Na herbatce miętowej w Paryżu – rozmowa z fotografem Sandrą Calligaro

Artykuł opublikowany 19 marca 2012
Artykuł opublikowany 19 marca 2012

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Na zachodzie Afganistan stał się synonimem wojny. Dla francuskiej fotograf Sandry Calligaro, która od siedmiu lat mieszka w Afganistanie, kraj ten stał się drugą ojczyzną. Rozmowa o fotografii, uprzedzeniach i dorastaniu.

Jeszcze przed poznaniem jej osobiście miałam wrażenie, że wiem kogo zobaczę - drobną, zapracowaną, okutaną w ciemną chustę kobietę, po kŧórej na pierwszy rzut oka widać wszystkie te lata spędzone pośród bomb i obcych sobie ludzi. Sandra Calligaro jest fotografem wojennym, ma 30 lat i od 25-tego roku życia mieszka w Afganistanie, dokumentując toczące się tam życie i wojnę. Na jej stronie internetowej widnieją zdjęcia zniszczonych wojną domów i wychudzonych postaci. Zdjęcia odbiegają od mojego pierwotnego wyobrażenia. Dopiero po spotkaniu z Sandrą uświadamiam sobie, że tak naprawdę nic nie wiem - zarówno o wykonywanej przez nią pracy, jak i o Afganistanie, jej kraju.

Tak naprawdę Sandra w dalszym ciągu wygląda jak studentka Akademii Sztuk Pięknych - z ciemną oprawą oczu i bladą karnacją, ma na sobie ciemny sweter, dżinsy i obuwie sportowe w żarówiastym kolorze. Z zadowoleniem opowiada o ostatnich paru dniach spędzonych z rodziną, podczas których pozwoliła sobie na spożycie ogromnych ilości sera i wina oraz wizytę w galerii. „Wszystko to, czego na co dzień w Kabulu mi nie wolno” - opowiada z uśmiechem. Podczas naszej rozmowy Sandra śmieje się bezustannie i gdyby nie to, że w przeciwieństwie do Paryżan zamawiających kawę, ona woli pić miętową herbatę, byłaby jedną z nich.

„Od dziecka chciałam zostać fotografem wojennym”

Co właściwie sprowadza ją do tego zapomnianego przez Boga kraju? Co u diaska sprawiło, że to właśnie tam postanowiła żyć i pracować? „Mój znajomy twierdził, że Afganistan jest dobrym miejscem do pracy”. Miało to miejsce w roku 2007, krótko po ukończeniu przez nią jednego z paryskich Uniwersytetów. „Byłam taka młoda, ciekawa, bojaźliwa i podekscytowana”. Odgarnia czarne pasma włosów z twarzy i wzrokiem błądzi po kawiarni. „Od dziecka marzyłam o tym by zostać fotografem wojennym” - dodaje. Tak więc kupiła bilet lotniczy i poleciała do Kabulu.

Kabul, 2011.

„Pamiętam to niesamowite światło. Słońce, upał i kurz”. Przybyła do Kabulu w jeden z upalnych dni marca dysponując numerem telefonu taksówkarza znającego angielski, adresem hotelu w którym cudzoziemcy byli w miarę bezpieczni i adresem restauracji, która wieczorami stawała się miejscem spotkań dla pracujących w Kabulu dziennikarzy. Była to przygoda, gra w podchody, która według jej początkowych planów miała potrwać miesiąc. Trwa już pięć lat.

Afganistan sprawił, że dorosła. To właśnie dzięki Afganistanowi stała się tą osoba, którą jest dzisiaj: fotografem, dziennikarką, dorosłą kobietą. Podczas pierwszych dni swojego pobytu w Kabulu bała się sama opuszczać dom. Po paru tygodniach opanowała podstawy dialektu dari-nowoperskiego, czyli dialektu używanego w Afganistanie. Sandra chciała pokazać inne oblicze Afganistanu, inne niż to które znamy na co dzień z wiadomości. Dlatego zamiast dokumentować śmierć i okrucieństwa wojny udała się do kliniki, w której towarzyszyła heroinistom w terapii odwykowej. Uwieczniła również pierwsze wolne wybory. Chciała pokazać, że oprócz wojny, w Afganistanie toczy się również życie. Z tylnego siedzenia taksówki, którą przemierzała swoją nową, drugą ojczyznę. uwieczniała krajobrazy ostrożnie fotografując przez szybę samochodu. „Krajobraz nigdy nie były moim ulubionym motywem, ale ten który zastałam po przyjeździe zatykał po prostu dech w piersi”.

Sandra szybko zapoznała się z miejscowymi obyczajami i nakazami: kobieta nigdy nie podnosi głosu kiedy mówi, nie wolno jej również podawać ręki mężczyźnie na przywitanie. Pomimo różnic kulturowych dzielących ją i mieszkańców kraju, który ją gościł, nigdy nie zdarzyło jej się być traktowaną w odmienny lub nieprzyjazny sposób. Wręcz przeciwnie, „kultura afgańska jest jedną z bardziej gościnnych które znam”. Tak więc kontynuowała swoje podróże, wynajęła pokój w Kabulu, znalazła przyjaciół zarówno pośród miejscowych jak i żyjących tam cudzoziemców, takich jak ona. Na życie zarabiała sprzedając swoje zdjęcia do największych francuskich gazet: Le Monde, Paris Match. Kabul stał się miejscem jej stałego zamieszkania. Do Paryża latała tylko po to, żeby spotkać się z rodziną i przyjaciółmi.

Kabul - moje miasto

O Afganistanie opowiada tak jakby był całkiem normalnym krajem, w którym się żyje i pracuje. Kabul nazywa „swoim miastem|, opowiadając jak zawsze cieszy ją gdy przelatujący nad górami samolot zbliża się do lądowania. Dla nas nas Afganistan znaczy tyle co wojna. Dla Sandry nabrał nowego znaczenia - mianowicie domu. Sandra opuszcza jutro Paryż, wraca do domu. „Cieszę się” - mówi z uśmiechem.

Spotkanie Z Sandrą Calligaro otwiera człowiekowi oczy na prawdę o niej, Afganistanie ale też o sobie samym. Jej opowiadania sprawiają, że obraz Afganistanu narzucany nam przez media pryska jak bańka mydlana, obalając też naszą zachodnią wizję świata - jedyną prawdziwą i akceptowaną. Parę tygodni później sytuacja w Afganistanie ulega radykalnej zmianie. Amerykańscy żołnierze omyłkowo spalili tom Koranu, co zaowocowało tym, że gniew Afgańczyków przerodził się wprzemoc.

Sandra Calligaro od dawna przewidywała taki przebieg wypadków. „Od dwóch lat coś nie gra” - opowiada. To, że NATO poniosło klęskę stało się jasne. „Jeśli zapytasz Afgańczyka czym dla niego jest demokracja, ten odpowie: korupcją”. Po raz pierwszy tego dnia wbija tępo wzrok w podłogę i mówi: „Wybuchnie wojna domowa”.

Mimo wszystko wraca do Kabulu, jeszcze ten jeden raz. Do jej miasta, jej drugiej ojczyzny, miejsca, które poruszyło ją jak żadne inne. Bez względu na to dokąd się później się uda, Afganistan udzielił jej lekcji na całe życie: „Jeſli chce się coś naprawdę dobrze poznać, nie wolno stawiać na powierzchowność. Trzeba się doszukiwać, kopać, dopytywać”. W jej ustach brzmi to jak nakaz.

Fot.: ©Sandra Calligaro