Kino i Risorgimento: stracona okazja na dobry film

Artykuł opublikowany 18 marca 2011
Artykuł opublikowany 18 marca 2011
Próbowaliście kiedyś wyobrazić sobie Garibaldiego w kowbojskiej apaszce Johna Wayne'a? Albo Mazziniego o sylwetce smukłej i wysportowanej jak James Stewart? Hollywood poprzez westerny ukazało Narodziny Narodu - to samo mogło być życiową okazją dla kina włoskiego. Niestety, Zjednoczenie [które nastąpiło w wyniku kilkunastoletniego procesu  zwanego il Risorgimento] okazało się straconą szansą.

Nieoczekiwane zawirowania historyczne oraz podziały ideologiczne spowodowały, że włoska fabryka snów nigdy nie włożyła w ramy konkretnego „gatunku” epokowego wydarzenia, jakim była walka o zjednoczenie narodu włoskiego. Poruszano za to kwestie towarzyszące mu, takie jak określenie granic, odparcie najeźdźcy czy rozkwit biednego niegdyś kraju.

Debatę na ten temat rozpoczął neapolitański reżyser, Mario Martone, tworząc wielobarwny i wypełniony szeregiem postaci film Wierzyliśmy (Noi credevamo). To właśnie Martone, wraz z Giancarlem De Cataldo, byłym urzędnikiem sądowym i autorem książki „Romanzo criminale” („Powieść kryminalna”), napisał scenariusz łączący powieść „Wierzyliśmy” („Noi credevamo”) Anny Banti ze wspomnieniami świadków tamtych wydarzeń. Z ich wspólnej pracy narodziły się wątki trzech bohaterów, których losy śledzimy na tle walki o zjednoczenie.

De Cataldo twierdzi, że: „Nasz film nie powstał po to, by świętować 150 rocznicę powstania Włoch. Ma on skłonić do refleksji, co może powinno być rolą polityków, jednak oni nie podołali temu zadaniu. Nasze Zjednoczenie było wielkim wyzwaniem i wielką przygodą, żyjemy przecież w kraju pozbawionym pamięci, gdzie właśnie to wydarzenie jest przedstawiane jedynie w sposób uproszczony, wręcz jako temat poboczny”.

W filmie ścierają się dwie wizje Włoch, do dziś skłaniające do dyskusji patriotów i anty-Włochów: „Tłem dla naszego opowiadania jest historia grupy młodych ludzi gotowych oddać krew dla sprawy; widzimy ideę Zjednoczenia jako oszustwo, blef dokonany za plecami tych Włochów, którzy adorowali Austriaków, dynastię Burbonów, króla i papieża. Wierzyliśmy przedstawia nasze wyobrażenie nadziei, która ma swe źródło tylko w młodości - mówi De Cataldo. Martone z kolei opisał Wierzyliśmy jako „podróż do włoskiej historii XIX w. w poszukiwaniu śladów, które zostały pochowane przez pewne ideologie, co pozbawiło nas tym samym trudnej, ale dzięki temu jakże żywej i pasjonującej możliwości spojrzenia na naszą przeszłość”.

Ten problemowy temat znów powoduje napięcia: turyński reżyser, Davide Ferrario (jeden z najwybitniejszych artystów ostatnich lat) właśnie zakończył zdjęcia do Piazza Garibaldi (Plac Garibaldiego), dokumentalnego filmu drogi, w którym powtarza trasę, jaką Wyprawa Tysiąca przebyła 150 lat wcześniej. Ferrari postawił sobie za cel sprawdzenie, co pozostało z idei, ku czci której w końcu XIX w. dziesiątki tysięcy placów i ulic zostało opatrzonych nazwiskiem Garibaldiego. Reżyser wyjaśnił sens projektu, cytując Alfonsa Berardinelliego: „My, Włosi «nigdy nie jesteśmy tacy, jakimi powinniśmy być ». Naszą tożsamość drąży pasożyt, który powoduje, że czujemy się nie na miejscu, gorsi. Jednocześnie jesteśmy głęboko przekonani, że żyjemy w najlepszym kraju świata. Właśnie ta narodowa schizofrenia ma skupić uwagę w moim filmie: neuroza, która nie pojawiła się dziś, ale towarzyszy nam od początku historii zjednoczonych Włoch”.

Czy zjednoczenie odzyska swe poczytne miejsce wśród wątków podejmowanych przez włoskie kino? Dokonując przeglądu dokonań jego pionierów z początków XX w., takich jak Filoteo Alberini, Arrigo Frusta, Mario Caserini czy Luigi Maggi zauważymy, że tematami ich filmów były Zdobycie Rzymu (La presa di Roma, 1905’ pierwsza włoska fabuła), Tysiąc garibaldczyków (I mille di Garibaldi, 1934) i karbonariusze w Roku pańskiego (Nell'anno del Signore, 1969). Nawet w okresie faszyzmu włoska fabryka snów wykorzystywała motyw Zjednoczenia, by scementować narodowe pojednanie, do którego w rzeczywistości było jeszcze bardzo daleko. Jedynie Alessandro Blasetti swym filmem 1860 ukazał ten temat w sposób zrozumiały dla szerszej publiczności, wyprzedzający jeszcze włoski neorealizm. Natomiast produkcje typu Tysiąc garybaldczyków, Mały, starożytny światek (Piccolo mondo antico, 1941) Maria Soldati czy Garybaldczyk w konwencie (Un garibaldino al convento, 1942) Vittoria De Siki łączyły sztywną elegancję z ironicznym spojrzeniem.

Luchino Visconti w Zmysłach (Senso,1954) i Lamparcie (Il Gattopardo, 1963) zdołał na nowo rozpalić ten ogień, neutralizując go operami Verdiego i atmosferą arystokratycznej dekadencji. Setną rocznicę świętowaliśmy wraz z Robertem Rossellinim i jego Niech żyją Włochy(Viva l’Italia, 1961). Z drugiej strony pojawiły się też filmy odchodzące od pedagogicznego tonu, które przedstawiały motyw bandytyzmu [przede wszystkim Bandyta z Tacca del Lupo (Il brigante di Tacca del Lupo, reż. Pietro Germi, 1951), „dezinformacji” historyczno-politycznej lat 70. [Święty Michał miał koguta (San Michele aveva un gallo, 1972)]" i Allonsanfàn (1973) braci Taviani czy Bronte: opowieść o masakrze, o której nie wspominają książki historyczne (Bronte: cronaca di un massacro che i libri di storia non hanno raccontato, reż. Florestan Vancini; 1972) oraz komedie Luigiego Magniego, których akcja rozgrywa się w papieskim Rzymie. Dalej nastąpiła pustka. Nie licząc kilku dzieł [Wicekról (I viceré) Roberta Faenzy z 2007 r., opartego na powieści Federica De Roberta] i sporadycznych filmów kina europejskiego, jak francuski Huzar na dachu (L’ussaro sul tetto) z 1995 r. Jean-Paula Rappeneau.

Czy spojrzymy teraz na Zjednoczenie Włoch przez pryzmat Wierzyliśmy? Wkrótce zostanie on pokazany w salach całej Europy, a w międzyczasie będziemy mogli go zobaczyć na francusko-niemieckim kanale Arte 17 i 18 marca.