Małe co nieco o faunie naszych bibliotek

Artykuł opublikowany 25 kwietnia 2012
Artykuł opublikowany 25 kwietnia 2012

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Jeśli wziąć pod uwagę, że insekty (jak i inne - jak się za chwilę przekonacie – stworzenia, jak np.
„szczury”) żyjące w naszych bibliotekach żywią się resztkami organicznymi znajdującymi się w kurzu, okruchami przekąsek pozostawianymi przez nas pomiędzy kartkami, jak i grzybami rozwijającymi się w zawilgoconym papierze, to z całym szacunkiem, ale nie widzę świetlanej przyszłości dla naszych domowych, czy też biurowych, towarzyszy.

Czyżby oznaczało to, że żyjątka (jak np. Tinea pellionella, czyli „mól kożusznik”), które na co dzień określamy mianem moli książkowych, znikną z naszego otoczenia? Rewolucja technologiczna, wprowadzając na rynek coraz to nowsze i tańsze modele ipadów, czy kindle'i, zdaje się sprzyjać powyższemu trendowi. Rozpowszechnianie się tych nowych czytników książek nie tylko nie gwarantuje dobrych warunków bytowych dla moli książkowych, ale stanowi również przyczynę spadku sprzedaży książek tradycyjnych w bodajże większości krajów Europy (a przynajmniej w krajach Europy Zachodniej; analiza danych wykazuje, że jedynie Francja wydaje się nie ulegać nowemu trendowi). Wraz z nadejściem ery książki elektronicznej zaniknie nie tylko robactwo, ale i potoczne określenie osoby, która każdy wolny czas spędza na czytaniu książek. Czym więc zastąpić tracące na aktualności (być może już za parę lat „archaiczne”) określenie „mól książkowy”, czy też zagraniczne określenia takie jak: „książkowy robak” (niem. „Bücherwurm”, ang. „bookworm”) oraz „książkowy szczur” (niem. „Leseratte”, fr. „rat de bibliothèque”, wł. „topo da biblioteca”, hiszp. „ratón de biblioteca”)? Podczas gdy angielska wersja naszego magazynu zaproponowała „web worm” (Uwaga! Nie mylić z „internet bug”), czy też „internet geek”, nasza hiszpańska redaktorka skusiła się na „friki” (czyli hiszpańską wersję angielskiego „freak”, używanego na przemian z „geek”). Czytanie to w końcu nie choroba, a więc „wirus” nie wchodzi tu absolutnie w grę, ale może w takim razie „net rat” (bo w końcu literaturę, którą zapamiętujemy na naszych elektronicznych czytnikach ściągamy z interetu)? Z drugiej strony, czy zmiana tego typu nazewnictwa rzeczywiście jest nieunikniona? Przecież nadmierne czytanie z ekranu komputera, czy kindle'a nie jest wcale gwarancją, że nie staniemy się ślepi jak krety i nie zostaniemy ochrzczeni mianem „talpa da biblioteca” (z wł. „kret biblioteczny”).

Fot.: Helga Weber/flickr.com