„Moda na Suknie” - subtelny nonsens wiertarki do rzęs

Artykuł opublikowany 29 stycznia 2015
Artykuł opublikowany 29 stycznia 2015

Choć do oglądania „Mody na Sukces” niewielu się przyznaje, trudno zaprzeczyć, że bez tego pełnego suspensów serialu polska rzeczywistość byłaby jak wódka bez zapojki. „Moda na Suknie” to utrzymana w duchu mrożkowskiego absurdu parodia sitcomu o perypetiach Ridge’a i Brooke. Rozmowa z jej twórcą - Łukaszem Wojtczakiem.

Strona modanasuknie.oessu.pl, której motto brzmi: „Nie Ridge, gdy wyrzucą Cię na Brooke".

Cb: Kim jesteś? Kim jest autor tekstów z „Mody na Suknie”?

Ł.W: Autor tekstów jest do bólu zwyczajnym człowiekiem, grafikiem komputerowym, freelancerem. Mieszkam i pracuję w Warszawie. Moje zainteresowania zmieniają mi się bardzo dynamicznie - jeszcze kilka lat temu byłem fotografem reportażowym na inscenizacjach wojennych. Dziś zdjęcia robię głównie własnemu psu, z klimatów wojennych przerzuciłem się więc na łono natury.

Cb: A jak przedstawia się historia „Mody na Suknie”? 

Ł.W: Kilka lat temu w radiowej Trójce ogłoszono konkurs na nagranie audycji pod tytułem „Historie domowe”. Więc zabraliśmy się za pracę z kolegą, który jest lektorem i dwójką innych znajomych. W wielkim skrócie chodziło o to, że żona ogląda „Modę na Sukces” a mąż przychodzi do niej i mówi jej, że ma już dosyć tego głupiego serialu i że ich życie zaczyna go przypominać. Po chwili zaczyna mówić kompletne absurdy, na przykład: „ja w ogóle nie wiem, czy ty jesteś moją żoną, bo może ty jesteś moją córką, a w ogóle nasza córka, która jest prodiżem wyszła z domu i nie wróciła”. Wygraliśmy najpierw nagrodę tygodnia, a później finał. Nagrodą tygodnia była wiertarka, co już w ogóle wyniosło nas na wyżyny absurdu. I to wydarzenie doprowadziło nas do refleksji, że „Moda na Sukces” jest tak potwornie rozlazło-rozgniłym serialem, że idealnie nadaje się do parodiowania.

Swego czasu mieszkałem także z dwiema współlokatorkami i byłem w pewnym sensie przymuszany do oglądania głupich polskich seriali. Gdy patrzyłem na to, co się dzieje na ekranie, zacząłem sobie automatycznie dorabiać dialogi, reakcja na zasadzie kontry. To był też przyczynek do tego, żeby później spróbować zrobić to samo z jakimś innym filmem.

Eric do Stephanie: „Bierz te koty i kałamarnicę i spadaj na inne osiedle. A jak nie, to jesteś u pani i wszystko opowiem Twojej matce. A ona powie wszystko facetce od matmy i będziesz mieć przesrane z geometrii”

Cb: A jeśli chodzi o same teksty – pojawia się w nich mnóstwo referencji z różnych dziedzin. Czasem ma się wrażenie, że są to fragmenty podręczników do fizyki.

Ł.W: To są pewne echa wydarzeń dziejących się gdzieś w tle. Na przykład: kiedyś powstał odcinek o sowie, bo w tamtym momencie mieliśmy taką zabawę w pracy, że na jakiejś stronie internetowej obserwowaliśmy sowę w gnieździe. Jeśli chodzi o fizykę – był to najupiorniejszy przedmiot w liceum – musiałem go po latach odreagować, by odegnać te strachy z mojej głowy.

Cb: A jak było z tekstem, że „leżymy tu od międzywojnia”? „Kładliśmy się jeszcze w przedwojennej kamienicy”?

Ł.W: Ktoś mnie już pytał, dlaczego odcinki numerowane są, jak daty z II wojny światowej. To akurat odzwierciedla moje pasje. Interesowałem się kiedyś historią Polski z czasów II Rzeczpospolitej.

Cb: Dialogi zawarte w „Modzie na Suknie” są groteskowo absurdalne, tworzą nieprawdopodobny, wręcz dadaistyczny kolaż z obrazem. 

Ł.W: Jeśli chodzi o podkładanie ścieżek do tych oryginalnych filmów, to rodziły się mi one w głowie niemal na zawołanie, ale podświadomie zawsze uważałem na to, żeby te nowe dialogi były równie absurdalne, co oryginały.

Cb: Graliście też na tych, charakterystycznych dla „Mody”, długich ujęciach na twarz.

Ł.W: I wtedy staraliśmy się, by ta twarz powiedziała coś kompletnie głupiego, na przykład, że „firanki próbują ukraść mi żółty ser”.

"Ridge, po wyczerpującym dniu w szkole, zostaje zaatakowany przez rój krwiożerczych ciem-gigantów. Jego przyrodnia babcia, zaniepokojona wynikami syna w szkole, postanawia przybrać zdziwioną minę na kolejne 145 odcinków"

Cb: Serial „Moda na Sukces” był ważną częścią rzeczywistości Polaków po transformacji, prawda?

Ł.W: Nie zastanawiałem się nad tym. Nigdy nie zagłębiałem się w oryginalny serial, bo ciężko mi się tam wczuć w cokolwiek. Znam tylko te odcinki, które parodiowałem. Wydaje mi się, że swego czasu ludzie oglądali „Modę na Sukces”, bo w TV nie było nic innego. To były późne lata 80. i w ogóle była frajda, że coś zagranicznego leci w telewizji. 

Cb: Zastanawiałam się, czy „Moda na Sukces” to jest w Polsce podobny fenomen, jak reklamówki Hugo Bossa. Coś egzotycznego i „na bogato”.

Ł.W: Tak, swego czasu również „Dynastia” była serialem, w który wszyscy się zapatrywali. „MNS” i „Dynastia” to były dwa równoległe, bardzo podobne do siebie światy. Reklamówka – to jest dobry temat na parodię swoją drogą.

Cb: „Moda na Sukces” niedawno się skończyła. Co Ty na to?

Ł.W: Coś mi się obiło o uszy, że „Moda” się skończyła i niedługo po tym rozmawiałem z moim kolegą lektorem – Adamem. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że coś trzeba z tym zrobić, że nie można ludzi z tym tak zostawić. Mamy plany reaktywacji „Mody na Suknie”. Nie ukrywam, że trochę mi się już stęskniło za taką parodią.

Cb: Jakie korzyści dała Ci praca nad „Modą na Suknie”?

Ł.W: Był to ciekawy eksperyment. Mogliśmy zaistnieć w sieci – bo swego czasu byliśmy naprawdę znani – totalnie przez przypadek. Oczywiście, przypadkowi trzeba pomóc, bo gdyby parodie nie były dobre, nigdy by nie wypłynęły. W pewnym momencie zacząłem zauważać, że znajomy znajomego zaczął rzucać jakimiś tekstami z naszych parodii. Jeden z nich usłyszałem również w serialu na TVNie. To było bardzo ciekawe doświadczenie socjologiczne – pięknie ilustrowało, jak zbudowany jest dzisiejszy świat, że można uzyskać efekt motyla zupełnie nieracjonalnym ruchem. Nauka z tego jest taka, że wszystko się może zdarzyć, tylko niestety – trzeba też mieć dużo szczęścia. Dzisiejszy świat jest bezlitosny – może Cię w pewnym momencie wynieść do góry, a następnie równie szybko zrzucić.

Cb: No tak, ale wasze teksty się obroniły, bo mają dobrą jakość, to nie są tanie, wulgarne parodie gimnazjalistów. Czy można wyciągnąć z tego taki wniosek, że dobra jakość nie zaginie w odmętach internetu?

Ł.W: To prawda i to również był powód, dla którego zaczęliśmy robić przeróbki „MNS”. Miałem poczucie, że w tym internetowym świecie parodii jest totalna mizeria i czegoś brakuje. Niemalże cały You Tube to są śmieszne filmiki, natomiast, gdyby poszukać czegoś, z czego sam byłbym w stanie się śmiać, jest ciężko.

Cb: Jeśli można mówić o poker face w głosie, lektor „Mody na Suknie” zdecydowanie może się nią pochwalić.

Ł.W: To ciężka praca i owoc wielu prób. Czasem nie da się pracować, bo jest jakiś fragment tej parodii i wiemy, że będziemy się śmiali. Zaczynamy nagrywać i widzimy po minach, że to się zbliża, że zaraz będzie eksplozja. Czasem lektor musi coś nagrać oddzielnie i przesłać mailem, bo po prostu nie dajemy rady.