Irlandzkie niebo nad Sześcioma Narodami

Artykuł opublikowany 23 marca 2009
Artykuł opublikowany 23 marca 2009
Kończy się dziesiąta edycja turnieju Sześciu Narodów, obecnie szczególnie jak jeszcze nigdy dotąd pod znakiem Walii – odchodzącego zdobywcy tytułu - i, przede wszystkim, Irlandii.

W rzeczy samej, sprawdziły się prognozy o usunięciu się Francji i Anglii na korzyść narodów celtyckich podczas kontynentalnego jarmarku. Tak samo była do przewidzenia porażka drużyny Włoch, która pod wodzą trenera Nicka Maletta chyba nigdy nie potrafiła się zgrać. Faktycznie dochodzi kolejne trofeum do kolekcji „drewnianych łyżek” [„wyróżnienie” dla drużyny, która przegrała wszystkie spotkania] zdobytych przez Niebieskich do tej pory, co bywa zawstydzające. Zresztą Sergio Parisse z kolegami od jakiegoś roku sprawiają też wrażenie, jakby starali się ćwiczyć kondycję i udowodnić, że wiedzą jak zwyciężać wyłącznie na spotach reklamowych. Podobnie, jak w tenisie: odkąd Federer stał się reklamą Gillette, za brzytwę pociągnął też Rafel Nadal. Włochy wyłączone z gry mogą więc karmić pozostałą piątkę drewnianą łyżką – nieszczególnie pożądanym trofeum, które wskazuje ostatnie miejsce w klasyfikacji.

Najgorsze mistrzostwa dla Włoch, święty Patryk dla Irlandii

Trzymamy się planu. Kurtyna podnosi się w 7 lutego Twickenham, największym obiekcie sportowym Zjednoczonego Królestwa, gdzie Anglicy podejmują drużynę gości – Włochy. Mallet wyznacza Mauro Bergamasco na łącznika młyna osiągając trzy razy metę w pierwszej części spotkania. Trener próbuje znaleźć środki zaradcze, ale jest już za późno i Anglicy, przy dźwiękach „Swing Low Sweet Charoit” nie wypuszczają piłki z rąk. Ostateczny wynik to 36-11. Pierwsze 240 minut kontynentalnego rugby przynosi Irlandii zwycięstwo nad Francją w Croke Park, a Walia odnosi sukces w Edynburgu. W kolejny tydzień Rzym otwiera bramy przed irlandzkimi Zielonymi Koniczynkami, oferując publiczności zgromadzonej na stadionie Flaminio niezły początek gry. Druga połowa należy do O’Driscola i jego kolegów. Także Walia odnosi zwycięstwo w „derbach” z Anglikami – 23 do 15 – i ulice Cardiff zapełniają się na czerwono oraz wznoszone są toasty aż do samego rana w rytmie „Yachi-da” (walijskiego „cin-cin”). Szkoci zostają pobici przez Francuzów na Saint-Denis. Zatrzymanie Walii następuje w trzeci dzień. Smokom ucierają nosa właśnie Francuzi, z wynikiem 21 do 16. Niebiescy pozostają anonimowi, gdy na Murrayfield Szkoci udzielają im godnej zapomnienia ostatniej przysługi, osiągając jedyne zwycięstwo w tym turnieju. W tym samym czasie Irlandia z ledwością pokonuje Anglię.

Włosi czwartego dnia podnoszą głowę mieszając Walijczykom szyki. Rezultat: 15 do 20, co konsekwentnie popycha Irlandię w stronę mistrzowskiego tytułu, a przy wszystkim jest właśnie tydzień świętego Patryka. Faktycznie jednak sukces osiąga wraz z Irlandią także Walia – obie drużyny przy wielu okazjach dają dowód siły i zdecydowania. Po słodko gorzkim turnieju Francja i Szkocja muszą powtórzyć lekcje. Oblali także Anglicy, poza Włochami, licząc od meczu inauguracyjnego w Twickenham. Dlaczego właśnie Włochami, które na początku lutego pokonały Kamerun.

Chcesz zobaczyć rozgrywki oczami włoskiego fana? Kliknij tutaj!