Na Lampedusie oprócz uchodźców są wciąż mieszkańcy

Artykuł opublikowany 28 września 2016
Artykuł opublikowany 28 września 2016

Nazywają ją na zmianę wyspą wstydu i wyspą azylu. Jest albo krytykowana albo wychwalana. Postanowiliśmy ukradkiem wejść do wnętrza mikrokosmosu, którego dynamika jest o wiele bardziej skomplikowana niż to, co opisuje prasa. Pozwoliliśmy mówić o wyspie tym, którzy na niej żyją, ale których nie słychać najgłośniej. Kiedy jednak decydują się na rozmowę, mówią o Lampedusie bez zahamowań i stereotypów. 

Pierwsze, co widać po przylocie na Lampedusę, to ciepłe kolory jałowej ziemi wokół miejscowego lotniska. Jest również suchy, ognisty wiatr: to pewnie sirocco, ale na myśl od razu przychodzi ghibli, wiatr znad Sahary, który jest bardziej wilgotny – żeby tutaj dotrzeć, musi przemierzyć Morze Śródziemne. Osoby odpowiedzialne za transfer do hoteli i oczekujące gości przed szklanym wejściem hali przylotów pytają otwarcie: „przyjechałaś, żeby opowiedzieć o urodzie wyspy czy żeby po raz kolejny mówić o imigrantach?”. To będzie motyw przewodni mojego pięciodniowego pobytu na wyspie. „Jesteśmy zmęczeni retoryką: Lampedusa stała się wybiegiem, widoczną dla wszystkich platformą” – mówi większość. „Politycy, dziennikarze, ludzie, przyjezdni – «biorą» i już ich nie ma. Dlaczego nie udzielają żadnej konkretnej pomocy?”. Sytuacja ta trwa od 2011 roku, kiedy to Lampedusa znalazła się w centrum zainteresowania mediów ze względu na masowy napływ imigrantów po Arabskiej Wiośnie. Na Lampedusę przybyło ponad 62 tysiące osób pochodzących głównie z Libii i Tunezji (Raport OECD „International Migration Outlook” – Spojrzenie na międzynarodową migrację 2013). 

Askavusa

Nieopodal portu znajduje się miejsce nazywane PortoM, stała przestrzeń wystawowa opowiadająca historie poprzez przedmioty. Za jej stworzeniem stoi Askavusa (po sycylijsku „bosa”). Grupa powstała w 2009 roku w czasie protestów przeciwko otwarciu ośrodków przetrzymywania imigrantów. Była to inicjatywa ówczesnego Ministra Spraw Wewnętrznych Roberta Maroniego. Znoszone buty zawieszone przy suficie, paczki papierosów, płyty CD, Biblia i Koran o pomarszczonych stronach po angielsku albo po arabsku, przemoknięta kartka papieru, którą później się suszy – to wszystko przedmioty należące do tysięcy rozbitków przybyłych na Lampedusę. Zebrali je i przechowują członkowie Askavusy, odkąd w 2005 roku Giacomo Sferlazzo odnalazł tekst po arabsku i kawałki łodzi, z których stworzył swoje pierwsze dzieło Verso Lampedusa [W kierunku Lampedusy]. „Spotkanie z tymi przedmiotami było dla mnie otwarciem na nowy alfabet, na niemy język bez zasad” – pisze Giacomo na blogu grupy. „Miałem wrażenie, że muszę zrobić z tym coś ważnego, jakbym pociągał za sznurki, na których zawieszone były losy tysięcy osób”. 

Jednak, jak opowiada nam Francesca Del Volgo, PortoM to tylko jeden z projektów powstałych z inicjatywy Askavusy. W jej oczach widać oburzenie, ponieważ „Lampedusa stała się okręgiem wojskowym, platformą o znaczeniu strategiczno-defensywnym. Na wyspie znajdują się 4 radary i stacjonuje 450 urzędników, wśród których są wojskowi, policjanci i straż przybrzeżna. Położenie geograficzne wyspy czyniło z niej ziemię skazańców, począwszy od czasów Burbonów, przez epokę faszystów, aż do teraz. «Skazańcami» są imigranci, jako że szczególnie latem turyści «nie powinni» ich oglądać, tak jakby byli zadżumieni i musieli być w kwarantannie. Czasami słyszę słowa: sì tuttu u iornu persa cu li turchi («cały dzień jest się wśród Turków»)” – opowiada Francesca. 

Ojciec Mimmo

Ojciec Mimmo Zambito jest proboszczem na Lampedusie. Przyjechał tu w 2013 roku po tragedii, która wydarzyła się 3 października 2013 roku, kiedy to kilka kilometrów od brzegu morze pochłonęło 366 osób. „Lampedusa to miejsce, w którym ściera się ze sobą wiele sprzeczności” – mówi Ojciec Mimmo. Żeby lepiej zobrazować tę tezę, opowiada dwie historie: „Pierwsza z nich to przypadek zdeklarowanej rasistki, która akurat tego tragicznego ranka znajdowała się na łodzi i ocaliła dziesiątki imigrantów. Zrobiła to instynktownie, bez wahania. Druga historia to przypadek pewnego wojskowego z północy Włoch, chłopaka na wskroś przesiąkniętego faszyzmem. Jego przekonania ideologiczne zmieniły się, gdy tylko wziął w ramiona ocalałe od śmierci dziecko”. 

Z wyjątkiem tych ekstremalnych przypadków „nie ma żadnej integracji między mieszkańcami wyspy a imigrantami” – kontynuuje Ojciec Mimmo. Imigranci rzadko opuszczają centrum w Contrada Imbriacola, miejsce, w którym nie chcieli się znaleźć i którego opuszczenia nie mogą się doczekać. Grupa młodych Erytrejczyków siedzi na schodkach przed kościołem. Mają między 19 a 21 lat. Jedna z dziewczyn jest w ciąży i ma tylko nadzieję na to, że uda jej się szybko dołączyć do męża, któremu udało się przedostać do Szwajcarii. Lampedusa zmieniła się z miejsca szybkiego transferu imigrantów (w planach UE miał to być hotspot) do aresztu na czas nieokreślony. Dotyczy to przede wszystkim imigrantów, którzy odmawiają zostawienia odcisków palców. Ta procedura skazałaby ich na pozostanie we Włoszech – w pierwszym kraju, który ich przyjął – podczas gdy najważniejszym celem większości z nich jest dołączenie do krewnych na północy Europy. 

Costantino 

„Zbieraliśmy ciała uchodźców jedno po drugim. Cały czas mam w pamięci ich białe, nieruchome, przerażone oczy, ich drżące w wodzie ramiona” - tym razem opowiadającym jest Costantino Baratta, mieszkaniec Lampedusy od lat 70. i przypadkowy ratownik, który był tego ranka na morzu w swojej ponad 5-metrowej sportowej łodzi rybackiej z włókna szklanego. „Pochodzę z dużej rodziny, z domu, który zawsze był otwarty dla krewnych, którzy wyemigrowali do Niemiec. Gościnność jest częścią mojego dziedzictwa” – wyznaje nam, jakby się usprawiedliwiał, że nie zrobił nic specjalnego. Grupa imigrantów uratowana przez tego prawie sześćdziesięcioletniego murarza o błękitnych oczach została nazwana „grupą uratowaną przez małą, białą łódź”. Jedną z ocalonych jest Uam, która rozpoznała Costantina podczas ceremonii upamiętniającej ofiary. Mocno go przytuliła i powiedziała: „To on, to on mnie uratował!”. Jest też Robel, który zdołał uciec z Libii po tym, jak był aresztowany i więziony przez 8 miesięcy. Był torturowany i przyglądał się scenom przemocy, które były na porządku dziennym: widział, jak bojownicy strzelają do niewinnych ludzi, w tym do dzieci. „Chłopak o smutnych oczach” – tak nazywa go żona Costantina. Jak zmieniło się twoje życie tamtego 3 października, Costantino? „Teraz mam trochę więcej wiary” – odpowiedział. 

„Chcą nas odesłać, pytają się, gdzie byłem wcześniej, jakie miejsce zostawiłem za sobą. Obracam się plecami, to wszystko, co mi zostało” (Erri De Luca, Racconti di uno)

_

Artykuł został opublikowany przez lokalną redakcję Cafébabel Palermo