Mniam-mniam: Zalej wrzątkiem

Artykuł opublikowany 4 maja 2016
Artykuł opublikowany 4 maja 2016

Wydaje się, że w erze milenialsów, według popularnej definicji ludzi jedzących zdrowo, ekologicznie i estetycznie, rynek żywności gotowej do spożycia musi odejść do lamusa. W obliczu tego niebezpieczeństwa postanowiłam pochylić się na chwilę - może nawet z pewną nostalgiczną czułością - nad kilkoma najpopularniejszymi daniami instant z Europy.

Moja ojczysta Polska to królestwo tanich zupek w proszku, zwanych też popularnie zupkami chińskimi – niepoprawnie, nie mają one bowiem nic wspólnego z Chinami. Wysuszony makaron, któremu towarzyszą torebki z przyprawami stworzył w latach 50. Japończyk Momofuku Andō, który chciał w ten sposób walczyć z niedoborami żywności. Andō wzorował się na tradycyjnej japońskiej zupie ramen. W latach 70. opracował rewolucyjny projekt zupy w kubku, która nadawała się do spożycia na stojąco i za pomocą widelca. Ukoronowaniem dokonań Andō, który dożył pięknego wieku 96 lat, było wysłanie zupek w kosmos – w 2005 roku Soichi Noguchi jako pierwszy człowiek w historii zjadł zupkę instant w przestrzeni kosmicznej.

Wróćmy jednak na Ziemię, a konkretnie – do Polski wczesnych lat 90., gdzie Tao Ngoc Tu, przedsiębiorca wietnamskiego pochodzenia (nadal nie z Chin), wprowadza pierwsze zupki instant na polski rynek. Obecnie w Polsce sprzedaje się 100 mln opakowań zupek marki VIFON rocznie, a ich dystrybutor pojawiał się na liście 100 najbogatszych Polaków. Sztandarowe smaki to m.in. kurczak złoty, kaczka czy krewetkowa tajska. Po piętach depcze VIFON-owi firma Knorr, która znana jest przede wszystkim z kultowego wśród studentów dania „ser w ziołach”, którego niezwykle silny i charakterystyczny aromat zwykł przenikać ściany akademików, oraz z wariacji na temat polskich zup narodowych takich jak barszcz czy żurek.

Według rankingu Światowego Stowarzyszenia Zup Instant WINA (World Instant Noodles Association) z 2015 roku wśród krajów europejskich w apetycie na zupki w proszku wyprzedza Polskę tylko Ukraina i Wielka Brytania. Joe, redaktor wersji angielskiej Cafébabel, potwierdza zarówno popularność zupek na Wyspach, jak i ich uświęcony tradycją związek ze stereotypem wiecznie głodującego, biednego studenta. Inaczej niż w Polsce, zdecydowanie bardziej popularne są tutaj zupki w kubkach – najbardziej rozpowszechniona marka to Pot Noodle. Sławą cieszą się nie tylko jej produkty, ale też często kontrowersyjne kampanie reklamowe. Co ciekawe (i lekko niepokojące), wszystkie smaki Pot Noodles nadają się do jedzenia przez wegetarian – nawet te z „mięsem” w nazwie.

Wielka Brytania skolonializowała też część rynku francuskiego – skryty kapitalistyczny atak uderzył jednak w inną gamę produktów. Jeśli kuchnia francuska kojarzy wam się głównie z ostrygami, drogim serem i dobrym winem, to widać nigdy nie mieliście okazji podziwiać wszechobecnej purée saucisson – kiełbaski z purée ziemniaczanym. To ostatnie już dawno przestało mieć cokolwiek wspólnego z prawdziwymi ziemniakami i jest najczęściej rozrabiane z proszku. Zdaniem Matthieu, redaktora francuskiego, najpopularniejsza marka to Smash brytyjskiego koncernu Cadbury. Najbardziej zaskoczony tym obrotem wydarzeń wydaje się być Joe: „Myślałem, że przestali to produkować w latach 70.” 

Również w Hiszpanii zaczyna się jeść coraz więcej purée z proszku, chociaż na pewno nie w aż takich ilościach. Jedzenie przetworzone nie cieszy się tam zbyt dużą popularnością - ale i Hiszpanie mają swoje małe grzeszki. Zarówno dzieci, jak i dorośli pijają tam bowiem do śniadania kakao rozpuszczalne. Jak zostałam poinformowana, jest to również pośrednio powód głębokiego podziału społeczeństwa hiszpańskiego na tych, którzy wybierają rodzimą markę Cola Cao oraz tych, którzy zaprzedali dusze Nesquikowi.

Zapytany o jedzenie z proszku na Półwyspie Apenińskim, redaktor włoski Stefano wydaje się głęboko oburzony samą tą myślą. „Zupy instant? Niezdrowe i obrzydliwe. Nigdy nie miałem tego w ustach. Nawet studenci tego nie jedzą, bo każdy umie przygotować przynajmniej kilka najprostszych dań, jak makaron z tuńczykiem i cebulą albo z pesto. My, Włosi” – wyjaśnia mi z ogniem w oczach, „nie ufamy przetworzonej żywności”.

Moment, czy to oznacza, że stereotypy są prawdziwe i każdy Włoch jest skrycie szefem kuchni?

„Kiedy pierwszy raz opuszczałem kraj, towarzyszyło mi tradycyjne przekonanie, że włoska kuchnia jest najlepsza na świecie, a reszta do niczego się nie nadaje. To nieprawda. Ale z drugiej strony ludzie naprawdę mniej gotują. We Włoszech każdy umie przygotować chociaż carbonarę. To absolutna podstawa. Jeśli tego nie potrafisz, możesz pożegnać się ze swoim obywatelstwem – i tak, możesz mnie zacytować”.

Nie mam serca (ani odwagi) opowiedzieć Stefano o tym, czego dowiedziałam się od redaktor wersji niemieckiej. Mam wrażenie, że kiedy przeczyta ten artykuł i zobaczy Mirácoli, dostanie apopleksji. W kartonowym opakowaniu znajduje się makaron spaghetti oraz trzy torebki: jedna z sosem w proszku, jedna z przyprawami i jedna z serem, który zapewne chciałby być parmezanem, kiedy dorośnie. „Mają bardzo stereotypowo włoskie reklamy, typu <<mamma mia!>> i akordeon – mimo że żaden Włoch nigdy w życiu nie słyszał o tym produkcie” – wyjaśnia Katha. Faktycznie, melodia z reklamy jest tak popularna, że doczekała się nawet swojego dubstepowego remixu.

Wygląda na to, że żywność instant można podzielić na dwie grupy: większość, która odchodzi w niebyt (albo i nigdy nie była aż tak popularna, jeśli wierzyć Stefano) oraz drogocenną mniejszość, która jest tak silnie wpisana w codzienny tryb życia, że prawie się jej nie zauważa. Osobiście muszę przyznać, że czuję do jedzenia w proszku pewien sentyment. Bywają takie chwile w życiu człowieka, kiedy nic nie koi bardziej niż świadomość, że od ciepłego posiłku dzielą nas tylko 250 ml wrzątku i trzy minuty.

---

Europa to crème brûlée, fish and chips i pierogi ruskie – prezentujemy nasz dział kulinarny. Smacznego!