Irlandzkie "nie" na korzyść wyborom

Artykuł opublikowany 19 września 2008
Artykuł opublikowany 19 września 2008

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Kryzys gospodarczy w Irlandii może odsunąć ponowne referendum w sprawie traktatu lizbońskiego do jesieni 2009 roku. Dokładnie wtedy nastąpią zmiany w kształcie Komisji Europejskiej. To bardzo dobry moment żeby zastanowić się postanowieniami wirtualnego traktatu.

25 czerwca, prezydent Republiki Czeskiej, Václav Klaus, zapewnia od czterech miesięcy, że "traktat lizboński demokratycznie odrzucony przez Irlandię nie może wejść w życie". Inni jak na przykład  premier Hiszpanii, Rodríguez Zapatero mówią, że "Europa nie może zatrzymać się po "nie" Irlandczyków". Dwie przeciwstawne postawy, które ukazują strategie dwóch typów państw, które dzielą UE w tej sprawie.

państwa o małym rozmiarze, które widzą jak ich znaczenie na świecie zdaje się zanikać, próbują twardo negocjować

Z jednej strony, państwa o małym rozmiarze, które widzą jak ich znaczenie na świecie zdaje się zanikać, próbują twardo negocjować kompensacje swojego oddania suwerenności na rzecz organizacji ponadnarodowej, jaką jest UE. Dlatego też ich główne argumenty mają raczej charakter materialny a nie odnoszą się do zasad: strach przed utratą przewodniczącego Komisji Europejskiej, pomoc dla rolnictwa i korzyści finansowe dla Irlandii i Czech. To, w gruncie rzeczy, jest to, co pokazuje specjalny eurobarometr opublikowany po irlandzkim Nie, który uzależnia 76% negatywnych odpowiedzi od chęci negocjacji wyjątków od normy dla Irlandii. Z drugiej strony są kraje o większych rozmiarach gotowe na częściowe oddanie narodowej suwerenności na rzecz UE, aby dostosować się do ekonomii w skali globalnej. Dyplomacje krajów takich jak Niemcy czy Hiszpania otwarcie zadeklarowały brak strachu przed Europą różnych prędkości. Wyjątkowy i symboliczny fakt pogłębia tę drogę bardziej niż kiedykolwiek: Wielka Brytania rozpoczęła swój proces ratyfikacji i Sąd Najwyższy odrzucił na końcu czerwca apelację obywatelską, która groziła brakiem referendum.

Irlandzkie "nie" z zaletami dla demokracji

Europejska demokracja może postrzegać się pośrednio wzmocniona dzięki irlandzkiemu "nie" wobec traktatu lizbońskiego. Nie chodzi o to, że 0,011% europejskich wyborców decydujących o 500 milionach współobywateli ma być demokratyczne, ale, że należy przeanalizować podstawową konsekwencję Nie Irlandii: opóźnienie wejścia w życie traktatu. Miałoby to miejsce około sześciu do dziewięciu miesięcy po planowanej dacie (styczeń 2009), sytuując je w samym środku europejskiej kampanii wyborczej w czerwcu 2009. Co więcej, premier Hiszpanii wyraził "przekonanie, że wejdzie w życie w czerwcu 2009".

Jest to dobra wiadomość ze względu na fakt, iż pomoże upolitycznić te wybory i promować debatę i uczestnictwo w nich. Należy przypomnieć rachityczne 45% uczestnictwa w wyborach w 2004 roku. Jest to również dobra wiadomość, ponieważ traktat ten potraja kompetencje prawodawcze Europarlamentu, a kampania wyborcza zmusi kandydatów do wyróżnienia się, w ten sposób obywatele nie będą myśleć, że nie ma znaczenia, na kogo zagłosują. Po trzecie, jest to dobre, bo traktat przewiduje figurę Prezydenta UE wybieranego na dwu i pół letni mandat, a bliskość wyborów zmusi europejskich liderów do zaproponowania osoby na tę funkcję, która będzie należała do wyłonionej politycznej większości. Tak samo jak w wyborach na Przewodniczącego Komisji Europejskiej. Znajdujemy się przed historyczną możliwością przejścia od demokracji opartej na konsensusie do innej opartej na politycznej konfrontacji, dużo bardziej konkurencyjnej i atrakcyjnej dla obywatela.

Czechy nie stanowią przeszkody

Dyplomacje krajów takich jak Niemcy czy Hiszpania otwarcie zadeklarowały brak strachu przed Europą różnych prędkości.

Niedługo tylko Czechy i Irlandia zostaną do ratyfikacji traktatu. Jeżeli Czechy przeszkodzą w jego wejściu w życie, to będzie to, co go zniszczy. Jednak kalendarz semestralnego przewodnictwa gra na korzyść traktatu. Od stycznia 2009 Czechy obejmą przewodnictwo. Tradycja wymaga, aby kraj, który je objął nie poświęcał się szukaniu obrony swoich interesów, ale promowaniu konstruktywnego konsensusu w celu posunięcia się na przód w budowie Europy. W ten sposób, jeżeli wejście w życie traktatu opóźni się do czerwca 2009, Czechy będą odpowiedzialne za trzymanie kontroli i będą musiały wykazać dobrą wolę. Takie są wnioski Sebastiana Kurpasa, z think tank w Center for European Policy Studies z siedzibą w Brukseli, i Czeszki Věry Řikáčková, z Europeum, innego think tank z siedzibą w Pradze.

Dwie prędkości są możliwe

Może więc  przeznaczyć gabinet w Strasburgu na siedzibę Parlamentu czołówki UE dwóch prędkości?

Ze względu na strach przed przesunięciem na drugi plan, kraje UE, które nie wejdą do czołówki jednej UE dwóch prędkości, jak Szwecja, Czechy czy Dania, zawsze niechętne do scedowania suwerenności, podnoszą argument, że w takiej UE rządzenie będzie niemożliwe. Jak zorganizować posiedzenia Parlamentu Europejskiego tak, aby jego decyzje były obowiązujące w jednej grupie państw a w drugiej nie? Odpowiedź jest prosta. Szwedzcy liberałowie i Zieloni narzekają na marnowanie pieniędzy, które miałoby mieć miejsce przy utrzymaniu dwóch siedzib parlamentarnych (w Brukseli i Strasburgu). Może w takim razie przeznaczyć gabinet w Strasburgu na siedzibę Parlamentu czołówki UE dwóch prędkości?