Michel Herbillon: jak wypromować Europę

Artykuł opublikowany 24 stycznia 2006
Artykuł opublikowany 24 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Przybliżyć obywatelom Unię Europejską? W raporcie przedłożonym w czerwcu tego roku premierowi Francji, deputowany Michel Herbillon przedstawia czterdzieści propozycji jak zaradzić niewiedzy Francuzów. Mała lekcja public relations na użytek Dwudziestki Piątki.

Paryż, Zgromadzenie Narodowe, zimny listopadowy poranek. Wykrywacz metali, Gwardia Republikańska, obowiązkowy identyfikator… – To jak Fort Knox. Parlamentarzyści debatują nad budżetem – mówi Michel Herbillon, podczas gdy zagłębiamy się w pełen stiuków i marmurów labirynt tej świątyni demokracji. Ten pięćdziesięcioczteroletni mężczyzna o stalowobłękitnych oczach, będący deputowanym z departamentu Val de Marne, merem Maisons-Alfort pod Paryżem i członkiem prawicowej partii rządzącej UMP (Unia na rzecz Ruchu Ludowego), oprowadza mnie po „swoim królestwie”.

Francja jest piękna

Michel Herbillon jest miłośnikiem pięknych rzeczy. Dziś członek zarządu Narodowego Centrum Kultury i Sztuki Georges Pompidou, przez wiele lat kierował ośrodkiem twórczości artystycznej Artcurial, stawiając sobie za cel udostępnienie sztuki szerszemu gronu odbiorców. Ślizgamy się miękko po grubym wyścielającym korytarz dywanie, tłumiącym odgłos naszych kroków. Posuwając się tak bezszelestnie, mijamy salon fryzjerski dla parlamentarzystów, który Herbillon wskazuje mi z uśmiechem, i w końcu docieramy do biblioteki Zgromadzenia, oazy spokoju, gdzie wiekowe księgi o brązowo-złocistych grzbietach drzemią pośród aksamitnych w dotyku boazerii. – Plafony dekorował Delacroix – szepcze mój rozmówca. Wracamy do „bufetu” parlamentarzystów: malowana porcelana z Sèvres, gzymsy, wielkie okna, za którymi rozciąga się widok na ogród i, na dalszym planie, nabrzeża Sekwany. – Kocham kulturę – oznajmia mi ów esteta. – Włoską operę, literaturę niemiecką…Europa jest obecna w swoich wartościach kulturowych, naszych pisarzach, kompozytorach, malarzach…Możemy przecież przyjaźnić się z Amerykanami, nie akceptując dominacji ich obyczajów.

Gdy zaczynamy plat du jour (specjalność dnia), popijając kieliszkiem Château Chasse Spleen, mój gość wspomina dzieciństwo, które spędził między Francją, Algierią i Niemcami, dzieląc losy swego ojca, wojskowego. Michel Herbillon, germanofil z przekonania, ukończył nauki polityczne na prestiżowej paryskiej uczelni Sciences-P; i prawo, a następnie rozpoczął karierę menedżera u Christiana Diora, McKinsey’a i Vivendi.

W wieku 38 lat – nastąpiło olśnienie: od tej pory zajmie się polityką i niczym innym. – Zdałem sobie sprawę, że czegoś mi brakuje. Od dawna pragnąłem zająć się innymi, działać dla dobra ogółu – wyjaśnia. – Długo dojrzewałem aż poczułem się gotów, by zaakceptować ryzyko i zmienne koleje losu zawodu polityka. Herbillon, dwukrotnie wybrany merem Maisons-Alfort, wkracza na arenę parlamentarną w 1997. I chociaż jest świadomy burzliwych stosunków łączących Francuzów z ich przedstawicielami, jak też ogólnego kryzysu zaufania do elity rządzącej, stara się je widzieć w szerszym kontekście. – Wprawdzie generalnie ludzie mają złą opinię o politykach, ale inaczej jest w przypadku mera, który pracuje w najbliższym sąsiedztwie: łatwo można ocenić efekty jego działania – twierdzi. – Jeśli zaś chodzi o kwestie europejskie, obywatele pragną wiedzieć więcej, ale czują się zagubieni.

Niewiedza = odrzucenie

W czerwcu tego roku, na prośbę francuskiego premiera Dominique’a de Villepina, Herbillon opracowuje raport analizujący jedną z przyczyn francuskiego ”nie” w referendum w sprawie Konstytucji Europejskiej: brak skutecznej kampanii informacyjnej dotyczącej tego europejskiego „czegoś”, jak generał de Gaulle mógłby dziś nazwać instytucje wspólnotowe. W dokumencie tym, zatytułowanym „Fracture européenne”, Herbillon przedstawia wnikliwą i krytyczną diagnozę sytuacji, stwierdzając, że na co dzień nie istnieje żadna edukacja europejska. – Trzeba przestać koncentrować się na obcej ludziom Europie instytucjonalnej, a sprawić, by stała się bliższa i przyjazna zwykłemu obywatelowi – podkreśla z naciskiem autor. Inny zarzut dotyczy terminologii „made in Brussels”. – Po co upierać się przy używaniu unijnego żargonu, który jest niezrozumiały dla szerszego grona odbiorców? Któż wie co to jest Strategia Lizbońska?

"Relacje między Unią Europejską a opinią publiczną były do tej pory jedynie pasmem niewykorzystanych szans – dodaje francuski deputowany. O ile rozszerzenie na wschód czy prace Konwencji nieszczególnie zainteresowały Francuzów, o tyle wprowadzenie euro poszło raczej gładko dzięki bezprecedensowej mobilizacji całego społeczeństwa". Jednak według Michela Herbillona nie można zrekompensować pięćdziesięciu lat milczenia w kwestii Europy trzema miesiącami kampanii. Wszyscy aktorzy systemu dziś zawodzą: dla parlamentarzystów Europa jest kozłem ofiarnym, media twierdzą, że unijne aktualności nie sprzedają się, a szkoła wzbrania się przed podejmowaniem tematów wspólnotowych, uważając je za propagandę. Czas zaklęć skończył się, trzeba działać, by społeczeństwo ponownie przyswoiło sobie ideę europejską.

„Eurofolies” lub „Milionerzy”

Świadomy wszystkich tych trudności, Herbillon przygotował czterdzieści konkretnych propozycji jak doinformować Francuzów. I innych Europejczyków. – Ta ignorancja w kwestiach europejskich nie jest specyfiką francuską – podkreśla. – Wystarczy spojrzeć na coraz niższą frekwencję w wyborach europejskich. Wśród prostych i mało kosztownych środków zaproponowanych przez Michela Herbillona znajduje się między innymi wzmocnienie roli ministra do spraw europejskich, europeizacja gabinetów ministerialnych poprzez stworzenie odpowiednich stanowisk oraz promocja Europy za pomocą filmów i programów rozrywkowych. – Dlaczego by nie wymyślić teleturnieju o tematyce unijnej – rzuca francuski deputowany. – Sukces takiego filmu jak „Smak życia”(Auberge Espagnole) uczynił więcej dla programu Socrates-Erasmus niż wszystkie kampanie informacyjne – przypomina Herbillon. Jego zdaniem można też spopularyzować ideę bliźniaczych szkół w Europie, organizując elektroniczną korespondencję uczniów. Poza tym, warto byłoby zadbać o obecność symboli europejskich – podpowiada. – Wprowadzić podwójną flagę na budynkach użyteczności publicznej, wydrukować unijny znaczek pocztowy czy też sprawić, by 9 maja stał się świętem mniej oficjalnym, a bliższym przeciętnemu obywatelowi dzięki stworzeniu „Eurofolies”, czyli festiwalu kulturalno-artystycznego poświęconego Europie. Aby Unia Europejska była w centrum uwagi.