Merkel i Sarkozy. Pakt na rzecz euro, czyli jak Unia Europejska (z)robi krok do tyłu

Artykuł opublikowany 6 kwietnia 2011
Artykuł opublikowany 6 kwietnia 2011
Pomimo znacznej liczby „zgrzytów” na osi Paryż-Berlin, ożywienie w stosunkach niemiecko-francuskich powinno być powitane z radością. Jednak z „europejskiego motoru integracji” w erze Sarkozy-Merkel nie pozostało zbyt wiele.
I choć zaprezentowany przez kanclerz Niemiec pakiet środków na rzecz zwiększenia konkurencyjności o nazwie Pakt na rzecz euro zyskał gorące wsparcie ze strony francuskiej, w rzeczywistości mami on tylko obietnicą solidarności, stanowiąc wyraz braku zaufania wobec instytucji europejskich.

Podczas szczytu państw członkowskich Unii Europejskiej, który odbył się 4 lutego w Brukseli, niemiecka kanclerz oraz prezydent Francji skwapliwie promowali w kuluarach zaproponowany przez Niemcy projekt na rzecz zwiększenia konkurencyjności euro. Propozycja tych dwóch ościennych państw zakłada ściślejszą współpracę gospodarczo-polityczną 17 członków strefy euro oraz lepszą koordynację mechanizmu kryzysowego. Tym samym Berlin przyznaje ostatecznie, mimo wcześniejszego odrzucenia propozycji Paryża dotyczącej stworzenia europejskiego rządu gospodarczego, że dalsze funkcjonowanie unii monetarnej w jej obecnym kształcie jest niemożliwe i odpowiednie kroki w celu zacieśnienia wspólnych działań gospodarczych państw obszaru euro muszą zostać podjęte. Wbrew powszechnie panującej opinii niemiecka propozycja nie zmierza do zwiększenia poziomu integracji europejskiej, lecz wprost przeciwnie, stanowi krok wstecz ku międzyrządowemu procesowi podejmowania decyzji, pozbawiając przy tym instytucje unijne prawa do współdecydowania. Oprócz tego w kwestii wrażliwych politycznie tematów, demokratyczna kontrola sprawowana przez egzekutywę zostanie ominięta, wręcz niezauważona, przez parlamenty narodowe oraz Parlament Europejski.

Więcej władzy dla szefów rządów

W celu umocnienia wspólnej waluty według postulatów Merkel i Sarkozy’ego, kraje obszaru euro powinny ujednolicić swoje cele w takich dziedzinach jak płace, emerytury oraz podatki. Jednakże cele te nie zostaną zdefiniowane w powszechnie przyjętej procedurze ustawodawczej przy udziale Parlamentu Europejskiego, ale przez zamknięty krąg szefów rządu oraz ich ministrów, należących do unijnej ,,siedemnastki”. To oni mogą wtedy zadecydować o kształcie kluczowych polityk unijnych zawierających kwestie budżetowe czy socjalne, umniejszając rolę głów rządów pozostałych państw Wspólnoty oraz praktycznie eliminując działania społeczeństw w poszczególnych krajach UE. Jest to jasny sygnał, że UE odrzuca to, co dotąd wyróżniało ją jako organizację ponadnarodową – metodę wspólnotową [metoda wspólnotowa opiera się na zgodzie pomiędzy rządami Państw Członkowskich, która nie zawsze musi być jednomyślna, przyp. tłum.].

Oddolna harmonizacja standardów socjalnych

Najostrzejsza krytyka wobec niemiecko-francuskiej inicjatywy została wyrażona przez premiera Luksemburga oraz przewodniczącego Eurogrupy, Jeana-Claude’a Junckera, który jest jednym z najżarliwszych euroentuzjastów wśród obecnie pełniących obowiązki szefów państw członkowskich. Juncker, podobnie jak wielu eurodeputowanych, jest nie tylko zmartwiony całą sytuacją związaną z nieprzestrzeganiem metody wspólnotowej, ale również tym, co naprawdę kryje się pod niemiecko-francuskim hasłem konkurencyjności strefy euro. Z typową dla siebie pewnością mocarstwa gospodarczego, Berlin żąda, aby niemiecka polityka cięcia kosztów została wprowadzona przez inne kraje członkowskie jako środek ostrożności – a w szczególności poprzez zbliżenie standardów socjalnych.

Oznacza to konkretnie, że takie państwa jak Luksemburg czy Belgia musiałyby zrezygnować ze swojego modelu partnerstwa społecznego, w którym płace są automatycznie dostosowywane do stopy inflacji. Ponadto wszystkie państwa członkowskie musiałyby się zobowiązać do zrównania wieku emerytalnego do poziomu 67 lat, jak to ma miejsce w Niemczech.

Szczególne kontrowersje budzi to we Francji, gdzie już od jakiegoś czasu prezydent Sarkozy prawie połamał sobie zęby na podniesieniu wieku emerytalnego, tocząc spory ze związkami zawodowymi oraz opinią publiczną. Sarkozy, którego notowania w badaniach opinii publicznej nigdy nie były niższe niż dotychczas, może z chęcią skorzystać w przyszłości z „wiążących postanowień z Brukseli” w celu wdrożenia swoich planów w życie. Jeśli więc wszystko pójdzie zgodnie z planem liderów Niemiec i Francji, już niedługo władze państw będą pociągać za sznurki nawet bardziej niż dotychczas.

Precedens dla dezintegracji europejskiej

Nie ulega wątpliwości, że Europa w obliczu poważnego kryzysu systemowego musi znaleźć odpowiedzi na pytania, których nie można rozwiązać na poziomie narodowym. W końcu to właśnie wgląd w czasy kryzysu powodował, że procesy integracji europejskiej stale posuwały się naprzód i skłaniały kraje członkowskie do przekazywania władzy narodowej na szczebel unijny w poszukiwaniu lepszej demokratycznej kontroli u Unii Europejskiej.I tym razem, przekazanie kompetencji tego typu byłoby uzasadnione i podyktowane potrzebą zwiększenia uprawnień Komisji Europejskiej. Większe możliwości organów unijnych nie zaprzątają jednakże głów Merkel i Sarkozy’ego, którzy nie mają czasu na jakiekolwiek wizje zjednoczonej Europy, będąc zbyt pochłoniętymi działaniami, które mają im pozwolić uzyskać większą władzę ustawodawczą. Jeśli mające tę formę procedura uproszczona zaproponowana przez Niemcy i Francję w celu zmiany traktatu lizbońskiego okazałaby się sukcesem, byłoby to bez wątpienia wydarzenie historyczne: pierwszy krok w tył w procesie integracji europejskiej.

Fot. (cc)Junge Union Deutschlands/flickr