Majewski: Wejść do obrazu…

Artykuł opublikowany 22 lutego 2012
Artykuł opublikowany 22 lutego 2012

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Wejść do obrazu... zanurzyć się w niego, uczestniczyć w życiu bohaterów, stać się częścią wizji artysty… są dzieła, do których chciałoby się wejść i są reżyserzy, którzy realizują tą wizję. W listopadzie, w ramach Festiwalu Medfilm Festival del ciemna Mediterraneo, w Casa del Cinema, w Rzymie, mogliśmy obejrzeć Film Lecha Majewskiego Młyn i Krzyż.

Kiedy ogląda się obrazy Bruegla wydaje się, że to człowiek wysyła coś w stronę obrazu, ale może zdarzyć się tak, że obraz zapuka niespodziewanie do drzwi i poświęca się mu cztery lata życia”. Tak właśnie Lech Majewski, reżyser filmowy i teatralny, pisarz, poeta i malarz, opisuje początki swojej pracy nad filmem. Któregoś dnia otrzymał od Michaela Gibsona, historyka sztuki i wielkiego znawcy Petera Bruegla, recenzję swojego filmu „Angelus”, opublikowaną w „Herald Tribune”. Gibson napisał, że Majewski ma umysł Bruegla. Do recenzji dołączona była książka „Młyn i Krzyż”, która jest analizą obrazu Bruegla „Droga na Kalwarię”, największego obrazu, jaki namalował artysta. Podczas spotkania z reżyserem, Gibson zaproponował zrealizowanie wspólnego projektu dokumentalnego na podstawie książki. Jednak Majewski nie był zainteresowany kręceniem sztampowego filmu dokumentalnego, wolał dosłownie wejść w świat Bruegla. Chciał wejść do obrazu, ponieważ jego zdaniem najciekawsze projekty rodzą się z karkołomnych, trudnych do uchwycenia i unikalnych pomysłów.

Przystanek w Wiedniu

Jednak powód wyboru Bruegla był jeszcze inny. Dzięki temu, że wujek artysty uczył w weneckim konserwatorium sztuki, Majewski miał tam co roku darmowe wakacje. Podróżował pociągiem z Katowic do Wenecji, z jednodniowym przystankiem w Wiedniu. Ten dzień zawsze spędzał w Kunsthistoriches Museum, gdzie upodobał sobie zwłaszcza salę X z dziełami flamandzkiego malarza. „Postaci z obrazów Bruegla to zwykli ludzie, którzy skoncentrowani są na sobie i swoich codziennych obowiązkach. Są niczym bohaterowie filmów Felliniego. Nie pozują, są zajęci swoimi sprawami, dlatego ma się ochotę wejść do środka i przebywać razem z nimi” - twierdzi reżyser. Dzięki Akiro Kurosawie i jego filmowi „Dreams”, mogliśmy wejść do obrazów Van Gogha, Lech Majewski przenosi nas w świat Bruegla i, trzeba przyznać, robi to w sposób niezwykle precyzyjny. Cztery lata życia nie poszły na marne.

Podróż w czasie i techniczne wyzwania

Film Lecha Majewskiego opisuje sposób pracy artysty, wyjaśnia sens i analizuje największe dzieło Bruegla – „Droga na Kalwarię”. To tak, jakbyśmy malowali obraz razem z malarzem. Wrażliwi docenią cudowne krajobrazy, piękne stroje z epoki, intensywne kolory… oglądając film, odbywamy dwie podróże jednocześnie: jedną z nich jest podróż do wyimaginowanego świata renesansowego artysty, drugą - podróż do świata, widzianego okiem współczesnego nam reżysera. Pracując nad filmem, Majewski musiał stawić czoła serii problemów technicznych, z których zdał sobie sprawę dopiero po rozpoczęciu pracy. Dopiero wtedy zauważył jak trudnego zadania się podjął. Jednym z wyzwań była perspektywa. Obraz Bruegla nie ma jednej, spójnej perspektywy, a siedem różnych perspektyw. Malarz tworząc bawił sie perspektywą niczym magik. Żeby uzyskać podobny efekt w filmie, trzeba było pociąć na kawałki różne punkty perspektywy krajobrazu z repliki i szukać ich odpowiedników w rzeczywistości. Film kręcono częściowo w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, w Katowicach i w Czechach. Ujęcia nieba z kolei - w Nowej Zelandii, a dokładniej na Maōri, która nazywana jest „wyspą długiej chmury” właśnie ze względu na występowanie cudownych formacji chmur. „To niesamowite, że każdy może tam wziąć krzesło, wyjść na dwór i patrzeć na niebo” - zauważa Majewski. Później wszystko razem trzeba było posklejać w procesie post-produkcji. Wykonane w plenerze zdjęcia należało dopasować niczym kawałki puzzli do oryginalnych fragmentów pejzażu z obrazów Bruegla. To właśnie dlatego ostatnia faza pracy nad filmem w studiu Odeon, w Warszawie, trwała aż 2 lata.

Oscarowa obsada

Film zachwyca również pod względem aktorskim. Dwójka głównych aktorów, Charlotte Rampling („Zmierzch Bogów”, „Nocny Portier”, „Czar orchidei”) i Michael York („Kabaret”, „Trzej muszkieterowie”, „Jezus z Nazaretu”) sami zgłosili się do reżysera, i wyrazili chęć uczestniczenia w jakimkolwiek jego projekcie. Bodźcem do kontaktu z Majewskim były wystawy, które zobaczyli w Paryżu i w Nowym Jorku. Samego mistrza, Petera Bruegla, Majewski wybrał sam. Pierwszą osobą, która przyszła mu do głowy był Rutger Hauer („Blade runner”, „Ucieczka z Sobiboru”, „Sin City”). Szczęście dopisało reżyserowi również w tym przypadku, ponieważ aktorowi spodobał się scenariusz.

Jak wyjaśnia Majewski tytuł „Młyn i Krzyż to skrzyżowane ramiona w formie aktywnej (…) wyraża różnego rodzaju stany, cykliczność przede wszystkim (…)”. Sam fakt powrotu do motywu ofiary Chrystusa w 1563 przez Bruegla oznacza, że temat jest cały czas aktualny, zatacza swego rodzaju koło. „Koliście powraca ten sam temat, ta sama pasja, duch, paradoks całej sytuacji (…)”. Istotna jest również symbolika Bruegla. Umieszczenie młyna na skale w jego czasach wydawało się czymś szaleńczym i absurdalnym. Ale tu chodzi o młyn, jako kościół, który stoi na skale, a młynarz jest tym Najwyższym, który czuwa nad wszystkim.

Fot.: wszystkie zdjęcia: dzięki uprzejmości Filmweb; wideo: zwiastunynet/YouTube