Koniec wojny ale nie okupacji

Artykuł opublikowany 31 stycznia 2006
opublikowano w społeczności
Artykuł opublikowany 31 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

W obchodach moskiewskich upamiętniających wyzwolenie Europy od nazizmu, uczestniczyły głowy państw z całego świata. Jednak w niektórych krajach, rocznica ta spowodowała wściekłość.

Uważa się, że koniec II wojny światowej jest świętowaniem zwycięstwa nad faszyzmem i klęską nazistowskich Niemiec. Ale co, jeśli koniec wojny oznacza także początek sowieckiej okupacji waszego kraju, która trwała aż do roku 1991, jak miało to miejsce w przypadku trzech krajów bałtyckich: Łotwy, Litwy i Estonii? Co, jeśli wyzwalająca Armia Czerwona przekształciła się w okupanta, który w końcu pozwolił Związkowi Radzieckiemu narzucić swoje ideologie i system polityczny na wasz kraj, który trwał przez następne 45 lat, tak jak to było w Polsce? Jeśli pochodzicie z jednego z tych krajów lub jesteście głową państwa, możecie czuć się niezręcznie lub po prostu kiepsko wobec pomysłu wyjazdu do Moskwy i ryzyka przesłania wiadomości, że wasza obecność w jakiś sposób sankcjonuje osiągnięcia Armii Czerwonej, formacji militarnej, która odegrała tak ważną rolę w pokonaniu Hitlera, ale która wymusiła także panowanie prostalinowskiech rządów komunistycznych w Polsce, Czechosłowacji (obecnie Republiki Czeskiej i Słowacji), Węgier, Rumunii, Bułgarii i wschodnich Niemiec NRD.

Dwie strony tej samej monety

Dla wielu, którzy przeżyli trudy i cierpienia pod rządami komunistów lub odczuwają teraz jej trwałe skutki, fakt, że Rosja zaakceptuje sowiecki wkład w zakończenie II wojny światowej, ale nie przyzna w jaki sposób wynik wojny umożliwił Sowietom wywieranie wpływu ku Zachodowi, jest frustrujący i trudny przyjęcia. Z trzech bałtyckich prezydentów zaproszonych do uczestnictwa w uroczystościach, tylko prezydent Łotwy Vaira Vike-Freiberga będzie obecna. Ona sama była ostrym krytykiem Kremla i, w oświadczeniu opublikowanym w styczniu, odnośnie rocznicy 9-go maja, jasno stwierdziła, że odpowiedzialnością za wybuch wojny należy obciążyć zarówno Hitlera, jak i Stalina. Odnosząc się do Paktu o Nieagresji, z 1939 roku, kiedy Hitler zgodził się oddać Sowietom kraje bałtyckie oraz wschodnią Polskę, w zamian za nieprzyłączenie się do wojny przeciwko Niemcom, powiedziała: „największy konflikt niszczący ludzkość może by się nie pojawił, gdyby reżimy totalitarne nazistowskich Niemiec i Związku Radzieckiego nie uzgodniły potajemnego podziału terytoriów Europy Wschodniej między sobą”.

W Polsce także odbyła się debata na temat czy prezydent Aleksander Kwaśniewski powinien brać udział w obchodach. Mimo, że podziela on pragnienie Łotwy wobec Rosji, by uznała ona powojenne cierpienia krajów, które znajdowały się pod rządami komunizmu, uzasadnił swój wybór wyjazdu podkreślając, że „nie powinniśmy pomijać zwykłych [sowieckich] żołnierzy, którzy wyzwolili Polskę oraz przyjaciół naszego kraju”. Łatwo można zinterpretować czy jest to główny powód jego wyjazdu czy też nie, biorąc pod uwagę, że powiedział także, iż „nie powinniśmy obrażać narodu rosyjskiego, ponieważ może to mieć konsekwencje, co do naszych przyszłych relacji”. Prezydent jest nadal zaniepokojony faktem, że 9 maja wszyscy usłyszą prawdę, choć mógł on wcześniej uzyskać poparcie większości Polaków przez wyrażenie poglądu, że będzie się otwarcie wypowiadał.

Rocznica jako symbol pojednania

Według prezydenta Putina, Rosja chciałaby, żeby nadchodzące obchody na moskiewskim Placu Czerwnym „były symbolem ogólnego pojednania w Europie”. W istocie, jest to stosowna myśl przewodnia dla takiego wydarzenia, związanego zarówno ze stanem stosunków europejskich, bardzo napiętych do czasu zakończenia wojny jak i z aktualnymi wydarzeniami takimi jak „zjednoczenie” Europy z włączeniem ośmiu postkomunistycznych krajów do Unii Europejskiej. Jeśli prezydent Putin naprawdę chciałby wpłynąć na ten pojednawczy symbolizm, może mógłby rozważyć wypowiedzenie kilku słów lub też wykonanie gestu, poświęcając uwagę tej kwestii.

Prawdą jest, że Rosja nie jest Związkiem Radzieckim i nie powinno się oczekiwać, że odziedziczy cały jego bagaż. Z drugiej jednak strony, gdyby Rosja chciała wyjść poza utrzymujące się rozgoryczenie, które ciągle żywią obywatele państw bałtyckich oraz narody byłych państw-satelitów, nie byłoby lepszego momentu, by uznać istnienie tych uczuć i na nie odpowiedzieć, ze względu na poprawę napiętych stosunków między sąsiadami. Tymczasem, bez słowa potępienia za zbrodnie sowieckie, nie wspominając już o najmniejszym potwierdzeniu przedwojennego i powojennego wpływu Związku Radzieckiego na kraje bałtyckie i były blok wschodni, oczekiwanie od liderów tych krajów, by stanęli na Placu Czerwonym, by z wdzięcznością obserwować defilujących rosyjskich żołnierzy, jest lekką przesadą.