London rocks!

Artykuł opublikowany 3 sierpnia 2009
Artykuł opublikowany 3 sierpnia 2009
Londyn, czyli „Big Smoke” od zawsze kojarzy się nie tylko ze zmienną i nieco deszczową pogodą ale i z rozkwitem sceny muzycznej. Od lat sześćdziesiątych Londyn określany jest jako miejsce, gdzie wyznaczane są trendy muzyczne w Europie, a czasami i w świecie. Jest to zarówno kuźnia talentów, jak i trampolina dla nieznanych lub już głośnych zespołów rockowych.
Historia muzycznego wieczoru „rockowego”.

Po przypadkowym przeglądaniu imprez organizowanych w Londynie, dowiedziałam się o występie w Pure Groove, sklepie muzycznym niedaleko od mojego miejsca pracy. Grupa nazywa się Chew Lips, nie wiem o nich zbyt wiele, ale znam ich firmę fonograficzną, paryską Kitsune, którą bardzo cenię za gust muzyczny, za różnorodność gatunków, którymi się zajmuje i za oryginalność grup, których jest producentem (w tym Digitalism i Phoenix, by wspomnieć te najbardziej znane).

 (Dan Avery/ puregroove.co.uk)

Łowienie muzycznych przygód

(zdj.: David Beech/ davidbeech.co.uk/ myspace.com/chewlips)Przyjeżdżam do sklepu i od razu podoba mi się atmosfera: sofa, kilka foteli oraz bar, w którym sprzedaje się włoskie piwo. W tle znajduje się mała scena, gdzie technik dźwięku i jak mi się wydaje członkowie zespołu przygotowują instrumenty. Publiczność składa się głównie z młodych dwudziestopięcio- i trzydziestolatków. Po sklepie spacerują w pełnym londyńskim stylu osoby o eklektycznym charakterze, osoby, które nie ruszają się na krok bez stereofonicznych słuchawek i ja, samotna, która rozgląda się dookoła próbując wdychać tę londyńską atmosferę roztaczającą się podczas tego wieczoru. Wejście na scenę piosenkarki, w blond kasku i w trzeźwym stylu lat sześćdziesiątych, zwiastuje rozpoczęcie koncertu, sala nie jest jeszcze zatłoczona i łatwo zdobyłam dobre miejsce, z którego podziwiam występ. Koncert zaczyna się punktualnie, trio zajmuje miejsca na scenie. Syntezator, klawisze i bas, gitara i żeński głos. To lato elektrycznego rocka i ja w całości w tym uczestniczę. Nieświadomie wystukuję tempo moją stopą (i nie tylko ja).

Rytm jest chwytliwy, śpiew przyjemny a zakończenie perfekcyjne. Być może nie są oni wschodzącą gwiazdą muzyki pop-rock - i w zasadzie nie dodają wiele do tendencji elektro-retro ostatnich czasów - ale Chew Lips podobają mi się i półgodziny występu szybko mija. Po koncercie wałęsam się po sklepie gromadząc cały materiał, który znajduję: ulotki, czasopisma i różne gazety muzyczne. Moja dusza jest trochę prowincjonalna - muzycznie mówiąc - czuje się jednocześnie jak postać ze stron kultowej „Wierności w stereo” [Nicka Hornby’ego, nota od redakcji]. I tak sobie myślę: „Welcome Licia, this is London!”. Wrzucam wszystko łapczywie do torby i biegnę do autobusu, w kierunku Brick Lane.

Szkółka nowych zespołów

Wschodni koniec Londynu, w szczególności Brick Lane, jest ostatnio „hip” i oferuje dużo wrażeń dla miłośników muzyki. Cafe 1001 to rodzaj artystycznego centrum rekreacji, moim zdaniem spektakularnego, gdzie panuje przyjemna atmosfera, skromna i z domieszką „cyganerii”. Od miesiąca to jedno z moich ulubionych miejsc w mieście.

(zdj.: Fabbio Venni/ Flickr)Jest poniedziałek wieczorem, w klubie nie jest bardzo tłoczno, więc bez trudu zajmuję miejsce na zwykłym skórzanym fotelu w pobliżu fortepianu, gotowa do pożerania wzrokiem wszystkich czasopism ze sklepu muzycznego. Ledwie zdążyłam usiąść, gdy rozlega się utwór „Debaser” Pixiesów, uśmiecham się do siebie. Pomiędzy spotkaniami jednego z londyńskich klubów odkrywam, że istnieje wiele wieczorów, którymi a zainteresowana. Następnie grają A-Punk, Vampire Weekend, uśmiecham się jeszcze bardziej i myślę, że to dobrze, że półtora miesiąca temu wybrałam lot w jedną stronę do Londynu. Otwieram gazetkę zwaną „Fly” (w międzyczasie w tle słychać „Every me and every you”) i znajduję wywiad z Passion Pit, amerykańską grupą, którą odkryłam kilka tygodni temu. Od kiedy tu jestem odkrywam średnio jedną lub dwie nowe grupy dziennie, które nieuchronnie w ciągu jednego, a maksymalnie dwóch miesięcy, grają w Londynie. Czy ja śnię na jawie?

Nie ma wątpliwości, że Londyn to raj dla miłośników muzyki, zwłaszcza jeśli jesteście z tych, co ciągle polują na ostatnie dźwięki czy tendencje. Metropolia ta fascynuje, oszałamia, czasami męczy, ale bądźcie pewni, że prowincjonalne dusze, które dość przypadkowo tu wylądują, wrócą do domu odmienione a nawet wstrząśnięte, i tym razem nie tylko muzycznie.

Blog lokalnego zespołu cafebabel.com jest tutaj.