Kony 2012 na Facebooku – nie, to nie kontrkandydat Obamy

Artykuł opublikowany 12 kwietnia 2012
Artykuł opublikowany 12 kwietnia 2012
W poniedziałkową noc 5 marca prawdopodobnie kładliście się spać z mglistym, o ile nie zerowym, pojęciem o tym, kim jest Joseph Kony i gdzie na mapie leży Uganda. Następnego ranka odkryliście być może, że na Facebooku roi się od odnośników do klipu zatytułowanego „Kony 2012”. Filmik ten zanotował imponującą liczbę odsłon – 21 milionów w niecały tydzień.

Nie, Joseph Kony nie jest najnowszym kandydatem w wyścigu o fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych. Gdybyście, co mało prawdopodobne, nie mieli jeszcze okazji obejrzeć tego filmiku lub gdyby waszą uwagę odwróciła efekciarska strona produkcji, chodzi o amerykańską kampanię na rzecz powstrzymania Kony’ego, który rekrutuje dziecięcych „rebeliantów” w Ugandzie (na mapie przejedź palcem przez Afrykę wzdłuż Równika, zatrzymaj się, zanim uderzysz w Kenię), do 31 grudnia 2012 roku. Pracowałam w Ugandzie przez trzy miesiące 2011 roku. Dwa miesiące wcześniej, ogarnięta paniką przed wyjazdem do Afryki Środkowej, pochłaniałam każdą książkę na temat tego kraju, jaką udało mi się dostać. Tak po raz pierwszy dowiedziałam się o grupie buntowników Kony’ego zwaną Armią Bożego Oporu (Lord’s Resistance ArmyLRA) i ich ponaddwudziestoletniej historii porwań dziesiątek tysięcy dzieci wykorzystywanych jako żołnierze i prostytutki.

Ameryka na ratunek

Filmik jest bardzo wygładzony, bo w rzeczywistości Uganda tak nie błyszczy. Pokazuje przemiłego blond chłopczyka, syna reżysera, obok cierpienia ugandyjskich dzieci. Ta technika pojawiła się w świecie non-profit stosunkowo niedawno i nie pozostaje wolna od kontrowersji – w 2010 r. film Unwatchable ukazywał typową dla Wschodniego Konga historię gwałtu i morderstwa przeniesioną do Anglii. Takie zabiegi budzą nierozstrzygalne wątpliwości moralne – czy musimy zobaczyć cierpienie pięknych białych ludzi, żeby przejąć się sprawą?

Oglądając „Kony’ego 2012” można poczuć dyskomfort i lekkie zażenowanie bezmyślnym uproszczeniem zagadnienia. Czyżby celem autorów nie było zwrócenie uwagi na problem, ale dobre samopoczucie studentów amerykańskich college’ów, którzy mogą być dumni ze swojego zaangażowania? Film ma zwiększyć świadomość na temat działań Kony’ego, „uczynić go sławnym”, ponieważ zakłada, że ruch opinii publicznej przełoży się na wolę polityczną i zaowocuje wojskową interwencją Stanów Zjednoczonych zmierzającą do schwytania Kony’ego i postawienia go przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze, który w 2005 r. wydał nakaz aresztowania Kony’ego. Założenie to jest chybione i wprawi w konsternację każdego, kto choć trochę zna sytuację w Ugandzie.

Porzućmy jednak nasz wrodzony europejski sceptycyzm wobec amerykańskich oddziałów wkraczających do akcji, by zbawić świat, i przyjrzyjmy się faktom. Po pierwsze, całkowicie błędne jest twierdzenie, jakoby to zachodnia wola polityczna stanowiła problem. Uganda posiada dość sprawne własne wojsko. Trzeba przyznać, że jest ono zdeprawowane i skore do łamania praw człowieka, jednak jeśli chodzi wyłącznie o schwytanie Kony’ego, potrafi tego dokonać. Co więcej, miało ku temu okazję już wiele razy na przestrzeni ostatniej dekady. Jeżeli gdzieś brakuje woli politycznej, to jedynie po stronie Ugandy.

Kony 2012 – czy naprawdę cię to obchodzi?

Uganda silnie angażuje się w wiele misji pokojowych ONZ i Unii Afrykańskiej, za które otrzymuje wynagrodzenie. Dlatego też skorumpowanemu rządowi ugandyjskiemu bardziej opłaca się wysyłać oddziały na lokalne misje niż zmierzyć się z wewnętrznymi konfliktami. Na dodatek w Ugandzie nie istnieje poczucie tożsamości narodowej – ważniejsza pozostaje przynależność plemienna i regionalna. Większość Ugandyjczyków nie uważa za własny konfliktu na zdominowanej przez lud Acholi północy. Kony został wyparty z Ugandy w 2006 r. za sprawą znaczących działań militarnych. Z grupką zwolenników, obliczaną obecnie na kilkaset osób, przemieszcza się teraz swobodnie przez nieszczelne granice Południowego Sudanu, Demokratycznej Republiki Konga i Republiki Środkowoafrykańskiej. Wiadomo, że stracił większość swoich wpływów, władzy i możliwości porywania dzieci. Nie oznacza to, że nie powinien zostać schwytany i doprowadzony przed oblicze sprawiedliwości, jednak na tym etapie prawdopodobieństwo, że to się stanie, jest wyjątkowo nikłe.

Zwiększanie świadomości jest pozytywne, ale działalność skupiająca się na resocjalizacji tysięcy osób poszkodowanych wskutek jego brutalnych działań stanowiłaby lepsze wykorzystanie środków. Być może problem nie leży w samej organizacji, która za tym stoi, ale w pokoleniu, które bez chwili zastanowienia klika „Lubię to” dla kampanii. Dostęp do informacji nigdy nie był tak szeroki jak teraz (co podkreśla również reżyser). Powinniśmy to wykorzystywać i krytycznie patrzeć na różne sprawy zamiast na hurra przyłączać się do akcji mediów społecznościowych. Pomimo niedociągnięć kampania spowodowała bezprecedensową i godną podziwu liczbę debat oraz wzrost poziomu wiedzy o Ugandzie – trzeba jej to oddać. To nas należy krytykować za myślenie, że „polubienie” oznacza podjęcie znaczących działań. Pojechałam do Ugandy na staż, ledwie w połowie świadoma biedy, korupcji, wysokiej liczby zakażeń HIV, politycznej niestabilności, ciągłego zagrożenia terroryzmem, braku infrastruktury i przemysłu oraz nieprawdopodobnej powszechności przemocy seksualnej – by wymienić jedynie kilka problemów – z którymi miałam się zetknąć.

Nie czytajcie tylko tych słów, ale wyobraźcie sobie, co one oznaczają – nieutwardzone drogi, przepełnione ścieki, gwałcone dziewczyny, policjantów bijących złodziei łańcuchami na ulicy, czołgi „zaparkowane” na rondach (tak na wszelki wypadek). Nie pomożemy rozwiązać problemów Ugandy, upraszczając sytuację tak, by pasowała do tych krótkich momentów, kiedy kierujemy na nią naszą uwagę. Jedynie poprzez uznanie trudnej rzeczywistości możemy zmierzyć się z prawdziwym problemem.

Fot.: główna, Kony (cc) Philip Hourican dla Invisible Children/ Facebooka; w tekście: dzieci Ugandy - dzięki uprzejmości (cc) oficjalnej strony Invisible Children