John Butler Trio: „Każdy występ to inna bestia"

Artykuł opublikowany 10 września 2015
Artykuł opublikowany 10 września 2015

Następny rok będzie już dwudziestym rokiem muzycznej kariery Johna Butlera – od improwizacji na ulicach Perth, po wielkie koncerty na całym świecie. Z tym roots rockerem rozmawialiśmy między innymi o zombie, chęci wstąpienia do sił specjalnych i Rage Against The Machine. 

Jak na kogoś, kto właśnie przyjechał z Londynu, John Butler, ubrany od stóp do głów w dżins, wygląda świeżo. Australijczyk, który wydał w zeszłym roku swój szósty album – „Flesh & Blood" – jest na samym końcu intensywnego okresu koncertowania, a późnym popołudniem da koncert na paryskim festiwalu Rock en Seine.

Cafebabel: Jak to jest być znowu we Francji?

J.B: Powinienem już znać francuski – po dziesięciu latach to troche żałosne. Byliście pierwszym krajem poza Australią, które przywitało mnie jak długo niewidzianego syna. To było wspaniałe. Zebra zeszła ze sceny, zaczęliśmy grać, a widownia… To było naprawdę głębokie. Mimo nieznajomości mojego języka, rozumiecie energię wypływającą z muzyki, którą gram.

C.B: Myślałeś już kiedyś o tym, żeby kiedyś zaśpiewać coś po francusku?

J.B: Myślałem już o tym, ale byłoby to trudne pod względem artystycznym, bo dla mnie sztuka – gdy jest dobra – jest pierwotna i naturalna, a śpiewanie po francusku (dla mnie) nie jest naturalne. To by było prawie że komercyjne, to musiałaby być bardzo dobra piosenka, inaczej czułbym tylko, że próbuję lizać wam dupę, a nie wiem czy tego chcecie.

Jeśli byłby jakiś francuski artysta, którym bym się interesował, to tak, może. Nie powiedziałbym nie – kto wie co by z tego wyszło? Nie robię tego zbyt często. Moja muzyka jest dość introspektywna, to mój własny świat – tworzę muzykę, jaką chcę bo nie chcę słyszeć jej nigdzie indziej i chcę słyszeć to, co jest w mojej głowie i sercu. Przez większość czasu nie myślę o innych ludziach. W tym co robię, chodzi o próbowanie wypracowania tego samemu, jak jakiś szaleniec.

C.B: Co znaczy dla ciebie muzyka?

J.B: Muzyka to narzędzie. Narzędzie odrywania uczuć, których nie da się poczuć w żaden inny sposób, niż poprzez muzykę. To narzędzie wyrażania siebie w taki sposób, na który pozwoli nam tylko  muzyka. To narzędzie dostępu do wspomnień, kompletnej pogardy, obrzydzenia i kurewskiej agonii, a jednocześnie twojej kompletnej miłości, świętowania i radości. 

Czasem to wszystko na raz, możesz być dosłownie w furii i pomimo tego tworzyć coś pozytywnego. To jak jazda na deskorolce, jest czasem ekstremalnie brutalna [łomocze butami o podłogę], ale jest piękna – kocham to, że można być jednocześnie pięknym i brutalnym, smutnym i szczęśliwym. To po prostu magiczne.

C.B: Czemu gdy zacząłeś grać na ulicach, zdecydowałeś się nie śpiewać?

J.B: Często śpiewałem w domu. Zaczynałem jako autor tekstów, ale uznałem, że ulice nie są miejscem dla moich piosenek. Uznałem, że dostanę więcej uwagi, gdy będę grał na gitarze. Bo wszyscy inni śpiewali covery – a ja nie chciałem tego robić. Pisałem swoją własną muzykę, co zdawało się być najbardziej indywidualną drogą zwrócenia na siebie uwagi. 

C.B: Kiedy zorientowałeś się, że muzyką bedziesz zarabiał na życie?

J.B: Mniej więcej w wieku 21 lat, więc całkiem późno. Nigdy sobie nie wyobrażałem, że będę to robił i nigdy nie chciałem tego robić. Chciałem za to robić całą masę innych rzeczy – do 13 roku życia chciałem wstąpić do armii, być w siłach specjalnych. Potem chciałem być profesjonalnym skaterem, a potem artystą – maluję i rysuję – chciałem być nauczycielem sztuki, bo nie umiałem zagwarantować, że będę wystarczająco sławny, by płacić z tego rachunki. Chciałem iść na studia, by zostać nauczycielem sztuki, ale wtedy odkryłem otwarte stroje gitarowe i oszalałem na ich punkcie. Zawsze miałem gitarę, była dla mnie przyjacielem – ale nie takim od interesów. 

C.B: Jak ważne jest dla ciebie pogodzenie niezależności artystycznej z niezależnością komercyjną?

J.B: Mam własną wytwórnię, więc nie do końca wiem, co robią inni. Ale znam wielu ludzi, którzy zwiększają swoją niezależność. Myślę, że nie ma żadnych zasad. Było to dla nas bardzo istotne, bo żadna poważna wytwórnia nie zainteresowała się nami dopóki nie dostaliśmy złotej płyty – kiedy to się stało, zaczęli pytać.

Jak dla mnie, interesują ich tylko pieniądze, nie wierzą w zespół. Dzięki temu, że mam własną wytwórnię, znalazłem ludzi, którzy we mnie wierzą i to z nimi pracuję. Ale pracowałem też z większymi wytwórniami w Ameryce i Francji, oni tez byli świetni. 

C.B: Jaka atmosferę chcieliście stworzyć we Flesh & Blood?

J.B: Wydaje mi się, że to album introspektywny, opowiadam w nim o rzeczach dziejących się w sercu i niewiele mówię o zewnętrznym świecie. Staram się opowiedzieć historie o tym, jak to jest być człowiekiem, więc to dość intymne. 

C.B: Teraz masz nowego perkusistę. 

J.B: [Na Flesh & Blood] występuje głównie stary perkusista, nowy [Grant Gerarthy] gra tylko jedną piosenkę. A jeśli chodzi o różnicę między Grantem a Nicky’m [Bomba]? Każdy muzyk, z którym kiedykolwiek grałem, jest fantastyczny, ale Grant miał naprawdę długą relację z Byronem [Luitersem] grającym na basie/kontrabasie. Grali ze sobą przez około dziesięć lat – to naprawdę mocny fundament.

 C.B: W teledysku do „Only One" są zombie. Lubisz The Walking Dead?

J.B: The Walking Dead? Nie widziałem. Nawet nie lubię horrorów. Okropnie je znoszę – jestem żałosny (śmiech). To po prostu wydawało się odpowiednie z wielu powodów. „Only One" jest tak ładną piosenką i pomyślałem, że jeśli zrobimy taki sam teledysk, to już będę musiał sobie przywalić, więc pomyślałem „pierdolmy to, zróbmy coś obrzydliwego i śmiesznego. Zmieńmy to w historię miłosną zombie”. Wielu ludzi tego nie podłapało, więc nie sądzę, żeby można to było uznać za sukces, ale przynajmniej dobrze bawiliśmy się przy produkcji.

C.B: Był jakiś przełomowy moment lub szczególny artysta, który miał na ciebie wpływ?

J.B: Trudno wybrać jednego, ale jednym z moich najbardziej zmieniających życie wydarzeń był koncert Rage Against The Machine w Lizbonie osiem lat temu. Kochałem ich już jako nastolatek, a na żywo są nie do zaprzeczenia i zatrzymania. Jeśli chodzi o album, to ważny był dla mnie „Under Construction" Missy Elliot, bardzo lubię pierwszy album Tracy Chapman, „Three Feet Rising" od De La Soul, a potem to już legendy – Bob Marley, Band of Gypsies „Live At Fillmore East" z  1969 roku.

C.B: A gdybyś miał wybrać jeden?

J.B: Bob Marley and The Wailers, Catch A Fire.

C.B: Jakie masz plany na przyszłość?

J.B: Prawie skończyłem pisać piosenki do nowego albumu, więc w przyszłym roku go nagram, a za dwa dni lecę do domu. W przyszłym roku będę świętował dwadzieścia lat mojej pracy artystycznej, a nawet nie będę występował – to zabawne.

C.B: W końcu, jakie jest twoje nastawienie przed koncertem?

J.B: Może będzie magiczny, a może po prostu gówniany. Moja żona [Danielle Caruana aka Mama Kin] też jest artystką, i też koncertuje – życzymy sobie tylko dobrego koncertu. Każdy jest jedyny w swoim rodzaju. Czasem daje ci w kość, a czasem to droga do chwały!

YouTube: Spring To Come - John Butler Trio