Londyn: Hackney Wick, Fish Island i posmak fajnego życia

Artykuł opublikowany 17 maja 2016
Artykuł opublikowany 17 maja 2016

Londyńskie dzielnice Hackney Wick i Fish Island, czyli największa koncentracja pracowni artystycznych w Europie, były świadkami odbywających się po drugiej stronie Tamizy Igrzysk Olimpijskich 2012. Dziś nie ma tam już powiewających flag, a lekkoatleci zdążyli pobiec gdzie indziej. Mimo to mieszkańcom zagrożonym eksmisją zakwasy mogą doskwierać dłużej, niż mogliby się tego spodziewać.

Gdy drzwi pociągu kolejki naziemnej otwierają się na mokry peron, jedną stację przed Stratford, od razu rzucają nam się w oczy przemiany, którym uległa w ostatnich latach wschodnia część Londynu. Na pierwszy plan wysuwają się dwie wielkie, czerwone litery pokrywające fasadę starej fabryki. Są to H i W, inicjały dzielnicy, która była niegdyś klejnotem brytyjskiej gospodarki. Nieco dalej, za labiryntem wiekowych ulic, które obecność lokalnych artystów wywindowała do naszych czasów, dostrzegamy kanał River Lea, oddzielający Hackney Wick od jej bliźniaczej dzielnicy Fish Island. Ta druga, choć ustronniejsza i mniej hałaśliwa ze względu na mniejszy tłum turystów i miłośników wędrówek między pubami, jest przepełniona podobnymi skarbami. Znajdziemy tu wiktoriańskie fabryki, ogromne magazyny czy też najstarszą wędzarnię łososia w całym Londynie. Wszystko to przekształcono, częściowo lub w całości, we wspólne przestrzenie robocze i mieszkalne lub w pracownie, gdzie uprawia się działalność społeczną, artystyczną i kulturalną. A w tle - niczym inny świat gotowy w nie uderzyć - wyłaniają się Stadion Olimpijski i wieża ArcelorMittal Orbit, czyli pozostałości po Igrzyskach Olimpijskich 2012 w Londynie.

Chleba i Igrzysk

Tak naprawdę to czerwone graffiti wycięto z murala wykonanego na zlecenie Coca-Coli (sponsora Igrzysk - red.). Pokrywał on całą ścianę budynku, dopóki oburzeni mieszkańcy nie napisali na nim słowa „shame”. Dziś nie pozostało już nic po tym kontrowersyjnym napisie (odnalezienie zdjęcia „ściany wstydu” graniczy z cudem; wyjątkiem jest to forum - red.). Konflikt ten można by uznać za banalny, gdyby nie był przejawem poważniejszego problemu, z którym mierzą się mieszkańcy Hackney Wick i Fish Island (HWFI), czyli podręcznikowego przykładu gentryfikacji i nadużycia władzy w mieście, które ma jeden z najwyższych wskaźników nierówności społeczno-gospodarczych w Europie. 

Tradycyjny przemysł był motorem lokalnej działalności aż do swojego upadku w latach 80. (to właśnie w tych fabrykach powstało pierwsze termoplastyczne tworzywo sztuczne celuloid - red.). Całe hektary terenów i budynków stały opuszczone, później zamieniły się w skłoty, aż w końcu zaczęli się tam osiedlać artyści bez grosza przy duszy. W tym ustroju opartym na kreatywnej samowystarczalności nowe pokolenie HWFI położyło fundamenty pod równoległy system społeczno-gospodarczy opierający się na zasadach wzajemnej pomocy, spontaniczności i nieskrępowanych eksperymentów. Ruch ten przez lata dodawał kolorytu murom i chodnikom pod dosyć obojętnym okiem władz publicznych stolicy. Do momentu, aż ogłoszono, że to własnie tam odbędzie się Olimpiada. Wtedy obietnice szybkich zysków sprawiły, że pracownikom biurowców w centrum finansowym Londynu zaczęła lecieć ślinka.

Rewitalizacja to nowa gentryfikacja

Jeszcze dziesięć lat temu powszechne było stwierdzenie, że jeśli znasz znaczenie terminu „gentryfikacja”, to na pewno bierzesz w niej udział. Mimo że pojęcie powstało w kręgach akademickich (po raz pierwszy użyła go londyńska badaczka Ruth Glass w 1964 roku - red.), dziś jest w powszechnym użyciu - i wypowiada się je najczęściej oskarżycielskim tonem. Słowo „gentryfikacja” zaczęło więc stopniowo znikać ze słownika deweloperów budowlanych. Zastępowano je terminami o znacznie bardziej pozytywnym zabarwieniu, takimi jak „rewitalizacja”, którą nazwano jednym z symptomów zjawiska w „antygentryfikacyjnym” podręczniku dla londyńskich rad miejskich pt. „Staying Put”.

W rozdziale zatytułowanym „Oznaki gentryfikacji, których należy się wystrzegać” można znaleźć dwa pytania:  „Czy Twoja dzielnica jest zaliczana przez radę lokalną do miejsc potencjalnego rozwoju?” oraz „Czy Twoja dzielnica figuruje w planie zagospodarowania przestrzennego Londynu jako «obszar  możliwości»?”. Jeśli chodzi o przemianę HWFI w „obszar możliwości”, wiele wyjaśnia badanie zawarte w aktach Radzie Rozwoju Londyńskiego Dziedzictwa (LLDC), instytucji odpowiedzialnej za rewitalizację miasta po Igrzyskach Olimpijskich. W niewielkiej ramce widnieje tam następujące zdanie: „Trwają pracę nad określeniem liczby przystępnych cenowo mieszkań, które mogłyby być włączone w plan zagospodarowania - pożądany odsetek to 10%”.

Dzięki napływowi turystów Igrzyska Olimpijskie miały przynieść miastu ożywienie gospodarcze, ale mieszkańcy HWFI niezbyt je odczuli. Wszystko dlatego, że władze lokalne zamknęły stację metra Hackney Wick na czas odbywania się Igrzysk i kierowały podróżnych jedynie do Stratford. W skrócie, jeśli mieszkałeś w Hackney Wick lub Fish Island przed Olimpiadą i środki pieniężne nie pozwalały ci na kupno mieszkania tego typu (minimum 400 000 funtów za kawalerkę - red.), a twoja rodzina liczyła więcej niż dwie osoby, twoje szanse na pozostanie w okolicy wynosiły mniej więcej jeden-dwa do dziesięciu.

W rzeczywistości LLDC jest właścicielem rozwijających się terenów i budynków w Hackney Wick, gdzie dysponuje władztwem planistycznym. Wspomniane planning powers pozwalają urzędowi nabywać miejsca, które jeszcze do niego nie należą dzięki wszechmocnemu nakazowi wywłaszczenia. Oczywiście, można też pozostać w dzielnicy, stawać się biedniejszym w miarę wzrostu kosztów wynajmu i ledwie wiązać koniec z końcem, patrząc jak inni piją frappuccino za 5 funtów i myśląc (niesłusznie), że to właściciele hipsterskich kawiarni czy artyści są przyczyną problemów. Tymczasem pierwsi z nich są jedynie trybikami większej maszyny, a ci drudzy sami są najczęściej ofiarami gentryfikacji.

Historia zatacza koło

„Artyści w Londynie szukają wynajmu o niższym czynszu niż przedstawiciele innych grup społecznych i zawodowych. To duży problem, bo wiadomo, że to właśnie artyści i przedstawiciele inny zawodów «twórczych» są odpowiedzialni za obecną zwyżkę cen w Hackney Wick. Przez nich okolica staje się bardziej «do przyjęcia», przyciągają też biznesy, na które nie mogą sobie pozwolić mieszkańcy żyjący tu od lat” - komentuje Richard Brown, który w swojej inicjatywie Affordable Wick podejmuje temat odpowiedzialności artystów wobec ich społeczności.

Przede wszystkim należałoby dokonać rozróżnienia między dwoma obliczami tego zjawiska. W HWFI jego najbardziej wyrazistym i krytykowanym przejawem jest bez wątpienia place-marking, czyli wyszukany mechanizm mający na celu budowanie marki dzielnicy dla zwiększenia jej atrakcyjności, głównie za pośrednictwem mediów lifestyle'owych bądź bezpośrednio poprzez otwieranie modnych butików. A artyści, czy tego chcą, czy nie, stają się jedynie narzędziami w tym procesie, który w końcu zmusza ich do opuszczenia dzielnicy.  Wobec tej inwazji, która tylko z pozoru jest cool, w HWFI kwitną nieskoordynowane, a czasem i niestosowne przejawy oporu. Za najbardziej znany przykład może tu posłużyć słynna kampania „Keep Hackney Crap”.

Jednak tak naprawdę ten nieładny proces rozwija się w ukryciu, tam gdzie abstrakcyjne kwoty pieniężne pochodzące z przestępczości białych kołnierzyków wywołują prawdziwą szkodę społeczną. Tym, którzy biorą czynny udział w procesie gentryfikacji bardzo wygodnie jest powiedzieć, że to prawo natury, takie samo jak grawitacja czy pewność tego, że w paczce paluszków rybnych trudno znaleźć choćby śladowe ilości ryby. Te same osoby sugerują, że eksmisja obecnych mieszkańców w imię rewitalizacji to jedyna alternatywa dla tego zubożałego miejsca. 

Wielu mieszkańców HWFI domaga się, by rewitalizacja opierała się na odpowiedniej lokalnej organizacji w kwestiach infrastruktury i bezpieczeństwa. Absurdem jest, że ich żądania zostaną spełnione tylko jeśli opuszczą miejsce zamieszkania. W obliczu tego miejskiego darwinizmu nie można zgodzić się ze stwierdzeniem, że wysokie koszty wynajmu są ostatnim bastionem walki przeciwko urojonemu miejskiemu chaosowi. „Sprzeciw wobec gentryfikacji szybko przestaje być kwestią marginalną - za to coraz lepiej się organizuje” - pisze dziennikarz Dan Hancox na łamach The Guardian.

Bez tej organizacji HWFI czeka taki sam los, jaki kilka lat temu spotkał dzielnice Shoreditch czy Elephant and Castle. Bezlitośnie pozbyto się stamtąd klasy robotniczej po to, by zrobić miejsce dla zbyt kosztownego życia społecznego i kulturalnego, które łudząco przypomina centrum handlowe. Już wkrótce z pięknego chaosu „rybiej wyspy” mogą pozostać tylko ości.

___

Ten reportaż jest częścią projektu EUtoo, który przedstawia style życia młodych Europejczyków rozczarowanych współczesną rzeczywistością. Projekt jest finansowany przez Komisję Europejską.