Muzyczne Top 10 warszawskimi uszami

Artykuł opublikowany 15 grudnia 2010
Artykuł opublikowany 15 grudnia 2010
Od bujającego Kraju Basków, przez człowieka-orkiestrę w Londynie, po szwedzkiego Boba Dylana... do uszu warszawskiego dziennikarza, Andrzeja Kędzierawskiego. Panorama najlepszych albumów mijającego 2010 roku.

1. Crystal Castles – Crystal Castles

Swoim drugim albumem duet z Toronto tylko potwierdził, że ich pomysł na muzykę to nie chwilowy kaprys wyrachowanych dzieciaków, ale zupełnie nowa recepta na robienie piosenek. Tradycje techno, electro, shoegaze i punka przepuszczone przez sito brudnych i komputerowych dźwięków dają nam ekstremum, którego trudno szukać gdzie indziej. Wybredni hipsterzy powinien zajrzeć dziś do torby swojego młodszego kolegi, by wśród zestawu eyelinerów wygrzebać ten właśnie album, a następnie postawić sobie go na półce, tam gdzie kiedyś stały krążki Yeah Yeah Yeahs.

2. The National – High Violet

 Podczas gdy Nick Cave poświęca się nagraniu kolejnego album pod szyldem Grinderman, a Tindersticks nagrywają sympatyczną, ale jednak mruczankę, The National wypuszczają album, gdzie słabego utworu po prostu nie ma. Za to z minuty na minutę robi się tu coraz ciekawiej i coraz piękniej. Słowem, nie sposób wcisnąć „stop” w odtwarzaczu. Chyba wyrastają nam nowi bardzi młodego pokolenia.

3. Yeasayer – Odd Blood

Fot. (cc) myspace/yeasayerNiezbyt znani wcześniej nowojorczycy rok temu zwrócili na siebie uwagę świetnym kawałkiem „Tightrope” z kompilacji „Dark Was the Night”. Stąd na „Odd Blood” oczekiwano z niecierpliwością. A płyta zdaje się dalece przerosła te oczekiwania. W efekcie dostaliśmy bowiem 10 wymyślnych kompozycji z pogranicza popu, disco i rocka. Poza chwytającym od razu „One”, płyty nie słucha się łatwo. To raczej tego rodzaju zestaw, któremu trzeba poświęcić trochę więcej czasu i uwagi, by docenić jego pomysłowość i kunszt.

4. Local Natives – Gorilla Manor

Fot. (cc) myspace/localnatives

Znakomity debiut piątki z Los Angeles. Znany w Wielkiej Brytanii już jesienią 2009 r. album zachwycił z początkiem tego roku krytyków amerykańskich. I nie ma się czemu dziwić. Local Natives to przykład na to, że zespół indie nie musi być doskonale spreparowanym produktem marketingowym, którego czar pryska, gdy tzw. muzykom przychodzi stanąć na scenie. Local Natives bez gwiazdorzenia , bez specjalnego szumu tworzą zestaw 12 nieskomplikowanych, ale pięknych kompozycji, z których każda doprawiona jest ciepłym i wrażliwym wokalem. Oby tak dalej!

5. Caribou – Swim

Jak brzmi muzyka profesora matematyki urodzonego w Londynie w Kanadzie i mieszkającego w Londynie w Wielkiej Brytanii? Ano właśnie tak. Daniel Victor Snaith znany wcześniej z elektronicznego projektu Manitoba zaserwował nam hipnotyczne kompozycje tworzone na sprzęcie, w którym właśnie jakby zaczęły padać baterie. „Swim” to coś jak posunięty nieco dalej pomysł Four Tet na „There Is Love in You”. Dodatkowo Daniel sam komponuje, sam gra i sam śpiewa.

6. Toro Y Moi – Causers of This

 Toro Y Moi bierze najciekawsze rozwiązania z nowej elektroniki i tworzy swój własny zjawiskowy produkt. Mamy tu i echa Animal Collective, i przebłyski Flying Lotus. Utwory różnią się od siebie, przez co płyta potrafi zaskoczyć. Dobry debiut. Uwaga, druga propozycja od tego amerykańskiego artysty już w nowym roku.

7. Delorean – Subiza

Fot.: Nacho Alegre

A oto muzyka taneczna z Kraju Basków. Koncepcja jest prosta - podstawa to bardzo ciepłe i nieprzestające bujać kompozycje i promienny, pozostający w drugim rzędzie wokal. Jest tu disco, pop, orient i tendencje spod znaku balearic. Obowiązkowy zestaw na słuchawki na plaży, imprezę do białego rana czy podróż samochodem (najlepiej deloreanem :)) nad morze.

8. Mount Kimbie - Crooks & Lovers

Fot.:myspace.com/mountkimbie/Dla wielu producentów muzyki elektronicznej rok 2010 był rokiem oswajania dubstepu. Bardzo przyzwoicie ucywilizowała ten nurt dwójka muzyków z Mount Kimbie. Wybijający się zwykle przed szereg wyrazisty bit został przywołany tu do porządku, a prym przejęła wysoka powtarzalność sampli wziętych z bardzo różnych parafii. Dość introwertyczny debiut Brytyjczyków, który bardziej dostępny staje się podczas występów na żywo.

9. The Black Keys - Brothers

Znakomity vintage w nowym wydaniu. The Black Keys to współczesna reinkarnacja Jimiego Henrdixa, Roberta Planta i Juniora Kimbrougha w jednym. To grzmotliwie i wyjące gitary oraz przebijająca się przez nie moc wokalu. „Brothers” zaczyna się rockowym uderzeniem i przechodzi w kolekcję uroczych ballad, które brzmią jakby wykonywali je dzisiejsi potomkowie The Muddy Blues. 

10. The Tallest Man on Earth – The Wild Hunt

Fot: Johan Stolpe

Czy młody Szwed o głosie Speedy’ego Gonzalesa może zostać nazwany przez kogoś o zdrowych zmysłach nowym Bobem Dylanem? Najwyraźniej może. „The Wild Hunt” to swoiste „Do it Yourself” w wykonaniu wcale niewysokiego grajka w kraciastej koszuli i z gitarą na szyi. Radosny folk Kristiana Matssona to recepta dla melomanów znudzonych smutkiem alt-country. To wreszcie już gotowy soundtrack do kolejnego filmu w stylu „Wszystko za życie” (Into the Wild).