Klimatyczny dzień świstaka w Limie

Artykuł opublikowany 23 stycznia 2015
Artykuł opublikowany 23 stycznia 2015

Na Światowym Szczycie Klimatycznym w Limie najwięcej mówiono o Paryżu – gospodarzu następnego wydarzenia z tej serii. Déjà vu? A może znaleziono idealny sposób na wymigiwanie się od podejmowania zobowiązujących decyzji? Sądząc po tym, ile na skutecznie prowadzonej polityce klimatycznej może zyskać przeciętny Kowalski, Dupont i Smith, wątpliwe, aby była to korzystna strategia dla UE.

Niedawno zakończony Światowy Szczyt Klimatyczny, który tym razem odbył się w stolicy Peru, był już dwudziestym tego typu zebraniem państw, które przystąpiły do uchwalonej w 1992 roku konwencji klimatycznej. Celem odbywających się corocznie od 1995 roku spotkań jest wypracowanie globalnej polityki klimatycznej, w ramach której wszyscy sygnatariusze konwencji mieliby zobowiązać się do podjęcia wynegocjowanej części obciążeń, wynikających z konieczności ograniczenia światowej emisji gazów cieplarnianych. Niestety, pomimo ambitnych planów, które chciano zrealizować w tym roku, rozbieżne interesy poszczególnych państw po raz kolejny doprowadziły do klinczu, w następstwie którego nie podjęto właściwie żadnych wiążących decyzji co do zakresu i skali wymaganych zobowiązań. Scenariusz ten powtarza 

się niemal na każdym Szczycie. Co roku podsycane są ogromne oczekiwania, a spotkaniom towarzyszy szeroki rozgłos medialny. Ostatecznie wszystko kończy się nijako, a w najlepszym wypadku można usłyszeć obietnice, że następnym razem będzie lepiej. Dokładnie tak samo było w Limie. O peruwiańskim COP20 wiedział prawie każdy; było nawet trochę dramaturgii (pojawiło się niebezpieczeństwo przerwania rozmów). Istniała też szansa, że najwięksi truciciele (Chiny i USA) przestaną się cynicznie przyglądać nieporadnym zmaganiom maluczkich i wreszcie wezmą czynny udział w walce z ociepleniem klimatu. Ostatecznie ogłoszono jednak, że wszystko to były przygotowania do następnego Szczytu, a prawdziwy przełom nastąpi w 2015 roku na COP21 w Paryżu.

Jeśli ktoś się jeszcze nie połapał, o co chodzi w te klimatyczne klocki, należy niezwłocznie zaopatrzyć się w kubeł popcornu i udać się na seans filmu „Dzień świstaka” z rewelacyjnym Billem Murray'em w roli główniej. Szybko stanie się jasne, o co chodzi w światowej polityce klimatycznej. I proszę się nie śmiać, bo sprawa jest poważna.

Na ile poważna? To doskonale widać na przykładzie doświadczeń przeciętnego Europejczyka. Oczywiście istnieją narody w dużo gorszym położeniu niż Polska, Francja czy Wielka Brytania. Wystarczy pomyśleć o mieszkańcach Malediwów i Tuvalu, dla których ocieplenie klimatu oznacza dosłowne zniknięcie ich ojczyzn z powierzchni globu. Dla Kowalskiego, Duponta i Smitha zażegnanie impasu w pertraktacjach klimatycznych nie jest kwestią życia i śmierci, ale z pewnością przekłada się na utrzymanie wysokiego standardu życia, jaśniejsze perspektywy na przyszłość i większe bezpieczeństwo energetyczne. Na czym miałyby by polegać owe korzyści w kontekście europejskim?

Ewentualny sukces w negocjacjach klimatycznych jest nie tylko szansą na poprawienie stanu środowiska naturalnego, ale również daje możliwość rozwoju gospodarczego, w którym Europa może wieść światowy

prym. Wprowadzenie pakietów klimatycznych oznacza bowiem wzrost popytu na rozwiązania niskoemisyjne oraz na technologie związane z odnawialnymi źródłami energii. Kraje UE, takie jak Niemcy, Dania, Holandia czy Francja, już w tej chwili odnoszą sukcesy w tych dziedzinach, niejednokrotnie przodując w rozbudowie nowoczesnego przemysłu opartego o ochronę środowiska. Dzięki wypracowanemu postępowi, Europa mogłaby zatem stać się liderem w handlu technologiami i sprzętem przyjaznym środowisku. Co prawda obecnie nie jest to duży rynek, ale w dobie ograniczeń emisji szkodliwych substancji, może się on znacznie powiększyć, stwarzając Europejczykom liczne miejsca pracy. Kowalski, Dupont i Smith mogliby zatem liczyć na zatrudnienie w instytutach badawczych i w przemyśle związanym z rozwojem turbin, ogniw, interkolektorów, paneli fotowoltaicznych, a także w wynajdowaniu tanich sposobów na magazynowanie energii odnawialnej oraz zarządzanie siecią.

Walka ze zmianami klimatu stanowi zatem szansę nie tylko na reindustrializację Europy, lecz również na zwiększenie jej konkurencyjności z takimi potęgami przemysłowymi jak Chiny czy Indie. Dla przeciętnego Europejczyka oznacza to pewne i bezpieczne miejsca pracy, w miarę tanią energię oraz czystsze środowisko.

Filmowy dzień świstaka ostatecznie dobiegł końca. Nie doprowadziło jednak do tego uporczywe odgrywanie tego samego scenariusza, lecz zmiana – ciężko wypracowany, wręcz wymuszony przełom. Miał on miejsce nie tylko w kwestii postępowania, lecz również w sposobie myślenia. Czy wśród światowych przywódców biorących udział w COP jest szansa na realizację podobnego scenariusza? Najbardziej pożądanymi kandydatami do zmian są Chiny i USA, bo gospodarki właśnie tych krajów w największym stopniu przyczyniają się do ocieplenia klimatu. W Limie przedstawicielstwo Stanów Zjednoczonych złożyło wstępną deklarację, że do 2025 roku zmniejszy emisję gazów cieplarnianych o 12% w porównaniu z poziomem emisji z 1990 roku. Chiny zapowiedziały natomiast, że po 2030 roku rozpoczną redukcję emisji gazów. Choć może

 się to wydawać niewiele znaczące, zawsze to lepsze niż nic, zwłaszcza, że jest to pierwsza tego typu zapowiedź ze strony tych krajów. Żeby jednak nie było za słodko, UE zagroziła, że może ograniczyć swoją (dosyć ambitną) politykę proklimatyczną, jeśli COP21 w Paryżu nie przebiegnie pomyślnie. Czyżby niektórzy europejscy przywódcy poczuli „klimat” (sic!) „Dnia świstaka” i postanowili coś zmienić? Jeśli tak, to szkoda, że na gorsze. Ale może tak, jak w filmie, wszystko zakończy się szczęśliwie? Pytanie tylko kiedy i czy w obliczu przyśpieszającego ocieplenia klimatu możemy sobie pozwolić na optymizm rodem z hollywoodzkiej fabryki snów. W przypadku Europy wydaje się, że najwyższy czas na realizm, choćby dlatego, że działania proklimatyczne zwyczajnie się nam opłacają.