„Migotanie prawdy” Pietry Brettkelly: ocalić od zapomnienia afgańskie kino 

Artykuł opublikowany 19 października 2015
Artykuł opublikowany 19 października 2015

„Migotanie prawdy” jest zwycięzcą Konkursu Dokumentalnego Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Produkcja opowiada o trzech Afgańczykach, którzy wspólnymi siłami próbują ocalić wielkie archiwum swoich narodowych filmów skazanych na zniszczenie ze względu na trudną sytuację polityczno-ekonomiczną kraju. Z Pietrą Brettkelly rozmawialiśmy o historii powstawania filmu i jego przesłaniu.

„Migotanie prawdy” jest ostatnim dziełem Brettkelly realizowanym w latach 2012-2015. Reżyserka swoją karierę zaczynała jako dziennikarka. Swój pierwszy film dokumentalny nakręciła za własne pieniądze. „Maori Boy Genius” – jej poprzednią produkcję – mieliśmy okazję zobaczyć podczas 28. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Realizatorka ma już na swoim koncie wiele międzynarodowych nagród, które są potwierdzeniem tego, że warto zapoznać się z jej twórczością. W filmie „Migotanie prawdy” widzimy historię trzech Afgańczyków, którzy starają się ocalić dorobek kinematograficzny swego kraju. Wyciągnięte z gruzów taśmy filmowe są przez nich starannie układane, czyszczone i przeglądane. Ich celem jest ochrona afgańskiej kultury, odkrycie jej na nowo i przedstawienie społeczeństwu zmęczonemu nieustającym konfliktem z Talibami. Realizatorka towarzyszy odkrywcom właściwie od samego początku ich pracy, bacznie obserwując ich działania. Tradycyjna narrację przerywają krótkie kolaże Found footge złożone ze znalezionego materiału.

Poniżej przedstawiamy krótką rozmowę z Pietrą Brettkelly, w której mieliśmy okazję uczestniczyć.

Czy jako kobieta reżyser miałaś problemy z realizacją swojego filmu w tak trudnym kraju jak Afganistan?

Pietra Brettkelly: Nie, nie miałam żadnych problemów. Za każdym razem to zaznaczam. Nie byłam nawet całkowicie zakryta. Nosiłam jedynie chustę przykrywającą włosy, burkę miałam jednak cały czas w torbie na wszelki wypadek.

Dlaczego interesujesz się rejonami znajdującymi się w strefach konfliktu?

Pietra Brettkelly: Pochodzę z Nowej Zelandii, gdzie życie jest łatwe, proste, czyste i przyjemne, więc dla mnie dość naturalnym mechanizmem było skupienie się na rejonach konfliktowych. W Afganistanie pierwszy raz byłam wcześniej, pracując jako dziennikarka. W 2012 roku dostałam grant na realizację kolejnego filmu dokumentalnego, więc pojechałam tam z kilkoma pomysłami. Początkowo chodziłam, rozmawiałam i rozglądałam się, próbując się na coś zdecydować. O Instytucie Sztuki Filmowej wiedziałam już od dłuższego czasu. Jednak każdy mi powtarzał, żebym się za to nie brała, że to niebezpieczne i że na pewno nie uda mi się tam wejść. Stało się jednak inaczej.

Jak Ci się to udało?

Pietra Brettkelly: Wybrałam chyba najgorszy dzień, żeby się tam dostać. W Kabulu w otoczeniu Instytutu było wtedy mnóstwo amerykańskiej policji, ochrony, latały helikoptery. Zastanawiałam się, o co chodzi? Co się dzieje? Myślałam, że zaczęły się jakieś zamieszki. Okazało się, że Hilary Clinton postanowiła odwiedzić miasto. Ulica, na której znajdował się Instytut, była chyba jednym z najbardziej chronionych miejsc na świecie. Mój asystent, młodym chłopak, który mi wtedy towarzyszył, naciskał, żebyśmy tego dnia dali sobie spokój. Ja jednak jestem bardzo zdeterminowanym człowiekiem, więc postanowiłam spróbować. Poszliśmy. Zapytałam pierwszego ochroniarza, czy mogę wejść. Powiedział, że absolutnie nie. Zapytałam drugiego, także odmówił. Stwierdziłam, że muszę zrobić coś, czego bardzo robić nie lubię. Zaczęłam opowiadać o tym, że przyjechałam aż z Nowej Zelandii, żeby zobaczyć to archiwum, taki kawał drogi, ża bardzo mi zależy, więc w końcu mi się udało. Ochroniarz powiedział mi, żebym porozmawiała z Arifym – nowym dyrektorem [główny bohater „Migotania Prawdy”].

Trafiłaś na idealny moment.

Pietra Brettkelly: Tak, to był idealny moment.

Kim był Arify?

Pietra Brettkelly: Arify mieszkał i tworzył w Kabulu podczas największego rozkwitu afgańskiej kinematografii, czyli w latach 70. i 80. Potem wyemigrował do Niemiec. W Afganistanie pojawił się pierwszy raz od czasu emigracji chwilę przede mną. Dostał propozycję, by stanąć na czele Instytutu i mocno się zastanawiał czy ją przyjąć, ale żona zamówiła go do pozytywnej odpowiedzi. Wiedziała, że Arify sercem zawsze był w Kabulu, mimo że tyle lat mieszkał w Niemczech. Gdy dowiedział się, jaki mam pomysł, zaproponował, żebyśmy odkrywali te filmy razem, więc wyjęłam kamerę i zaczęłam kręcić.

Fragment filmu „Migotanie prawdy” 

I co w tej historii najbardziej Ci się podobało?

Pietra Brettkelly: Ogólnie, w robieniu filmów dokumentalnych najbardziej lubię fakt, że nigdy nie wiesz, czego się możesz spodziewać. Nigdy nie wiesz, co Cię czeka po drodze, co odkryjesz i czy w ogóle uda Ci się ten film zrealizować. Tak było również tym razem. Ten moment, kiedy znaleźliśmy taśmy schowane w suficie. Okazało się wtedy, że duża część tych zbiorów to filmy z innych części świata. O tym nie mówię w swoim filmie, bo musiałam się na coś zdecydować. Ale wysłałam wiadomość do Francji, że w Afganistanie znajdują się całkiem cenne dzieła ich kinematografii. Najprawdopodobniej przywiózł je jakiś pracownik placówki dyplomatycznej i zapomniał zawieźć z powrotem.

Co się stało po premierze Twojego filmu?

Pietra Brettkelly: Koszt restauracji i digitalizacji jednego filmu to około 100 000 dolarów. Afgańczycy często zastanawiają się, jak zdobyć jedzenie, więc nie trudno się dziwić, że podobne problemy schodzą na dalszy plan. Mam jednak nadzieje, że mój film coś zmieni i pozwoli przetrwać temu ogromnemu archiwum.

Ten artykuł jest częścią relacji warszawskiej ekipy Cafebabel z 31. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Wkrótce pojawią się kolejne artykuły z serii.