Kopenhaga: filozofia slow life łapie wiatr w żagle

Artykuł opublikowany 20 czerwca 2016
Artykuł opublikowany 20 czerwca 2016

W zatoce Scanport, kilka kilometrów od centrum Kopenhagi, cumuje stary dwudziestopięciometrowy żaglowiec Hawila. Zanim statek wzniesie żagle i wypłynie w morze, grupa młodych zapaleńców pracuje nad jego renowacją. Idea? Spowolnić świat i pokazać inny sposób na konsumpcję. Reportaż.

Z pokładu Hawili widać jak startują i lądują samoloty z czterech stron świata. Przy wyjściu na Morze Bałtyckie można dostrzec frachtowce obciążone tysiącami kontenerów. Hawilę zacumowano w dawnej strefie przemysłowej niedaleko lotniska. Obok statków rekreacyjnych, stylizowanych na pirackie, ten imponujący drewniany żaglowiec wygląda jakby był z innej epoki.

Późnym marcowym wieczorem zimny wiatr zaprasza nas do wejścia na pokład. Wokół panuje spokojna atmosfera. Społeczność pracująca nad projektem Hawila rozjeżdża się zimą, by powrócić do wspólnych działań wraz z nadejściem cieplejszych dni. Na miejscu spotykamy podróżników, którzy przyjechali spędzić tu jedną lub kilka nocy. Od niedawna na platformie AirBnB można zarezerwować nocleg na statku, a dochód z wynajmu łóżek pozwala grupie na zakup materiałów i prowadzenie prac konserwacyjnych.

Jak mówi Samuel Faucherre, jeden z głównych pomysłodawców projektu, obecna sytuacja to tylko cisza przed burzą. Latem na statku i wokół niego organizowane są liczne wydarzenia kulturalne. Podczas spektakli, festiwali i warsztatów Hawila zmienia się w miejsce spotkań, wymiany doświadczeń i uświadamiania o problemach środowiska. Przybywają również wolontariusze, by pomóc w renowacji starego statku, który do końca 2017 roku powinien już przewozić towary między północą a południem Europy, i to jedynie dzięki sile wiatru.

Tchnąć nowe życie w zapomniany środek transportu

Dwumasztowiec, zbudowany w 1935 roku do przewożenia wielkich bloków lodu, został porzucony przez ostatniego właściciela, ale od niedawna ma szansę na drugie życie. W styczniu 2015 roku obecna załoga Hawili odkupiła go za jedną koronę duńską. Odnawiając statek, Sam i jego ekipa pokazują, że istnieje alternatywa dla tradycyjnego transportu morskiego.

„Obecnie 90% wszystkich towarów, które trafiają na sklepowe półki na całym świecie na pewnym etapie produkcji jest przewożonych drogą morską ” – zaznacza Samuel, który jest nie tylko marynarzem, ale też naukowcem, specjalistą od Arktyki. 29-letni Bretończyk dodaje, że piętnaście największych kontenerowców zanieczyszcza planetę w takim samym stopniu, jak wszystkie samochody świata razem wzięte.

Hawili daleko jest do szybkich środków transportu, które umożliwiają tanie wysyłanie towarów w dowolne miejsce na świecie w rekordowo krótkim czasie. Projekt ma na celu tchnąć nowe życie w zapomniany i powolny, ale nieszkodliwy dla środowiska środek transportu. Sam wyjaśnia: „Chcemy pracować z lokalnymi wytwórcami, małymi społecznościami nadbrzeżnymi, a nie zajmować się produkcją na dużą skalę”. Czekolada, oliwa z oliwek, rum, cydr – jest tyle ekologicznych towarów, które powinny być transportowane.

Myśleć nieszablonowo

Aby trafić do kadłuba statku z małej kuchni, w której króluje zapach kawy, trzeba zejść wąskimi schodami. Właśnie tam znajduje się kubryk, czyli pomieszczenie sypialne, nazywane też mess roomem. Jest w nim koło dwudziestu koi, a na środku stoi długi drewniany stół. Pomieszczenie pogrążone jest w półmroku, a zdobią je gitary i stare fotografie Hawili.

Na pokładzie statku młodzi ludzie zaangażowani w projekt wiodą wspólne życie, tworząc małą społeczność ludzi, którzy myślą nieszablonowo. Ci młodzi Europejczycy w większości są obyci z morzem oraz mają wyższe wykształcenie naukowe, techniczne lub artystyczne. Poszukują swojego sposobu na życie z dala od naszego ultrakonsumpcyjnego społeczeństwa. Żyją skromnie i uprawiają dumpster diving - dosłownie nurkują w śmietnikach. Grupa planuje też eksperyment, w którym sprawdzą, czy Hawila może być samowystarczalna energetycznie i żywnościowo. Sam chciałby zainstalować na rufie statku turbiny wiatrowe i panele słoneczne, które napędzałyby urządzenia pokładowe, a także zapewniały załodze ogrzewanie i elektryczność. W swojej marynarskiej bluzce w paski i z czapką na głowie, Sam sprawia wrażenie lekko ekscentrycznego młodego naukowca, kiedy opowiada o swojej potrzebie eksperymentowania. Chciałby też zbudować na pokładzie szklarnię oraz kurnik. 

Gabriele, Włoch pochodzący z nadmorskiego Palermo, przez wiele lat uprawiał żeglarstwo. Ten 28-latek z wykształceniem rolniczym zwiedził już niemały kawał świata - m.in. NepalKamerunMalezję. Po przyjeździe do Kopenhagi Gabriele zainteresował się szczególnie  odkrywaniem w ramach projektu nowych sposobów pracy, wymiany doświadczeń i wspólnego mieszkania. Według niego „życie na statku daje dużo wolności, nie ma tu specjalnych reguł czy ograniczeń”. Jednak po chwili dodaje: „Ale jednocześnie każdy musi być osobą odpowiedzialną, w przeciwnym razie statek nie funkcjonuje”. Rano Gabriele, rozczochrany i z trzydniowym zarostem, siedzi na dziobie statku. Jest trochę chłodno, ale w mess roomie wszyscy jeszcze śpią. „Kiedy mieszka się na ograniczonej przestrzeni, trzeba nauczyć się wszystkim dzielić, odłożyć ego na bok i umieć słuchać siebie nawzajem” – wyjaśnia. Gabriele mówi też o chęci stworzenia takiego miejsca, gdzie każdy może wyrazić swoją opinię i wszyscy pracują równo. 

Na pokładzie Hawili wszyscy działają w ramach wolontariatu. Jak zauważa Gabriele, celem projektu nie jest osiąganie zysku. Jako że grupa żyjąca na statku chce pozostać niezależna, podjęła decyzję, że będzie finansować się z własnych środków. „Chciałbym móc powiedzieć, że wygrzebaliśmy się z tego gówna, że doszliśmy do tego sami” – wyjaśnia Sam z charakterystyczną dla siebie szczerością. 

„COP 21? To był jakiś żart!”

Prowadząc badania naukowe na Arktyce, Sam był świadkiem wpływu człowieka na środowisko. Jest rozczarowany politykami podejmującymi ważne decyzje, uważa, że nie można od nich oczekiwać, że cokolwiek zrobią w sprawie klimatu: „Podczas szczytu COP21 miałem niewielkie nadzieje, myślałem, że coś się zmieni, ale to był jakiś żart! Politycy myślą tylko o swoich ciepłych posadkach”. Zdaniem młodego marynarza „rozwiązania problemu muszą wyłaniać się oddolnie”. I właśnie dlatego powołano do życia projekt Hawila. „Nie chcę tak po prostu żyć, oddawać się konsumpcji i umrzeć. Być może ten projekt niczego nie zmieni, może będzie tylko kroplą w morzu, ale przynajmniej będę mógł powiedzieć, że próbowałem” – dodaje.

Alina, kolejny członek załogi, przybyła do Danii w 2009 roku, ale zanim oddała się pracy na pokładzie Hawili, przez wiele lat brała udział w projekcie miasteczka ekologicznego. Ta 29-latka belgijsko-rumuńskiego pochodzenia, która dorastała w USA, uważa, że jedną z mocnych stron projektu Hawila jest wymiana doświadczeń między osobami z różnych krańców Europy. Alina postrzega tę różnorodność jako źródło inspiracji: „Dzięki temu się nawzajem wzbogacamy”. Następnie dodaje: „Jesteśmy silniejsi, kiedy działamy jako grupa na szczeblu lokalnym, niż gdybyśmy walczyli indywidualnie przeciwko systemowi organizacji politycznych. Jest on zbyt daleko od nas, trudno go zrozumieć i trudno na niego wpływać”.

Młodzi Hawilańczycy, podróżując od portu do portu, chcieliby za pośrednictwem różnych wydarzeń artystycznych i kulturalnych rozwijać wśród napotkanych ludzi świadomość wpływu tradycyjnego transportu morskiego na środowisko. A żeby nie pogrążyć się finansowo, załoga liczy na możliwość bezpłatnego postoju w portach.

___

Ten reportaż jest częścią projektu EUtoo, który przedstawia style życia młodych Europejczyków rozczarowanych współczesną rzeczywistością. Projekt jest finansowany przez Komisję Europejską.