanta. Właśnie, jakie rakiety? Gdyby Kreml chciał spełnić swe militarne groźby, oprócz antagonistów z Zachodu, miałby przeciw sobie lokalną ludność. Rosja blefowała. Mieszkańcom Kaliningradu gratulujemy zdrowego rozsądku