Mapa tygodnia: europejska lista przebojów

Artykuł opublikowany 30 maja 2016
Artykuł opublikowany 30 maja 2016

Kolejna Eurowizja odbędzie się dopiero za rok, a wraz z nią odchodzą popowe hity, których pewnie nigdy więcej nie usłyszymy. Ale nie martwcie się - zawsze możecie sięgnąć po listę przebojów w swoim kraju. To piosenki, które usłyszycie nie raz i nie dwa, aż nauczycie się ich na pamięć, czy tego chcecie, czy nie.

Eurowizję, przynajmniej w niektórych krajach, oskarża się o najgorsze muzyczne szaleństwa. Ze względu na retro-futurystyczno-kiczowatą otoczkę impreza jest jednym z najbardziej wyszydzanych wydarzeń roku - a mimo to ogląda ją prawie 200 milionów ludzi na całym świecie. Ten dziwny paradoks przekłada się też na toplisty przebojów. Wystarczy spytać o zdanie kogokolwiek, kto choć trochę zna się na muzyce, a odpowie, że pozycje z czołówki listy to, nie owijając w bawełnę, „straszne gówno”.

Mimo to miliony ludzi słucha „mainstreamowych” piosenek, ekscytuje się nimi, udostępnia je i pobiera z Internetu. Pomiędzy nimi kryją się „hity lata” - tak, chodzi o te piosenki, od których da się uciec tylko jeśli odłączymy prąd. Nowy singiel Justina Timberlake’a już walczy o tytuł hitu lata, ale to australijska piosenkarka, kompozytorka i autorka tekstów Sia szturmem podbija europejskie listy przebojów. Chodzi o piosenkę „Cheap Thrills” (numer jeden w Belgii, Francji, Austrii, Turcji i na Węgrzech).

Potem mamy najnowsze odkrycie amerykańskiego rapu – Drake’a z piosenką „One Dance”, którą nagrał wraz z Brytyjką Kylą i gwiazdą afrobeatu z Nigerii, Wizkidem (numer jeden w Wielkiej Brytanii, Danii, Szwecji i Szwajcarii).

Europa buja się w rytm utworów amerykańskich artystów: Beyoncé plasuje się na pierwszym miejscu w Portugalii, Twenty One Pilots w Polsce, a LP – w Grecji. Ale są kraje, gdzie ludzie skłaniają się raczej ku artystom z rodzimych stron. Tak jest w przypadku Niemiec, które mają swojego idola Prince’a Damiena (uczestnika niemieckiego "Idola"). Podobnie jest w krajach skandynawskich, gdzie masy chętnie słuchają tych, którzy śpiewają w ich ojczystym języku (i najczęściej kiepsko na tym wychodzą).

Irlandczycy słuchają swojego szkockiego kuzyna, Calvina Harrisa, którego obwołano nowym królem brytyjskiego electro-popu. Z kolei Hiszpania jest wierna Enrique’owi Iglesiasowi, któremu nadal uchodzi na sucho noszenie obcisłych podkoszulków w teledyskach.

Wreszcie dotarliśmy na Wschód, na Ukrainę, do Rumunii i Bułgarii. Kraje te przesiąknięte są electro, epileptycznymi remiksami i rąbankami, których świetnie słucha się jadąc podrasowanym Peugotem 205. Odciąć sobie prąd albo zacząć tęsknić za kolejną Eurowizją – decyzja należy do was.

---

Ten artykuł opublikowano w ramach serii Mapa tygodnia.