Morrissey: kim jest Steven Patrick?

Artykuł opublikowany 25 listopada 2013
Artykuł opublikowany 25 listopada 2013

17 października, w atmosferze kontrowersji, na Wyspach ukazała się prawie pięciusetstronicowa autobiografia Morrisseya, zwanego też jednym z najbardziej wpływowych tekściarzy na Wyspach. Czego nowego można się z niej dowiedzieć o drugiej największej ikonie spośród żyjących Brytyjczyków? Czy po lekturze poszłam wytatuować sobie twarz Moza na czole? I kto to jest Steven Patrick Morrissey?

Nowego - niewiele. Nie poszłam. Nadal nie wiadomo. O walorach samej książki, zamiast na rozdziały podzielonej na śmierci poszczególnych osób z otoczenia Moza, wypowiadać się nie będę. Zrobili to już za mnie wszyscy ci, których oburza fakt, że autobiografia ukazała się jako Penguin Classic. Pozwolę sobie jedynie na uwagę, że pomysł uwzględnienia w niej wielostronicowego opisu sprawy sądowej z perkusistą The Smiths i relacji ze spotkania z duchem na bagnach można podsumować tylko jednym słowem. W języku autora. Interesting. 

MORRISSEY

Moz - outsider z Manchesteru

Alma mater matters – to ponury industrialny Manchester w dużej mierze ukształtował Morrisseya artystycznie. Opowiadając o swym dorastaniu, kreśli on dokładny i niepozbawiony walorów literackich (i aliteracji) obraz Manchesteru – miasta krzepkiej blondyny, która wraz ze swym upiornym kochasiem fundowali dzieciom wieczny sen na bagnach, miasta – labiryntu wilgotnych ulic i miasta, w którym dzwonił telefon, a matka wołała: „Steven! Ian Curtis do ciebie!”. Matkę opisuje Moz jako pełną dobroci piękność, o ojcu dowiadujemy się zaś, że kochał bardzo warunkowo. Poza domem jest już tylko gorzej. Nauczyciel wuefu chce oglądać bliznę na brzuchu Morrisseya gdy ten bierze prysznic w szkolnej szatni, społeczeństwo linczuje go za żółte pasemko we włosach, niezrozumienie piętrzy się jak ropa na ranie. I dlatego Morrissey od początku prowadza się z ekscentrycznymi osobowościami. Jedną z nich jest James Maker, późniejszy autor książki pod wiele obiecującym tytułem „Autofellatio”, drugą, lecz nie ostatnią – niejaka Anna – Polka, która nosiła tylko wiktoriańskie ubrania. Do grona koleżków dołączają też David Bowie i Nancy Sinatra, ale to znacznie, znacznie później.

Moz - gwiazdor i megaloman

Charyzmy Morrisseyowi odmówić nie można. Dzisiejsi Mozofile, podobnie jak ich odpowiednicy sprzed dwudziestu lat, chcą czesać, ubierać się i mówić jak Morrissey, bo to on udowodnił światu, że nerdy, które nie zachlewają notorycznie ryja i nie łykają garściami piguł też mogą być sexy. To on pokazał, że jeśli masz wystarczająco dużo pewności siebie, możesz przechadzać się po scenie nawet z bukietem kwiatów w kieszeni spodni i nikogo nie będzie to śmieszyło. Bo Moz to an interesting drug sam w sobie. Gdyby nim nie był, to czy ludzie tatuowaliby sobie teksty jego piosenek na plecach? Sama znam jednego, który do tej pory nie umył ręki uściśniętej kiedyś przez Moza podczas koncertu. Jednak nie ulega wątpliwości, że największym Mozofilem jest on sam. Niektóre fragmenty książki to czysta masturbacja. Morrissey pisze: „jako artysta postanowiłem używać jedynie nazwiska, bo nie znam nikogo w przemyśle muzycznym, kto wcześniej tak zrobił”. Oprócz kompozytorów muzyki klasycznej – dodaje. Really, Steven, really? Ale czyż nie takich gwiazd chcemy? Wyraźnych, niepokornych, ekscentrycznych, gwiazd które ośmielają się na więcej niż my – szarzy zjadacze chleba? Moz od samego początku, jeszcze w czasach fascynacji The New York Dolls, zdaje sobie sprawę, że żeby zaistnieć w przemyśle muzycznym trzeba być widocznym. Jak sam pisze, gdyby nie był wyraźną postacią: „nie przyciągałby światła tak wielu reflektorów”.

Coś jednak zgrzyta w Morrisseyowej pewności siebie. W swej autobiografii opisuje, że w szkole średniej nadszedł czas wyboru: „albo być znośnym dla innych, albo być znośnym dla samego siebie, gdyż aby przetrwać musimy zdusić swoje własne ja”. I choć sugeruje, że on nonkonformistycznie wybrał to drugie rozwiązanie, później przy okazji wzmianki o propozycjach filmowych, przyznaje, że: „skoro nie ośmielam się nawet być sobą, byłbym jeszcze gorszy jako aktor”. To jak w końcu, Moz, nie dbasz o to, jak odbierają cię inni, ale nie masz też odwagi być sobą?

STEVEN PATRICK

Moz ratuje kiciusia

Znany humaseksualista odsłania w książce także swe ludzkie oblicze. Opisuje ciężkie zmagania z depresją,

której widma nie zdołał oddalić nawet Prozac. Często wspomina o heroicznych akcjach ratowania potrąconych przez samochody ptaszków i kotków, które zawija w ręczniki, zanosi do salonu i próbuje reanimować. O tym, że pierwszy poważny związek miał z mężczyzną, w wieku 35 lat już pewnie słyszeliście. Dwa lata później fotograf Jake Owen Walters, który przynosił mu herbatę do wanny, był już jednak jedynie wspomnieniem. Gdy Moz związał się z mieszkającą w Los Angeles Iranką Tiną Dehghani, zaczął nawet rozważać ojcostwo. O Tinie, jako jednej z nielicznych, wypowiada się w samych superlatywach i uwzględnia ją na liście czterech osób, którym dziękuje w swej autobiografii. Nie mają racji również ci recenzenci, którzy twierdzą, że Mozowi brakuje autoironii. Pisząc, że jego „ogólny sposób bycia był trudny dla zaakceptowania dla wielu ludzi z jego otoczenia” dowodzi temu, że doskonale zdaje sobie sprawę sobie sprawę ze swojego trudnego charakteru. W pewnym momencie w dosyć rozczulający sposób przyznaje również, że owszem - nieco mu się z wiekiem przytyło.

I co? Dowiedzieliście się kim jest Steven Partick Morrissey? Ja, niestety – nie.