Marokańczycy z Sewilli – planują powrót?

Artykuł opublikowany 5 kwietnia 2012
Artykuł opublikowany 5 kwietnia 2012
W 2006 roku Marokańczycy stanowili największą społeczność imigrancką Sewili - mieszkało ich w mieście ponad trzy tysiące. Zważywszy na niegdysiejsze panowanie Maurów w Andaluzji, ta południowohiszpańska prowincja - i jej stolica Sewilla - może się pochwalić długą historią powiązań z Maghrebem. Długą, ale raczej niewzorową.

Regionalny ośrodek pomocy społecznej Pumarejo (hiszp. Centro Vecinal Pumarejo) w Sewilli obrazuje ten fakt niczym w mikrokosmosie. Piętnaście lat temu ten okazały XVIII-wieczny dwór, będący siedzibą największego ośrodka kultury w dzielnicy San Luis, znajdował się w stanie rozkładu, a znajdujący się przed nim brukowany plac słynął z narkotykowych i alkoholowych orgii, jak również okazjonalnych aktów przemocy. Teraz na placu rosną drzewa cytrynowe, większość lokali w budynku jest zamieszkana, a na parterze znajdują się siedziby rozmaitych organizacji społecznych.W ciągu ostatniej dekady ciężko pracujące rodziny robotnicze, które żyły niegdyś (często w wielkiej ciasnocie) w dzielnicy San Luis, zostały stopniowo zastąpione przez młodych ludzi o całkiem sporych dochodach. Lecz, podobnie jak w całej Sewilli, nie wszystko w Centro Vecinal Pumarejo jest idealne: rada miejska, cierpiąca na brak gotówki, grozi wystawieniem odnowionego budynku na sprzedaż. Jednocześnie coraz większa liczba bezrobotnych, ofiar kryzysu gospodarczego w Hiszpanii, przychodzi do ośrodka w poszukiwaniu pomocy.

Marokańczycy z Macareny

Carlos Serrano, pracujący w biurze spraw społecznych ośrodka, twierdzi że coraz więcej ludzi szuka pomocy: „Wcześniej większość ludzi przychodziła po pomoc w załatwieniu rozmaitych papierów, a teraz główny problem to brak pracy bądź możliwość utraty dachu nad głową” - mówi.

Wiele osób przychodzących do Centro Vecinal Pumarejo to imigranci mieszkający w pobliskiej dzielnicy Macarena. Na przełomie tysiącleci ten znajdujący się na północy miasta i pochodzący z lat 50-tych i 60-tych kompleks bloków mieszkalnych zamieszkiwali głównie rdzenni Andaluzyjczycy w starszym wieku; w następnych latach w sąsiedztwie osiedliło się wielu imigrantów, czego świadectwem są rozmieszczone wzdłuż Alei Dr. Leala Castano ekwadorskie restauracje oferujące jedzenie na wynos i marokańskie sklepy z aparatami telefonicznymi.

Serce marokańskiej społeczności Sewilli to właśnie dzielnica Macarena. W 2006 roku Marokańczycy stanowili największą społeczność imigrancką Sewili - mieszkało ich w mieście ponad trzy tysiące. Zważywszy na niegdysiejsze panowanie Maurów w Andaluzji, ta południowohiszpańska prowincja - i jej stolica Sewilla - może się pochwalić długą historią powiązań z Maghrebem, jednak współczesna imigracja z Maroka miała swój początek w latach 70-tych. Znacząco wzrosła w latach 90-tych, które dla Hiszpanii były czasami budowlanego boomu; w latach 1998-2009 napływ imigrantów do tego kraju zwiększył się dziesięciokrotnie, z czego około 500 000 stanowili Marokańczycy.

"W 2006 roku Marokańczycy stanowili największą społeczność imigrancką Sewili - mieszkało ich w mieście ponad trzy tysiące".

Rozmowy o gospodarce

Kryzys gospodarczy szczególnie mocno uderzył właśnie w imigrantów. Według statystyk dotyczących badań siły roboczej z 2009 r. spośród cudzoziemców-mężczyzn mieszkających w Hiszpanii 31% było bezrobotnych (średnia krajowa w tym czasie wynosiła mniej niż 15%). Simone Castellani, antropolog z Uniwersytetu w Sewilli, który prowadzi badania nad mieszkającym w Macarenie drugim pokoleniem marokańskich imigrantów twierdzi, że od czasu recesji z 2008 r. marokańscy mężczyźni zmagają się z poważnymi kłopotami - w sektorze budowlanym, gdzie w czasie boomu pracowała niemal połowa z nich, nastąpił poważny spadek zatrudnienia; większość z nich do tej pory nie znalazła nowej pracy. Sytuacja marokańskich kobiet, które pracują przeważnie w zawodach opiekuńczych i w branży turystycznej, nie jest aż tak ponura: one w większości pozostały na stanowiskach, aczkolwiek z obniżonymi pensjami. W czasie boomu, wielu dobrze zarabiających imigrantów skorzystało z tanich kredytów, żeby kupić własne domy. Teraz, kiedy miejsc pracy jest mniej, rodziny nie są w stanie utrzymać tych domów, w konsekwencji czego zajmują je banki i rodziny zostają bez środków do życia.Carlos Serrano z Centro Vecinal Pumarejo szacuje ze około 20-30% mieszkających w Sewilli imigrantów wróciło do swego kraju pochodzenia. Część z nich wzięła udział w programie „dobrowolnego powrotu” (hiszp. plan de retorno voluntario) ustanowionym w 2008 r. przez ówczesny socjalistyczny rząd w celu zachęcenia bezrobotnych imigrantów do opuszczenia Hiszpanii. Przyznaje on bezrobotnym imigrantom mającym kartę stałego pobytu prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych w dwóch stawkach ryczałtowych, jeśli zgodzą się wyjechać z Hiszpanii na co najmniej trzy lata.

„Powód wdrożenia tego programu jest bardzo prosty” - stwierdziła ówczesna sekretarz stanu ds. imigracji Anna Terron, w wywiadzie udzielonym dla tygodnika „Time” na początku ubiegłego roku. „W obecnej sytuacji gospodarczej, jeżeli imigranci chcący wrócić do krajów swego pochodzenia są w stanie to zrobić, jest to odciążenie dla całego społeczeństwa”. Ta polityka rozgniewała jednak wiele stowarzyszeń imigranckich, które oskarżyły ją o wbijanie klinu między imigrantów a rdzennych Hiszpanów.

Włączenie imigrantów do życia politycznego

Jednakże nawet w tych warunkach program dobrowolnych powrotów miał ograniczoną skuteczność. Wczerwcu 2008 r. minister pracy i imigracji Celestino Corbacho stwierdził, że ok. miliona imigrantów wróciło do swoich ojczyzn; wpaździerniku tego samego roku liczba ta spadła do 87 000, zaś w marcu 2009 r. było to już tylko 3700 osób, w tym zaledwie dwudziestu Marokańczków.

„Celem hiszpańskiego rządu było stworzyć miejsca pracy dla rdzennych hiszpańskich pracowników na co najmniej pięć lat, lecz dla Marokańczyków byłoby lepiej zostać w Hiszpanii i pobierać zapomogi, chyba że znaleźliby pracę w Maroku” - twierdzi Julia Kushigian, wykładowca w Katerze Hispanistyki Connecticut College, która prowadzi badania nad społecznością marokańską w Sewilli.

Chociaż większość z nich zdecydowała się zostać w Hiszpanii, Marokańczycy napotykają w tym kraju trudności. Badanie przeprowadzone w 2009 r. przez holenderską firmę BVA wśród mieszkających w Europie Marokańczyków wykazało że 80% z nich uważa, że ze względu na ich pochodzenie trudniej im jest dostać pracę. Tylko 28% respondentów utrzymuje regularne kontakty z rdzennymi Hiszpanami.

„Wyraźnym przypomnieniem istniejących między oboma grupami napięć są oznakowania rozmieszczone kilka lat temu wzdłuż hiszpańskich przybrzeżnych dróg szybkiego ruchu. I napisy na nich - w języku arabskim - nawołujące albo do zaprowadzenia w tym kraju porządku, albo opuszczenia go” - mówi Julia Kushigian.

Weteran andaluzyjskiego dziennikarstwa Juan Jose Tellez pisze o imigracji do tego słonecznego południowohiszpańskiego regionu już od ponad trzydziestu lat. Sącząc kawę w staromodnym barze niedaleko słynnej Areny Walki Byków (hiszp. Plaza de Toros) - słynnego symbolu miasta, w kulturze którego tauromachia jest nieodzownym elementem - Tellez twierdzi, że Andaluzyjczycy wcale nie są i nigdy nie byli tak gościnni za jakich się uważają.

„W ich umysłach jest zakodowane przekonanie: Jesteśmy chrześcijanami i nie chcemy tu innych religii. W Sewilli żaden meczet nie jest wyraźnie widoczny w panoramie miasta” - mówi dziennikarz, który prowadził kiedyś cotygodniowy program radiowy na temat imigracji w Andaluzji. Rozwiązanie problemu dostrzega w partiach politycznych, które powinny ściśle z imigrantami współpracować i spróbować wciągnąć obywateli hiszpańskich innej narodowości w swoje szeregi.„Większość imigrantów praktycznie nie ma tu żadnego życia politycznego, a nasi politycy zdają się nie dostrzegać tej części hiszpańskiej rzeczywistości. Nie rozwiążemy tego problemu, dopóki imigranci nie zaczną być obecni w życiu politycznym i w mediach”.

Fot.: główna (cc) Herman Rhoids/flickr.com; w tekście: "marokańska kobieta": flequi/flickr.com; "sklep mięsny": © Agata Jaskot