Myśliwi z Wiejskiej a prace nad ustawą o ochronie zwierząt

Artykuł opublikowany 22 października 2015
Artykuł opublikowany 22 października 2015

Koniec kadencji Sejmu stwarza okazję do podsumowań i rozliczenia parlamentarzystów z ich dotychczasowej działalności. O ile trudno jednoznacznie ocenić dokonania obecnego rządu, to w kwestii ochrony praw zwierząt można śmiało stwierdzić, że z roku na rok posłowie poświęcali im coraz mniej uwagi. Słabnąca wrażliwość czy efekt działalności myśliwskiego lobby? 

Jestem zapalonym biegaczem. Najchętniej biegam w niewielkim lesie niedaleko mojego domu, głównie ze względu na sieć przeuroczych ścieżek, z których parę prowadzi wzdłuż malowniczego kanału. To przy nim jakiś czas temu zauważyłem liczne ślady obecności bobrów. Niedawno doszło nawet do tego, że niektóre ścieżki zostały całkowicie zatarasowane przez powalone drzewa. Pomimo niedogodności, jako miłośnik dzikiej przyrody, widok mnie ucieszył, bo świadczy on o sukcesie trwającego od ponad pól wieku programu restytucji bobra w Polsce. Po pierwszej wojnie światowej gatunek ten niemal całkowicie u nas wyginął, i tylko dzięki szeroko zakrojonemu programowi ścisłej ochrony, zaangażowaniu setek ludzi oraz niemałym nakładom finansowym udało się odbudować część jego dawnej populacji. Podobne rezultaty odniesiono w przypadku łosia, wydry i kormoranów – gatunków, którym całkiem niedawno wróżono wymarcie na naszych ziemiach. Optymistyczne wiadomości nadchodzą też z frontu zmagań o przetrwanie wilka i rysia. Nic tylko się cieszyć? Niezupełnie. 

Myśliwi z sejmowych podkomisji

Moją radość burzą ostatnie doniesienia z Sejmu dotyczące proponowanej liberalizacji prawa w zakresie ochrony niektórych zagrożonych wyginięciem gatunków. Jest tajemnicą poliszynela, że znaczna część polskich posłów to myśliwi, najczęściej zrzeszeni w Polskim Związku Łowieckim (PZŁ), i to oni w głównej mierze wchodzą w skład sejmowych podkomisji pracujących nad zmianami w ustawie o ochronie dzikich zwierząt. Choć trudno oczekiwać, aby samodzielnie ograniczali swe przywileje, to jednak postulat zmniejszenia lub całkowitego zniesienia ochrony gatunkowej bobrów, łosi i kormoranów należy traktować jako co najmniej zaskakujący. O ile populacja tych zwierząt faktycznie wzrosła w ostatnich latach, to argument, że wzrost ten zagraża człowiekowi, jest całkowicie chybiony. To raczej ludzie zajmują zwierzęce siedliska i siłą rzeczy wchodzą z nimi w konflikt. Rządzący pozostają jednak głusi na te argumenty, postulując odstrzał cennych dla przyrody gatunków celem zredukowania ich liczebności. Jak ocenić takie zabiegi?

Pomińmy kwestie etyczne i spójrzmy na poczynania parlamentarzystów od strony ekonomicznej. Jak już wspominałem, obecny sukces jest wynikiem dużych inwestycji w ochronę siedlisk, badanie oraz ocieplanie wizerunku danego gatunku. Ogromnym wysiłkiem całego państwa, rozłożonym na dziesiątki lat, udaje się uratować zagrożone gatunki od całkowitego wyginięcia. Opracowuje się i wdraża skomplikowane programy, powołuje parki narodowe oraz rezerwaty, opłaca weterynarzy, edukuje młodzież, a nawet wprowadza stosowne rozporządzenia prawne. I po co to wszystko? Czy tylko po to, aby garstka myśliwych mogła sobie bezkarnie postrzelać do drogocennych dla środowiska zwierząt?

Jak inaczej ocenić ich postępowanie, skoro istnieją nieletalne metody zmniejszenia populacji danego gatunku? Należą do nich siatki na przepływy, sterylizacja, antykoncepcja, grodzenie siedlisk itp. Są one powszechnie znane i stosunkowo niedrogie. Przykładem świecą tu Kanada, Niemcy, Austria i kraje skandynawskie, od których przy odrobinie dobrej woli można wiele się nauczyć. Ale czy taka wola u nas istnieje?

Krótkowzroczność czy niegospodarność?

W ten sposób nasuwa się pytanie o sensowność polskiego programu ochrony gatunkowej. Wydry były na granicy wyginięcia, udało się je zrestytuować, ale teraz dopuszczono do ich zabijania (w obrębie stawów rybnych). Podobnie ma się rzecz z łosiem: po uratowaniu od wyginięcia, posłowie rozważają odstrzał celem zmniejszenia jego pogłowia. Nie inaczej może być z kormoranami, domniemaną zmorą rybaków, i bobrami, które dają się we znaki leśnikom.

Gdzie szukać tu sensu? Najpierw płacimy za ochronę zwierząt, a potem do nich strzelamy? Liberalizacja ochrony gatunkowej, forsowana przez myśliwskie lobby, to przykład nieodpowiedzialnego postępowania i krótkowzroczności, która bulwersuje nie tyko tym, że wiąże się z krzywdą zwierząt, ale również świadczy o niegospodarności i może narazić skarb państwa na znaczące straty.

Obusieczna broń lobbystów z PZŁ

Jak pokazują ostatnie miesiące, jednym ze sposobów na sabotaż prac nad dostosowaniem polskiego ustawodawstwa dotyczącego ochrony zwierząt do norm europejskich jest bojkotowanie obrad stosownych podkomisji. Ostatnio miało to miejsce 22 września br., kiedy to w wyniku działania posłów walczących o interesy myśliwych i rolników, posiedzenie podkomisji zostało przerwane i odwołane bez określenia kolejnego terminu. Tym sposobem prace podkomisji utknęły w miejscu i najprawdopodobniej nie ruszą do powołana nowego rządu po październikowych wyborach parlamentarnych. Może to nastąpić nawet lutym przyszłego roku. Ale to tylko pozorne zwycięstwo myśliwskiego lobby.

W wyniku opóźnień prac podkomisji, od stycznia polowanie może się bowiem stać się w Polsce nielegalne, głównie z powodu braku odpowiednich rozporządzeń w sprawie nowych obwodów łowieckich. Dotychczasowe przepisy o podziale województw na obwody przestaną obowiązywać z dniem 21 stycznia 2016 roku, a z powodu kłótni w Sejmie nie uchwalono rozporządzeń celem wyznaczenia nowych obwodów. Stanęły również prace nad systemem odszkodowań za straty wyrządzone przez myśliwych, jak i nad zwiększeniem nadzoru rządu nad PZŁ, m.in. w zakresie wykonywania planów łowieckich. Bez tych rozporządzeń, łowiectwo stanie się niedozwolone, a wszelakie jego próby mogą być rozpatrywane w kategoriach kłusownictwa.

Wypracowanie kompromisu jest zatem konieczne dla obydwu stron. Interesy myśliwych mogą się paradoksalnie stać argumentem w rękach obrońców praw zwierząt. Ja natomiast mam nadzieję, że oprócz powalonych drzew nie natknę się podczas biegania na łuski po nabojach.