Irlandzcy „przypadkowi emigranci”

Artykuł opublikowany 1 lutego 2012
Artykuł opublikowany 1 lutego 2012
Podczas gdy tysiące młodych ludzi opuszcza Irlandię wraz z pogłębianiem się kryzysu, inni, którzy planowali powrót, pozostają uziemieni za morzem. Pewien pisarz opowiada, jak drzwi „zatrzasnęły się za nim” po przeprowadzce do Brukseli i Pekinu.

Bank Lehman Brothers upadł w tym samym tygodniu, kiedy znaleźliśmy się w Brukseli. Dwa tygodnie później irlandzki rząd podpisał czek „in blanco”, gwarantujący spłatę długów irlandzkich banków. Wydawało się to interesujące, ale drugorzędne wobec naszych planów. „Złe wieści dla bankierów” - pomyśleliśmy. Trudny okres również dla polityków. Na szczęście nie jesteśmy ani bogaci, ani ważni. „Dwie kawy, babeczka i ciastko czekoladowe poproszę”, siedzieliśmy wspólnie czytając brytyjską gazetę w belgijskiej kawiarni obsługiwanej przez wąsatych kelnerów w średnim wieku. Teksty mówiły o gospodarczym trzęsieniu ziemi, a my obserwowaliśmy to niczym publiczność śledząca spektakl w trybie High Definition bez świadomości, że sami jesteśmy jego uczestnikami.

Byliśmy irlandzkimi emigrantami. Po opuszczeniu dynamicznie rozwijającego się Dublina w 2007 roku, mieszkaliśmy za granicą z wyboru. Chcieliśmy liznąć nieco obcej kultury i gdy tylko się nią nasycimy - wrócić do domu. Taki był plan. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że drzwi wiodące z powrotem do Irlandii zostały zamknięte. Wiele się zmieniło w przeciągu 30 miesięcy od tego momentu. Tymczasowy pobyt za granicą, który mogliśmy zakończyć w dowolnym momencie, zmienił się w przymusowe, ekonomicznie uwarunkowane wygnanie bez widocznego końca – o ile nie trwałe. Wyemigrowaliśmy. Przypadkowo. Na łasce rynku papierów wartościowych.

Scenariusz powszechnie się powiela. Nasz przyjaciel, naukowiec – chemik, prowadził badania w Holandii i Stanach Zjednoczonych, ale nie ma najmniejszego pojęcia o ekonomicznych aspektach sektora badawczego w Irlandii. Na irlandzkich uniwersytetach nie ma etatów. Inny kolega, specjalizujący się w energii wiatrowej, utknął 5000 mil od brzegów naszej „wyspy innowacji” [ang. „Innovation Island”; Irlandia promowała tym hasłem wizerunek swojego kraju – przyp. tłum.]. W 2007 roku mieliśmy dwadzieścia kilka lat i nieuzasadnione poczucie kontroli nad własnym życiem. Obecnie, w 2011 roku, jesteśmy po trzydziestce, z wrażeniem pozostawania na łasce obcych sił: rynku papierów wartościowych, brukselskich biurokratów, frankfurckich finansistów. Nie odczuwamy niedostatku, doceniam to. Powinienem być wdzięczny, że ewakuowałem się spacerowym krokiem, przed falą popłochu. Powinienem odczuwać ulgę, że uniknąłem pułapki zadłużenia. Jeżeli jednak poświęcę czas na wyliczanie tutaj dobrodziejstw, zostanie mi go zbyt mało na narzekanie.Ja i moja partnerka mieliśmy cichą nadzieję, że po kilku latach spędzonych za granicą wrócimy do Dublina, gdzie ceny nieruchomości wrócą na przystępny poziom. Ta część naszego życzenia się spełniła. Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy, że nie był to odosobniony spadek. Ceny nieruchomości nie zniżyłyby się tak po prostu w stronę zwykłej wielokrotności średniego dochodu bez pociągnięcia za sobą wszystkiego i wszystkich. Niewielki dom może wkrótce zbliżyć się do rozsądnej ceny, ale niczego nie można określić mianem „przystępny”, kiedy twoje perspektywy zatrudnienia spadają na łeb na szyję.

Od ekspatrianta do emigranta

Psychologicznemu przeskokowi z ekspatriantów do emigrantów towarzyszyła akceptacja faktu, że nasze beztroskie przekonanie o tym, iż zawsze jesteśmy w stanie sobie poradzić, było nieuzasadnione. Przez pewien czas wydawało się, że decyzje typu: gdzie mieszkać, czy mieć dzieci, co zjeść na lunch, znajdowały się wyżej na liście niż skąd wziąć kolejną wypłatę. Nasza beztroska w kwestii znalezienia zatrudnienia była tak wielka (mieliśmy za sobą jedynie doświadczenia rynku pracy cechującego się pełnym zatrudnieniem), że oboje latem 2007 roku zrezygnowaliśmy z dobrej pracy, aby oddać się na rok urokom podróżowania. To pewna oznaka nieracjonalnego samozadowolenia, kiedy człowiek rzuca dobrą pracę w imię przygód i życiowych doświadczeń.

To pewna oznaka nieracjonalnego samozadowolenia, kiedy człowiek rzuca dobrą pracę w imię przygód i życiowych doświadczeń.

Bez szczególnego powodu udaliśmy się do Chin. Wydawały się miejscem zupełnie niepotrzebnym do odwiedzenia, jak każde inne zresztą, dlatego też pasowało do założenia: było całkowicie nam obce, a ścieżki nie były schodzone w takim stopniu, jak szlaki wędrowne w Tajlandii. Charakter dróg, którymi podróżowaliśmy, wypełniał naszą potrzebę nowości i dawał poczucie snobizmu. Zarabialiśmy 100 euro miesięcznie ucząc na niepełny etat na uniwersytecie na peryferiach betonowej zabudowy Pekinu, co dawało mi czas, aby pisać książkę na temat dynamicznie zmieniających się Chin. Pewien wytrawny recenzent zauważył, że tradycję irlandzkich pisarzy dokumentujących trudy życia na emigracji zastąpiły dziwaczne historyjki krajoznawcze popełniane przez ludzi podróżujących dla samej podróży. „Ma rację” - stwierdziłem, „Czasy się zmieniły” - powiedziałem, bez świadomości tego, jak przelotna okazała się iluzoryczna wolność naszego pokolenia. Lądując w Brukseli, bez zatrudnienia, za to ze słabnącym, ale wciąż godnym Celtyckiego Tygrysa poczuciem pewności siebie, rzuciliśmy wyzwanie globalnej recesji, aby znaleźć pracę i urządzić sobie tutaj życie do czasu, kiedy będziemy mieli ochotę ponownie zamieszkać w Irlandii.

Wychowywanie Belga

Codziennie od września 2008 roku rzeczywistość bezlitośnie wkrada się w nasze życie. Fala odpłynęła i nic nie wróży jej odwrotu. Osiągnęliśmy niepokojący wiek 30 lat. Czasowy niepokój, o którym czytaliśmy w belgijskiej kawiarni, stał się czynnikiem stałym. Perspektywa powrotu do Irlandii staje się coraz bardziej mglista (co czyni ją o wiele bardziej pożądaną). W coraz bardziej skomplikowanym świecie zarysował się prosty wybór: albo pogodzić się z życiem w Brukseli albo obudzić się w wieku 40 lat, ze świadomością oczekiwania na okazję, która nigdy nie nadeszła. Tak więc, postanowiliśmy mieć dziecko. Wiecie, żeby się czymś zająć. To komplikuje sprawy, przeważnie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ale radość idzie w parze z niepokojem. Czy nasza córka będzie czuła się Irlandką, czy Belgijką? Mnóstwo Belgów nie czuje się Belgami, więc dlaczego mielibyśmy to narzucać jej? Aktualnie, powrót do Dublina byłby zbyt ryzykowny, aby w ogóle go rozważać, dlatego musimy zostać za granicą. Nasi przyjaciele w USA, Niemczech i Anglii czują to samo. Sprawy przestaną się pogarszać w Irlandii. Mam tylko nadzieję, że stanie się to zanim nasze korzenie sięgną zbyt głęboko, aby je wyrwać.

Fot.: morze (cc) [noone]/ lowfi.camaiani.it/; siedząc na dachu (cc)citx/squarevision.livejournal.com/flickr