Jak zostaliśmy Niemcami: Długi test z niemieckości

Artykuł opublikowany 18 maja 2015
Artykuł opublikowany 18 maja 2015

Jaki ustrój panuje w Niemczech:

A) monarchia,

B) dyktatura,

C) republika,

D) księstwo?

Pochodzę z Warszawy i moje nazwisko brzmi polsko. Dla tych, którzy się nie znają, jakoś słowiańsko czy po prostu wschodnioeuropejsko. Polska to dla mnie rodzina, śledź ze śmietaną i ciepłymi kartoflami. Polska to mój język. Polska to kraj, w którym nie mieszkam już od dziewięciu lat. Całe moje dorosłe życie toczy się przede wszystkim w Niemczech. A Niemcy to dla mnie przede wszystkim Berlin. Tu studiowałam, stąd wyjechałam na stypendium do Londynu, tutaj wróciłam. Tu robię doktorat, tutaj są moi przyjaciele. Berlin to stiuki na sufitach, duże parki, kobiety z nieogolonymi łydkami. Berlin to demonstracje uliczne i pchle targi, kontrasty wschód - zachód, niedzielne brunche i musujący napój z wody mineralnej i białego wina. Berlin to rower, moja pierwsza praca, pierwsze pieniądze, pierwsze wynajęte mieszkanie, pierwsze doświadczenia z dyskryminacją i krytyczne spojrzenie na Polaków z zewnątrz. Berlin to świetne piekarnie i ogromny wybór jogurtów w supermarketach. Berlin i Warszawę łączy ekspres Berlin-Warszawa. Jeździ tam i z powrotem między moim dzieciństwem i dorosłością, trzy razy dziennie, siedem dni w tygodniu.

Neonazistowskie dewocjonalia po drugiej stronie torów

Polacy nie cieszą się w Berlinie dobrą opinią. Być może granica leży za blisko, a pracownicy budowlani i sprzątaczki codziennie dojeżdżający tu do pracy są zbyt powszechnym zjawiskiem? Tereny przygraniczne mogą stać się obszarami problematycznymi, ziemią niczyją; po lewej i po prawej stronie pustka na odcinku 60 kilometrów. Wielu moich berlińskich przyjaciół nigdy nie było w Polsce. Niektórzy byli w Krakowie i przy okazji zwiedzali muzeum w Oświęcimiu. Kojarzą mój kraj z drugą wojną i całym arsenałem drażliwych tematów, których jako Niemiec lepiej nie poruszać. Niektórzy na krótko przekraczali granicę, jadąc na „polski targ”. Aleksander twierdzi, że można tam między innymi kupić wszystkie (neo)nazistowskie „dewocjonalia”. W Niemczech surowo zabronione, tam, kilkaset metrów dalej, ułożone równo na łóżkach polowych leżą T-shirty, stalowe hełmy, „Mein Kampf”.

Obcokrajowcy w Berlinie dzielą się na fajnych i niefajnych. Do fajnych należą Francuzi, których niemiecki brzmi uroczo. Fajni są też Hiszpanie, Anglicy, Włosi; znane są pizza, tapas, fish & chips, ich języków chętnie się uczy, bo są takie ładne. Angielski i tak każdy chce znać. Znana jest też oczywiście angielska królowa. I James Bond. A co jest znane z Polski? Większość moich berlińskich przyjaciół nie zna żadnego polskiego pisarza ani filmu, ani bohaterskiego agenta. Tak, i tacy istnieją! Najbardziej znany z nich to Hans Kloss, czyli Stanisław Kolicki, szarmancki, uwielbiany przez pokolenia, kultowy podwójny agent. Amerykanie też raczej zaliczają się do fajnych. Polska jest niefajna. Trzeba się dużo usprawiedliwiać. A niektóre rzeczy pozostają tutaj dla nas po prostu niemożliwe.

Karolina z kraju złodziei samochodów

Nie wolno mi uczestniczyć w wyborach, mimo że tu mieszkam i płacę podatki. Nie mogę, jako Polka, starać się przed niemiecką komisją o stypendium Fulbrighta, bo nie jestem Niemką. Polska komisja przyznająca stypendium Fulbrighta też nie może mi pomóc, ponieważ od ponad pięciu lat nie mieszkam w Polsce i nie jestem studentką na żadnym polskim uniwersytecie. W Niemczech nie mogę też zostać urzędnikiem państwowym. W Robben und Wientjes kilka lat temu odmówiono mi wypożyczenia samochodu na moje polskie prawo jazdy, oficjalnie „z powodu ubezpieczenia”, a nieoficjalnie, ponieważ mogłoby się okazać, że ukradnę samochód i zwieję z nim do Polski, do krainy samochodowych złodziei. Szukając mieszkania do wynajęcia, słyszę w słuchawce od agenta nieruchomości: – Administracja nie chce w tym budynku więcej obcokrajowców. W urzędzie pracy (w roku 2008) słyszę: – To dobrze, że Polacy potrzebują w Niemczech pozwolenia na pracę, bo kraj byłby pełen bezdomnych i prostytutek. I tak dalej. To momenty, w których czuję się bezsilna. Trafiam na bariery prawne i społeczne, stoję w miejscu, zamiast iść do przodu. Co robić?

Po długich wahaniach, rozmowach z rodziną i przyjaciółmi składam wniosek o obywatelstwo niemieckie. Jako obywatelka Unii mogę zachować obywatelstwo polskie i stać się „wielopaństwowcem". Nadal pozostaję wnuczką pracownika przymusowego w zakładach Siemensa podczas drugiej wojny i sanitariuszki z powstania warszawskiego. Pozostanę również prawnuczką dyrektora szkoły, który przeżył Dachau, Oranienburg i Sachsenhausen i przez te wszystkie lata spędzone w obozach pisał listy do ukochanej żony. Oczywiście po niemiecku, w języku, którego musiał się nauczyć. Naklejał znaczek z obliczem Hitlera i czekał na odpowiedź. Niestety, a może na szczęście, nie mogę już z nim porozmawiać o mojej decyzji. Mam tylko te listy.

Elementem procesu nadawania obywatelstwa jest test z „wiedzy na temat porządku prawnego i społecznego oraz warunków życia w Niemczech”. Na wolny termin czekam sześć tygodni. W centrum edukacyjnym w Neukölln jest nas dziesięcioro. Pracownica centrum mówi bardzo powoli i ma mocnego zeza, więc nie wiadomo dokładnie, w którą stronę patrzy. Rozdaje nam testy. Jaki ustrój panuje w Niemczech? A) monarchia, B) dyktatura, C) republika, D) księstwo. Co oznacza w Niemczech skrót CDU? Klub Niemieckich Przedsiębiorców? Co chciał wyrazić Willy Brandt, padając w 1970 roku na kolana przed byłym gettem żydowskim w Warszawie?

Co ciekawe, przy pytaniach, w których chodzi o to, co obce i inne, błędne odpowiedzi będące do dyspozycji opierają się na stereotypach. „Ciemnoskóry mężczyzna ubiega się o posadę kelnera w Niemczech. Co będzie przykładem dyskryminacji? Mężczyzna nie dostaje tej pracy, bo: A) jego znajomość niemieckiego jest niewystarczająca, B) żąda zbyt wysokiego wynagrodzenia, C) ma ciemną skórę”.

Pamiętam głośne dyskusje w mediach, gdy wprowadzano ten test. Pojawiały się głosy, że jest on jedynie pseudorozwiązaniem problemów, które społeczeństwo niemieckie ma z imigracją. Czasami myślę, że celem tych 310 pytań jest ukrycie pytań zasadniczych, które Niemcy powinni postawić sami sobie. „Jak wyobrażamy sobie Niemcy, w których żyje coraz więcej ludzi innych od nas?”. „Czego się boimy?”. „Jakiej międzykulturowej nietolerancji nie możemy otwarcie uznać ze względu na naszą przeszłość?”. „Czy wszystkie te nasze nietolerancje są naprawdę tak złe, że nie możemy o nich otwarcie mówić?”. My, emigranci, nie możemy odpowiedzieć na te pytania za was, a te, które stawiacie nam w teście, mówią nieporównywalnie więcej o was, niż nasze odpowiedzi o nas.

Oddaję test i jako pierwsza opuszczam salę. Przy wyjściu zastanawiam się, dlaczego ciemnoskóry mężczyzna stara się o pracę w restauracji, a nie na przykład w firmie konsultingowej.

Po trzech tygodniach dostaję wyniki. 33 punkty na 33.

Moje dwa nowe zwierzaki

Cztery miesiące później otrzymuję list od pani K. z urzędu ds. nadawania obywatelstwa. Pisze, że się cieszy i że mi gratuluje. Tydzień później odbieram od niej kartkę papieru w formacie A4, na której jest napisane, że jestem obywatelką Niemiec. Zieloną kartkę z orłem z godła RFN patrzącym w lewą stronę przekazuje mi pani K. w białej teczce, z której również zerka w lewą stronę berliński niedźwiedź. Obydwa zwierzaki wystawiają języki. Dziwne, myślę sobie. Muszę jeszcze podpisać oświadczenie, że rozumiem, co oznacza fakt, iż od tego momentu mam podwójne obywatelstwo. W Polsce jestem więc Polką, w Niemczech jestem przede wszystkim Niemką. Nie powinnam więc szukać pomocy w ambasadzie Niemiec w Warszawie, gdyż nie będą mi mogli pomóc. W innych krajach, mówi pani K., mogę sobie wybrać, którym dokumentem chcę się posługiwać.

W domu googluję „orzeł z godła RFN + język" i czytam, że zwierzęta w godłach zawsze są prezentowane w walecznej pozie; mają sprawiać wrażenie, że potrafią się dobrze bronić. „Orzeł wydaje krzyk, który ma przestraszyć innych”.

Rano idę z moimi dwoma nowymi zwierzakami w torebce do urzędu złożyć wniosek o wydanie niemieckiego dowodu osobistego i paszportu. Obsługująca mnie urzędniczka, pani B., mówi, że jeszcze nigdy nie widziała dokumentu potwierdzającego przyznanie obywatelstwa. Robi sobie kserokopię i uśmiecha się. Wzywa kolegę, który pomaga jej coś wypełnić na komputerze. Kolega jest wyraźnie niezadowolony, że musi jej pomóc. – Droga pani B., gdyby nie była pani tak długo nieobecna, to by pani wiedziała – mówi. Urzędniczka zaciska zęby, a gdy kolega wychodzi, mówi do mnie: – Gdyby miała pani mieć kiedyś dziecko, to niech pani nie bierze zbyt długiego urlopu macierzyńskiego! - a następnie: – To rzadkość, że pojawia się tutaj ktoś z taką kartką. Kiwam głową ze zrozumieniem.

Obywatelka, czyli kto?

Idea i znaczenie obywatelstwa pozostają dla mnie abstrakcją. Wiem, że dzięki podwójnemu obywatelstwu mogę uniknąć wielu formalnoprawnych niejasności, to daje mi poczucie stabilizacji. W Berlinie nie będę więcej dyskryminowana ze względu na mój dowód osobisty. Mam też nadzieję, że w związku z tym nie grozi mi już zgorzkniałość biorąca się z bezradności.

Wieczorem opowiadam przez telefon ojcu, jak to wszystko się odbyło. – Jak to? – pyta mnie ze zdziwieniem. – W Polsce to prezydent państwa wręcza uroczyście nowym Polakom dokumenty nadania obywatelstwa.

Na wszelki wypadek nie opowiedziałam jeszcze wielu osobom o mojej nowej tożsamości.

Składający się z dwóch części artykuł autorstwa Karoliny Golimowskiej i Daniela Tkatcha "Jetzt bin ich also Deutsch" ukazał się po niemiecku w magazynie "The Germans" (nr 05/2013). W maju 2014 r. został nagrodzony Polsko-Niemiecką Nagrodą Dziennikarską im. Tadeusza Mazowieckiego. Po polsku publikowany był w Gazecie Wyborczej w sierpniu 2014 pt. "Jak zostaliśmy Niemcami".