Liban: w rękach wciąż blackberry, nie kałasznikowy

Artykuł opublikowany 28 stycznia 2011
Artykuł opublikowany 28 stycznia 2011
12 stycznia tego roku 11 ministrów libańskiego Rządu Jedności Narodowej, kierowanego przez Saada Hariri, złożyło grupową dymisję. Narodowy kryzys? Raczej kolejny punkt na długiej już liście zawirowań politycznych. Mimo korków, telefonów najnowszej generacji i sporadycznych wojen, hiszpańska woluntariuszka opisuje spokój libańskiej codzienności.

W ten właśnie sposób partia-bojówka Hezbollah spełniła swoją groźbę opuszczenia rządu w razie gdyby nie zaakceptowano jej roszczeń wobec Trybunału Narodów Zjednoczonych, który prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa byłego premiera (a zarazem ojca obecnego), Rafika Hariri. Od kilku miesięcy pojawiają się spekulacje odnośnie wyroku i potencjalnego uwikłania Hezbollahu w owo zabójstwo. I z tego to powodu stronnictwo szyickie od kilku miesięcy próbuje wymusić na rządzie, żeby ten nie usankcjonował postanowień Trybunału.

Jeszcze będąc w Barcelonie, podczas wakacji przed powrotem na wolontariat w Bejrucie, z zainteresowaniem śledziłam te informacje. Europejska prasa wyróżniała wielkimi literami „poważny kryzys polityczny”, który nadchodził w tym malutkim kraju na Bliskim Wschodzie. A ja sama zastanawiałam się, jak musieli to przechodzić mieszkańcy stolicy, szczególnie w dzielnicy, w której od sześciu miesięcy mieszkam, Al-Aszrafijji, chrześcijańskiej enklawie w pełnym tego słowa znaczeniu. Przestaną wychodzić na drinki do barów w Gemmayzeh, które – wedle tego, co twierdzą wszyscy Libańczycy – były otwarte nawet w czasie wojny latem 2006 r.? Zaczęli już stosować się do świateł drogowych? Miałam co do tego wątpliwości, zatem postanowiłam się skontaktować z kilkoma przyjaciółmi mieszkającymi w różnych częściach kraju.

W gruncie rzeczy życie na ulicach Bejrutu toczyło się swym normalnym torem: każdy ze swoim blackberry i wszyscy w centrum handlowym ABC Mall. Największym niebezpieczeństwem pozostawało poruszanie się pieszo i unikanie samochodów pułapek. Na razie nikt nie wyciągał kałasznikowów, a donośne nocne eksplozje to wciąż były fajerwerki. W innych regionach, jak na przykład Chouf, górzystym rejonie zamieszkanym przez druzów, jedyną zmianą, jakiej doświadczyli mieszkańcy, było zwiększenie liczby wojska przy szosach, co i tak jest czymś normalnym w każdej innej części kraju. 13 stycznia wylądowałam w Bejrucie. Wracając z lotniska, przejeżdżałam przez dzielnice wyraźnie prohezbollahowskie i nie odkryłam żadnej zmiany. Flagi ciągle były na swoim miejscu, a portrety irańskiego prezydenta Mahmuda Ahmadineżada (zawieszone od czasu jego październikowej wizyty) pokrywały się kurzem nieopodal autostrady.

W tym kraju, całkiem nieczułym na wstrząsy, dymisja rządzących nie spędza snu z powiek. W naszym europejskim pojęciu, ucieczka 11 ministrów oznaczałaby pewnie narodową hekatombę. Ale na tej ziemi to, co się liczy, to „teraz”, „dzisiaj”, i wyczekiwanie, że nazajutrz też wzejdzie słońce. Ale nie należy wykluczać żadnej opcji: być może w momencie, kiedy będą opublikowane te słowa, ktoś wyjdzie z bronią na ulice lub zaatakuje stolicę. Welcome to Lebanon, gdzie wszystko przykrywa warstewka tymczasowości.