Moratinos: rok 2005 może być rokiem pokoju

Artykuł opublikowany 6 grudnia 2006
opublikowano w społeczności
Artykuł opublikowany 6 grudnia 2006

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Miguel Angel Moratinos, aktualny hiszpański minister spraw zagranicznych, i od niedawna specjalny wysłannik Unii Europejskiej w procesie pokojowym na Bliskim Wschodzie, oferuje nam swoją optymistyczną wizję najbliższej przyszłości w strefie.

Przyjmuje nas w swoim domu w Madrycie ktoś, kto jest prawdopodobnie najlepiej poinformowanym Europejczykiem na temat kwestii Izraela i Palestyny po 7 latach spędzonych jako specjalny wysłannik europejskiej Rady Ministrów dla procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie. W kapciach do chodzenia po domu, ze swoim codziennym uśmiechem, próbuje nie przekazywać nam pośpiechu, w którym żyje dzień w dzień-żyje praktycznie w samolocie- z tym biblijnym gestem cierpliwości kogoś, kto jest przyzwyczajony do maratońskich negocjacji i kontroluje czas, w którym może się rozwijać każda rozmowa. Pod jego pozornym pragmatyzmem być może kryje się osobowość przekonanego idealisty.

Czy my, Europejczycy, wiemy mało o świecie arabskim i konflikcie izraelsko-palestyńskim?

Może wiemy dużo, ale znamy źle. Obfitość obrazów i informacji daje wrażenie bliskości. Nie zna się innych aspektów, takich jak pochodzenie, spojrzenie z każdej strony i braku przyrzeczenia, by to rozwiązać.

Był Pan mediatorem na przestrzeni lat w konflikcie izraelsko-palestyńskim. Jest tak złożony jak się wydaje?

Jest bardzo złożony. Konflikt trwa wiele dekad między stojącymi twarzą w twarz społeczeństwami, w którym mieszają się elementy terytorialne, religijne, socjalne i polityczne; czynniki wewnętrzne i zewnętrzne, które się krzyżują i utrudniają sytuację.

Czy Jerozolima jest węzłem gordyjskim konfliktu?

Tak, jest jednym z nich, ale nie jedynym. Jest dużo irytacji nad tą sprawą i w tym momencie społeczność międzynarodowa nie może sama dostarczać rozwiązań. Ale jest więcej problemów. Jak raz powiedziałem, jest wiele kluczy, aby otworzyć labirynt Bliskiego Wschodu.

Tak zwany mur wstydu kojarzy się panu z wyczerpaniem idei czy izraelskim okopywaniem się?

Jest zmartwienie o bezpieczeństwo Izraela, które musimy zrozumieć. To jest istotne. Ale problemem nie jest mur, tylko gdzie jest skonstruowany. Jeśli trzymaliby się granic z 1967 roku, byłoby dobrze, i nie byliby obiektem negatywnej opinii trybunału w Hadze. Mówiąc to, wierzę, że w XXI wieku naszym obowiązkiem, naszym celem, musi być budowanie mostów, a nie wznoszenie murów.

Czy między Izraelem a Palestyną jest wojna czy konfrontacje między terrorystami z różnych grup?

Jest przemoc. W niektórych przypadkach terrorystyczna, i dlatego godna potępienia. Potem, jest obecność Izraela na "terytoriach". Ale nawet w tej sytuacji trzeba szukać dyplomatycznych rozwiązań i stołach negocjacyjnych, nie poprzez akcje militarne.

Być może jest to typowy konflikt, gdzie przemoc produkuje przemoc?

Tak, jest to błędne koło, z którego trudno wyjść. Każdy akt terrorystyczny wywołuje reakcję Izraela, i to piekielne koło jest przeciwko dynamice negocjacji. Trzeba wierzyć w tą dynamikę, tak samo jak to zrobił Isaac Rabin, kiedy potwierdził konieczność kontynuowania negocjacji, tak jak gdyby nie było terroryzmu i zwalczania terroru, wiedząc, że trwają negocjacje.

Chodzi o konflikt religijny, ekonomiczny czy spotykające się zwierzchnictwa?

Jest to przede wszystkim konflikt polityczny przez wielkie "P". Traktaty z Oslo były wielką nadzieją i do nich nie dołączył się wymiar religijny. Natomiast traktaty z Camp David poniosły porażkę, gdyż pojawiła się w nich kwestia Jerozolimy. A jak powiedziałem wcześniej, Jerozolima nie jest jedynym problemem. Również jest coś terytorialnego: w negocjacjach w Tabie, w których uczestniczyłem, propozycje były zgodne, kreatywne, z wyobraźnią; dowodem na to, że rzeczy można rozwiązać. Tak więc, nigdy nic nie osiągniemy, jeśli nie ustanowi się niezależne Państwo Palestyńskie, niezależne, suwerenne i ekonomicznie zdolne do życia i jeśli w tym samym czasie nie zagwarantuje się bezpieczeństwa Izraela. To jest jak zabawa rosyjskimi lalkami, w której otwierasz jedną, widzisz drugą aż dochodzisz do sedna sprawy.

Palestyna jest zależna ekonomicznie od Izraela. Czy przewiduje się jakieś mechanizmy, które zmieniłyby to z czasem?

Palestyna potrzebuje pełnej suwerenności co do swoich źródeł naturalnych, przede wszystkim wód terytorialnych. Potrzebuje także możliwości rozwijania swoich zdolności produkcji i eksportu rolnictwa. Nie na próżno, 60% budżetu palestyńskiego pochodzi z pomocy międzynarodowej (z której 50% to pomoc komunitarna) i z handlu z Izraelem. Myślę, że na koniec rozwiązanie będzie przypominać Beneluks złożony z Jordanii, Egiptu, Izraela i Palestyny. Będzie to rodzaj strefy wolnej wymiany, jak przewiduje się w Procesie w Barcelonie, po którym znajduje się Unia Europejska. Jako ostatnie, nie chciałbym pominąć, że kiedy zamykają się granice, ci którzy najbardziej cierpią to eksporterzy izraelscy.

Ariel Sharon nękany przez przypadki korupcji i utratę poparcia niektórych polityków: uważa Pan, że może być podwójna zmiana rozmówców w następnych miesiącach?

Nie. Sharon ma silne poparcie izraelskiej opinii publicznej. Omija przeszkody przywództwa politycznego. Faktycznie, w końcu zdobył poparcie Kneset (parlamentu izraelskiego) dla wycofania się z Gazy. W Izraelu jest postrzegany jako centralny element Likud (partii konserwatywnej).

Między grupami jak Hamas czy Hezbollah i rządem Sharona: czy będzie miejsce na manewry dla przyszłego reprezentanta ANP (Władzy Narodowej Palestyny), aby nie pozostać jako obrońca terrorystów lub zdrajca w sprawie palestyńskiej?

Poruszanie się w tym wąskim obszarze jest aktualnym wyzwaniem. Przyszły reprezentant ANP musi otrzymać współpracę Izraela i samego Sharona. Ten ostatni ma w wysokim poważaniu Achmeda Quereia i Mahmuda Abasa, i wierzy się w tą drugą możliwość. Myślę, że należy rozszerzać uczestnictwo w rządzie innych grup i szukać porozumień z Sharonem ,aby otworzyć nowy etap: ten dotyczący normalizacji życia.

Dyplomacja Unii Europejskiej powinna się skupić na zakończeniu kłótni między państwami arabskimi?

Tak, to było główne zmartwienie Unii Europejskiej. Nie tylko na korzyść sprawy palestyńskiej, lecz także, aby osiągnąć spokój w regionie. Powinno się osiągnąć jednogłośne przyznanie państwa izraelskiego po stronie Arabów, aby złamać tabu. Poza tym pracuje się, by ukuć pomoc bez pęknięć i bez podwójnych agend dla Palestyny, by wzmocnić ANP i uniknąć dofinansowywania grup, które nie dzielą potrzeby historycznego kompromisu z Izraelem. Idealnym momentem, w którym się okaże, czy jesteśmy na dobrej drodze, będzie kolejny Szczyt Arabski w Algierii w marcu 2005 roku. Musimy być odważni i wysunąć ofertę pokoju, która oznaczałaby zmiany jakościowe i negacje fobii w kierunku do Izraela.

Wierzy Pan w możliwość powrotu do poprzednich granic z 1967 roku?

Nie będzie rozwiązania bez państwa palestyńskiego z 1967 roku. O ile nie zostaną poczynione modyfikacje uzgodnione przez obie strony.

Czy ma Pan nadzieję, że konflikt zostanie rozwiązany szybko?

Myślę, że rok 2005 będzie dobrym rokiem: rokiem ugody. Jeśli nie zmarnuje się okazji, będę optymistą: w ciągu 2 lub 3 lat staniemy przed ostatecznym rozwiązaniem.

Wierzy Pan w możliwość Intifady na sposób Gandhi?

Byłoby to idealne w najtrudniejszych momentach. Pierwsza Intifada ograniczyła się do kamieni. Druga, niestety nastąpiła z użyciem broni i rozszarpała państwo. Była porażką, opóźniło się rozwiązanie. Może okazało się jasne, że należy zmienić strategie. Myślę, że istnieje prawo by przeciwstawić się, lecz tylko w tym, co polityczne i dyplomatyczne.