Mieszane uczucia wśród Wyszehradzkiej Czwórki

Artykuł opublikowany 19 stycznia 2006
opublikowano w społeczności
Artykuł opublikowany 19 stycznia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Najpierw to stare kraje członkowskie UE nie chciały dzielić się z nowymi przybyszami. Teraz, w przededniu przystąpienia do Unii Rumunii i Bułgarii, to Czwórka Wyszehradzka (Czechy, Węgry, Polska i Słowacja) obawia się, że dostanie mniejszy kawałek unijnego tortu.

Choć według badań opinii publicznej przeprowadzonych w nowych krajach członkowskich większość obywateli jest szczęśliwa z przystąpienia do UE, to wielu ludzi narzeka, że akcesja nie spełniła ich oczekiwań. W rezultacie wizja kolejnych krajów dołączających do Wspólnoty nie jest raczej witana z usmiechem na ustach.

Rozbieżne poglądy

Według ankiety Eurobarometru opublikowanej we wrześniu, od momentu akcesji w maju 2004 roku poparcie dla członkowstwa w UE wzrosło wśród Czechów, Słowaków i Polaków, na Węgrzech zaś spadło do rekordowej wartości 42%. Gábor András z węgierskiego instytutu badawczego TARKI twierdzi, że ten spadek „można wytłumaczyć tym, że przystąpieniu nie udało się [sprostać] wysokim oczekiwaniom narodu węgierskiego.” Z kolei Michał Wenzel z polskiego instytutu badawczego CBOS tak komentuje odwrotną tendencję zauważaną w Polsce: „Polacy z ulgą przyjęli fakt, że przystapienie nie doprowadziło do żadnych drastycznych zmian. Większość nie odczuła co prawda korzyści płynących z integracji, lecz nie spełnił się też żaden z czarnych scenariuszy.”

Badanie Eurobarometru wykazało także, że główne troski społeczeństw Grupy Wyszechradzkiej to: przyszłość rolników, outsourcing, wzrost przestępczości zorganizowanej i przemytu narkotyków, oraz spadek znaczenia mniejszych krajów. Trzeba jednak zauważyć, że pomimo wspólnych elementów, natężenie zaniepokojenia jest zróżnicowane w poszczególnych krajach – przykładowo Czesi najbardziej martwią się o pieniądze.

Połączeni przez historię

Różnice w nastawieniu znajdują także odzwierciedlenie w poziomie entuzjazmu dla przyszłego rozszerzenia UE. Zuzana Kršjaková z Pragi zauważa, że „powody obaw przed dalszym rozszerzeniem są w gruncie rzeczy takie same, jak w przypadku starych krajów członkowskich w 2004 roku: tania siła robocza ze wschodu oraz przepływ funduszy strukturalnych i spójnościowych do nowych członków.” Mimo to Czesi, wbrew swym obawom finansowym, są ogólnie rzecz biorąc za rozszerzeniem, w czym wtórują im Polacy i Słowacy. Spośród dziesięciu nowych krajów członkowskich, Węgry są jednym z najbardziej sceptycznych, lecz mimo to uznają prawo swych sąsiadów do dołączenia do Unii. Węgierski parlamentarzysta István Szent-Iványi uważa, że „społeczeństwo węgierskie jako całość nie obawia się przystąpienia Rumunii i Bułgarii. Sprawię komplikuje fakt, iż ze względów historycznych Węgrzy mają zastrzeżenia, co do Rumunii.”

Korzenie tej waśni sięgają do 1920 roku, gdy w następstwie Pierwszej Wojny Światowej Transylwania została przyłączona do Rumunii. Obecnie ludność tego obszaru, rozciągającego się na powierzchni 100 000 km2, liczy około 1,4 miliona Węgrów, którzy mają nadzieję, że symbolicznie powrócą pod sztandarem UE do ojczyzny. Dlatego też Erika Törzsök z Europejskiego Instytutu Porównawczego ds. Mniejszości twierdzi, że przystapienie Rumunii do UE byłoby „ogromną, historyczną szansą narodu węgierskiego, by wreszcie żyć w identycznych warunkach gospodarczych i politycznych.”

Co ciekawe, pomimo przeszłych antagonizmów i strachu, że kolejne, jeszcze biedniejsze państwa członkowskie uszczuplą ich przydział funduszy unijnych, nowe kraje członkowskie bardziej sprzyjają powiększeniu niż „Stara Europa”. Jednym z powodów tego stanu jest fakt, iż w przeciwieństwie do starych krajów członkowskich, nowe biorą z budżetu więcej, niż do niego dokładają. Co więcej, po dziesięcioleciach życia za żelazną kurtyną, ich obywatele mają więcej zrozumienia dla państw, które doświadczyły tego samego.

Pieniądze, pieniądze, pieniądze

Jednak pomimo tej historycznej więzi, kraje Wyszehradu robią wszystko co w ich mocy, by zagwarantować, że przystapienie kolejnych państw nie będzie oznaczać pogorszenia ich sytuacji. Negocjacje na temat budżetu UE na lata 2007-2013 już się rozpoczęły, a nowe kraje członkowskie toczą ciężkie boje z założycielami wspólnoty, by dostać możliwie duży kawałek unijnego tortu. W efekcie w obawie, że wraz z uzyskaniem członkowstwa przez Rumunię i Bułgarię otrzymają mniej pieniędzy, Czechy, Węgry, Polska i Słowacja uczyniły swoim priorytetem jak najszybszą konsolidację budżetu.

Są też obawy, że przystapienie Rumunii i Bułgarii będzie oznaczało dla Grupy Wyszechradzkiej utratę konkurencyjności. Według badań Eurostatu wzrost gospodarczy w Bułgarii i Rumuniii jest o niemal 2% wyższy niż w regionie Wyszehradu. Co więcej, koszt siły roboczej i podatki są jeszcze niższe, niż w nowych krajach członkowskich. Przejętych tym faktem nieco uspokoić może najnowszy raport Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD), według którego od momentu przystapienia do UE przepływ zagranicznego kapitału do dziesięciu nowych państw członkowskich wzrósł o 69%. Poza tym o ile dwa kraje kandydujące do członkowstwa są głownymi odbiorcami zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Europie Południowo-Wschodniej, to nadal pozostają mniej popularne wśród inwestorów, niż kraje wyszehradzkie, które przystapiły do Unii w maju zeszłego roku.

Niezależnie od tego, jak ukształtuje się budżet, oczywiste wydaje się, że Rumunia i Bułgaria, podobnie jak inni nowi członkowie, otrzymają z kasy unijnej znacznie mniej, niż to było w przypadku nowoprzybyłych z lat 80-tych i 90-tych (Grecji, Portugalii, Hiszpanii, oraz Austrii, Finlandii i Szwecji). Czas, by – jak to określił pan Szent-Iványi – „kraje członkowskie przestały targować się o drobne i przypomniały sobie, że ich wspólnym celem jest podwyższenie konkurencyjności całej Wspólnoty.”