Jak zwiedzić Nikaraguę w 10 dni

Artykuł opublikowany 3 maja 2016
Artykuł opublikowany 3 maja 2016

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Największe państwo Ameryki Środkowej to idealny wybór, by poznać tę część świata bliżej. Jest bezpieczniejsze niż sąsiadujący z nim Honduras i przyjeżdża do niego mniej turystów niż do Kostaryki. To kraj możliwości (i wulkanów), widoków zapierających dech w piersiach i barwnych miast, które zostawią Was z apetytem na więcej.

Dzień 1:

Najlepiej jak najszybciej opuścić stolicę kraju Managuę. Na ogół dobrze znaleźć sobie przewodnika-tubylca, z którym będziemy się poruszać po mieście. Pogłoski o tym, że Managua jest niebezpieczna, nie są wyssane z palca. Nas okradziono zaraz pierwszego dnia pobytu. Co prawda wydarzyło się to w zatłoczonym autobusie i nie zwracaliśmy zbytnio uwagi na nasze plecaki - głównie dlatego, że bardziej niepokoiły nas wędrujące ręce obmacujących nas współpasażerów. Co gorsza, trudno powiedzieć, który z 10 napierających na nas Nikaraguańczyków się tego dopuścił.

 Myślę, że tego typu doświadczeń nie da się uniknąć. Pozostaje wam się dostosować i nauczyć, jak lepiej ukrywać cenne przedmioty. Zróbcie coś dla siebie - wsiądźcie do pierwszego lepszego „autobusu dla kurczaków”, jak się je tutaj nazywa, i uciekajcie z pędzącej stolicy, udajcie się na południe, gdzie będziecie mogli zrelaksować się na plaży po długim locie do Ameryki Środkowej.

Wskazówka: Złapcie na Mercado Huembes autobus przyspieszony, który jedzie bezpośrednio do San Juan del Sur. Jeśli wam się nie uda, będziecie musieli zatrzymać się w Rivas.

Dzień 2:

W San Juan del Sur zameldowałiśmy się w nowo utworzonym obiekcie Hola Ola Hostel. To bardzo przytulne miejsce, które posiada wspaniały taras z widokiem na zachwycającą zatokę, a także mały basen. W dodatku odbywa się tam mnóstwo imprez, a po terenie biega słodki psiak o imieniu Ola. San Juan to też raj dla surferów - mieści się tam mnóstwo zapierających dech w piersiach pustych plaż. To miejsce idealne na spotkanie z innymi backpackerami, leniuchowanie na leżaku, wypicie piwka w samo południe i po prostu cieszenie się życiem.

Spędziliśmy tam Sylwestra. Była to jedna z najlepszych imprez w moim życiu, chociaż o północy padłam z wyczerpania - ale znajomi powiedzieli mi, że fajerwerki nad zatoką i rzeźbą Jezusa były wyjątkowo piękne!

Wskazówka: codziennie jest organizowany transport dla surferów z miasta na plażę. Wystarczy popytać!

Dzień 3:

Po suto zakrapianej nocy i tańcach warto następnego poranka udać się pieszo pod rzeźbę Jezusa. Zapewne będziecie przeklinać przez całą drogę, ale widok z góry jest niezapomniany. Poza tym, to może niegłupi pomysł, żeby postarać się o błogosławieństwo po nocy pełnej grzechów. 

Wskazówka: Pamiętajcie, żeby wziąć trochę córdob, żeby zapłacić za wstęp. Po powrocie powinniście skosztować typowego nikaraguańskiego śniadania składającego się z czarnej fasoli i ryżu, które nazywa się "Gallo Pinto". Idealnie jedzenie na kaca. Jeśli macie czas, idźcie koniecznie na spacer po San Juan – uroczego miasteczka z bajecznie kolorowymi domami i świetnymi restauracjami. Do gustu przypadło mi między innymi "El Gato Negro", które stanowi połączenie przytulnej knajpki z biblioteką. A teraz czas już pożegnać się z San Juan i trzeba udać się na Isla de Ometepe. Ostatni prom z San Jorge odpływa około 17.30, więc należy wziąć to pod uwagę przy planowaniu czasu podróży. Z San Juan regularnie odjeżdżają bezpośrednie autobusy do Rivas. Po dotarciu tam można pojechać autobusem do przystani promowej w San Jorge albo złapać taksówkę z innymi turystami. Zmierzaliśmy do El Zopilote w Santa Cruz, więc prom do San José wydawał się lepszą opcją, ale można też z łatwością dostać się do Moyogalpy i już na miejscu znaleźć drogę do swojego hotelu.

Dzień 4:

El Zopilote to najchłodniejsze miejsce w Nikaragui, w którym byłam. Samozwańcza „Finca Ecologica” to samowystarczalna farma i hostel. Nie będzie to najbardziej higieniczne doświadczenie w waszym życiu, ale kto by się tym przejmował? Prysznic w środku dżungli albo szukanie po omacku ścieżki do chatki, mając za przewodnika jedynie światło księżyca i od razu możemy się poczuć niczym Robinson Crusoe na bezludnej wyspie. Z tym, że wyspa nie jest opustoszała i naprawdę jest co robić. Pierwszego dnia po prostu zostaliśmy na farmie i penetrowaliśmy okolicę. Do gustu przypadł mi widok z jednego z najwyższych szczytów, gdzie spisywałam moje wrażenia o tętniącej życiem Nikaragui.

 Wskazówka: Spróbuj pizzy i rumu Flor de Caña z dodatkiem soku z hibiskusa. Już nic w życiu wam tak nie zasmakuje!

Dzień 5:

Wizyta na Ometepe nie może być się bez wyprawy do Ojo de Agua, ale ze względu na tłumy nie byliśmy zbytnio przekonani do tego pomysłu. Można się tam udać, by sobie popływać, ale potem zdecydowaliśmy się na powrót do głównej drogi i tam złapaliśmy taksówkę do Santa Cruz. Przy mieści się całe mnóstwo restauracji. Pierwsza restauracja, patrząc ze strony Ojo de Agua, to knajpka wegetariańska, gdzie serwują jedne z najlepszych potraw, jakich dane mi było spróbować w Ameryce Środkowej. Musicie koniecznie spróbować.

Powrót do hostelu okazał się nie lada przygodą. Nie mogliśmy znaleźć autobusu, ale za to spotkaliśmy starszą kobietę, która sprawiała wrażenia bardzo kruchej, a niosła wielki plecak. Zaoferowaliśmy jej pomoc, ponieważ zmierzaliśmy w tym samym kierunku. Okazała się bardzo przyjazna i starała się opowiedzieć co nieco o wyspie. Zasadniczo Nikaraguańczycy należą do najbardziej otwartych ludzi, jakich spotkałam podczas moich podróży. Każdy z nich z chęcią porozmawia, pokaże okolicę czy zaproponuje drinka. Czasami wybór planu B, czyli nie tego najszybszego, stwarza pełno możliwości. Będąc z powrotem w „El Zopilote”, po raz ostatni rozkoszowaliśmy się jedzeniem i zaczęliśmy przygotowywać się do porannego wyjazdu.

Wskazówka: Załatwcie koniecznie transport na prom. Popytajcie w okolicy o innych backpackerów. Nam udało się spotkać miłą parę Amerykanów, jechaliśmy w raz z nimi i prowadziliśmy rozmowy, które z pewnością zapadną mi w pamięci.

Dzień 6:                                                                                                          

Legenda głosi, że kursuje bezpośredni prom z Ometepe do Granady w konkretne dni tygodnia. Nam się nie udało i popłynęliśmy promem do Rivas. Następnie zdecydowaliśmy się na podróż taksówką do Granady, ponieważ mieliśmy już dość tłoku, ale jeśli chcecie zaoszczędzić, to w Rivas wsiądźcie w przyspieszoną camioneta de pollos. W Granadzie zatrzymaliśmy się w przytulnym Oasis Backpacker Hostel, położonym nieco na uboczu, który oferuje hamaki w ogrodzie i basen kryty. Niestety nie mieliśmy czasu na odpoczynek, ponieważ ruszyliśmy na zwiedzanie tego pięknego postkolonialnego miasta.

Wszystkie kościoły są godne uwagi, ale wstąpcie koniecznie do Iglesia La Merced, ponieważ widok rozciągający się między górnymi schodami a głównym wejściem zapiera dech w piersiach. Wieczorami Granada staje się tętniącym życiem rajem z doskonałą kuchnią. Tutejsze smaki to niebo w gębie. Do gustu przypadło mi  „El Pizzaoil”, gdzie skosztowałam nieziemsko pysznego humusu, a z kolei w „The Garden Café” serwują smakowite soki. Istnieje bar „Imagine”poświęcony Johnowi Lennonowi.

Wskazówka: Jeśli nie chcecie wydać fortuny na jedzenie, udajcie się na Mercado Municipal i skuście się na tamtejsze świeże owoce. Pali (lokalny supermarket) mieści się rzut kamieniem od rynku.

Dzień 7:

Czy marzyliście kiedyś o pływaniu w wulkanie? Pewnie nie, przecież jeszcze nie upadliście na głowę! Cóż, a ja się na to zdecydowałam i muszę przyznać, że było to przeżycie wręcz surrealistyczne. Mam na myśli Laguna de Apoyo, jezioro mieszące się wewnątrz nieczynnego wulkanu.

Czyli nie ma co snuć katastroficznych scenariuszy z lawą w roli głównej. Spędziliśmy tam cały dzień, większość z hosteli w Granadzie oferuje transport.

Wskazówka: Weźcie swój prowiant, restauracje w pobliżu jeziora są dosyć drogie.

Dzień 8:

Muszę przyznać, że tym razem naprawdę mieliśmy farta. Jeden z moich przyjaciół, wolontariusz w hostelu w San Juan del Sur, znał chłopaka z rodziny, która posiada plantację kawy w górach otaczających Matagalpę. Zabrał nas na wycieczkę do należącej do jego wujka Hacienda San Rafael, która okazała się w zasadzie kowbojską farmą. Piękno gór, zapachy unoszące się w powietrzu, niespotykanie życzliwa rodzina uczyniły moją podróż przez Nikaraguę wyjątkową i sprawią, że nigdy jej nie zapomnę.

Siedząc na werandzie na ranczu pośrodku pustkowia w Ameryce Środkowej i słuchając rżenia koni, wczujecie się w kowboja i w jego sposób myślenia o życiu. Zdaję sobie sprawę, że wyprawa w góry zabiera dużo czasu, ale zdecydowanie warto, więc nie przepuście takiej okazji.

Dzień 9:

Najpierw zjedliśmy typowo nikaraguańskie śniadanie, a następnie ruszyliśmy do jednodniową wycieczkę do Matagalpy. Nie przypomina może konwencjonalnie uroczej Granady, ale za to jest unurzana w historii. Z historią należy zapoznać sie przed przyjazdem tutaj, w szczególności trzeba poczytać o rewolucji nikaraguańskiej.

Wskazówka: Epoka ta została opisana w genialnej książce „The Jaguar Smile” Salmana Rushdiego.

Matagalpa mieni się kolorami, znajduje się w niej mnóstwo przyjemnych  miejsc, gdzie można dobrze zjeść i się pobawić. Sprawdźcie „El Palacio de los Batidos”, gdzie serwują nieziemskie koktajle ze świeżych owoców i warzyw. Hostel La Buena Onda, gdzie się zatrzymaliśmy, okazał się jedynym, w którym nie czuliśmy się specjalnie komfortowo.

Dzień 10:

Podczas podróży z Matagalpy podziwialiśmy po raz ostatni pejzaż przed powrotem o ogromnej Managui. W stolicy zatrzymaliśmy się w obiekcie typu B&B położonego blisko lotniska. Ostatnią rzeczą, jaką zrobiliśmy, była wizyta na Mercado Oriental, który idealnie nadaje się do tego, by kupić tanie pamiątki i poobserwować Nikaraguańczyków, którzy tak na dobrą sprawę powinni zająć się pracą.

Kwintesencja nikaraguańskiego życia.