Na skraju Europy – Erasmus w Istambule

Artykuł opublikowany 27 września 2010
Artykuł opublikowany 27 września 2010
Najpóźniej o 20.00 w akademiku i zakaz odwiedzin, szczególnie ze strony mężczyzn - "Pomimo początkowego szoku kulturowego, mój Erasmus w Istambule okazał się być źródłem niezwykle cennych dla mnie doświadczeń" - niemiecka studentka o przygodzie życia w Turcji.

Już na początku studiów politologicznych, które rozpoczęłam w 2004 r. na Uniwersytecie Philipps’a w Magdeburgu, wiedziałam, że po zaliczeniu czwartego semestru, chcę wyjechać na wymianę studencką w ramach programu Erasmus. Nie interesowała mnie Hiszpania, Anglia czy Holandia. Chciałam wyjechać w bardziej egzotyczne miejsce. 

W szóstkę na 20 m², czyli damski akademik

Strach dopadł mnie po raz pierwszy podczas lądowania mojego samolotu na lotnisku Atatürk, w pobliżu Istambułu. Nagle zdałam sobie sprawę, że wcale nie wszystko musi pójść zgodnie z planem. W końcu był to mój pierwszy raz w Turcji, a ja nie znałam nawet jednego słowa po turecku. „Tam i tak każdy mówi po angielsku” – obiecywała mi moja koordynatorka ds. wymiany studenckiej. Zupełnie się jednak myliła.

©Objektivist/flickr

Mocną, turecką kawą powitały mnie w damskim akademiki trzy panie z administracji. Niestety żadna z nich nie znała angielskiego. W ten sposób podpisałam podany mi regulamin domu studenckiego, nie znając jego treści. Myślałam, że to dobra decyzja do czasu, aż inna studentka z Estonii uświadomiła mnie, na co wyraziłam zgodę: o 20.00 muszę być w akademiku, zero odwiedzin, w szczególności ze strony mężczyzn.

Więcej o Erasmusie w Istambule:Erasmus w Stambule. „Najpiękniejszy okres w moim życiu”&Erasmus na wybiegu – witamy w kampusie w Stambule

Poza tym przyszło mi mieszkać z pięcioma innymi dziewczynami w jednym pokoju. Żadna z nich nie znała nawet słowa po angielsku. Łóżko przy łóżku na 20 metrach kwadratowych. Posiadanie bądź konsumpcja alkoholu lub papierosów surowo karana. Bądźmy szczerzy, większość młodych, europejskich studentów jadących na wymianę, spodziewa się czegoś innego po Erasmusie – niewiele nauki i wiele, wiele imprez.

W Istambule od razu rzuciło mi się w oczy, iż tureckie dwudziestolatki znajdują się pod dość ścisłą opieką dorosłych. Jeśli któraś ze studentek chce wyjść na imprezę lub nie wrócić na noc do akademika, jej rodzice zostają natychmiast o tym poinformowani. Poza tym spotkać tu można „Ablas” oraz „Abi”. Pierwsze słowo oznacza starszych studentów, a drugie starsze studentki, którzy mają funkcje osoby kontaktowej dla młodszym roczników, a także uważają na to, by ich podopieczni stawiali naukę na pierwszym miejscu. Możecie wyobrazić sobie taki system w niemieckich akademikach? Jest to absolutnie nie do pomyślenia. Czy to dobrze lub źle - pozostaje tematem do dyskusji. Sama chętnie biorę udział w dysputach na temat tego, czy i kiedy młodzi ludzie rozpoczynać powinni swoje życie na własną rękę.

Faktem jest jednak to, że nie spotkałam w Istambule żadnego samotnego, niepewnego siebie oraz przeciążonego obowiązkami młodego człowieka, który mieszka sam w wielkim mieście, i będąc pozbawionym znajomego środowiska, nie jest w stanie zintegrować się z nowym otoczeniem.

Dyskusje na wykładach inaczej

W Turcji studiowałam na Uniwersytecie Faith będącym konserwatywną, prywatną uczelnią mieszczącą się z dala od centrum Istambułu. Jedną z jej największych zalet w porównaniu z uniwersytetem w Magdeburgu jest to, że docenci mieli zdecydowanie więcej czasu dla studentów i z chęcią odpowiadali na wszelkie pytania. Poza tym, studenci zaprzyjaźniali się bardzo szybko z wykładowcami, chodzili z nimi na kawę, zwracali się do nich po imieniu – coś o czym nie mogłabym nawet pomarzyć w Niemczech. Ponadto mieliśmy dużo czasu na dyskusje np. na tematy polityczne, o wiele bardziej kontrowersyjne niż w mojej ojczyźnie.

Jeden z doktorów politologii zapytał pewnego razu wyzywająco – „Dlaczego demokracja? Dyktatura wojskowa radzi sobie przecież o wiele lepiej z regulacją spraw rządowych”. W pierwszym momencie zaniemówiłam, następnie pojawiła się u mnie złość. W końcu zaczęłam argumentować moją opinię, co udawało mi się czasem z lepszym, a czasem z gorszym skutkiem. W końcu pojęłam, o co w tym wszystkim chodzi. Dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi i przy herbacie rozmawiamy często o najnowszych wydarzeniach.

Patrząc wstecz uważam te zawzięte dyskusje za coś niezwykle cennego. Nauczyłam się wyjaśniać od samych podstaw moje argumenty oraz punkty widzenia. „Co takiego dobrego ma w sobie suwerenne społeczeństwo?”. W Istambule nauczyłam się poddawać w wątpliwość swój własny pogląd na świat oraz nie stawiać takich haseł, jak „demokracja” oraz „prawa człowieka” za uniwersalne cele. „Wojsko zawsze zapewniało w Turcji pokój oraz wewnętrzną stabilność” – to jeden z argumentów mojego wykładowcy. „Jeśli państwu grozi wojna domowa, to te cele mają najwyższy priorytet”. W tym momencie zdałam sobie sprawę, iż moje pojmowanie dobra i zła odnosi się w bardzo dużym stopniu jedynie do mojego własnego, niewielkiego światka. Nie ma jednego, jedynie słusznego rozwiązania a to co jest w danym momencie właściwe, jest jedynie rezultatem pewnej sytuacji wyjściowej. Nie ma więc prawd absolutnych, a szkoda.

Istambuł: Islam oraz Atatürk

Turecka metropolia liczy nawet do 17 milionów mieszkańców. W tej wielkiej ludzkiej masie odbija się społeczna heterogeniczność Turcji. Centrum miasta tętni życie. Alkohol na ulicach jest dozwolony, w Starbucks’ie spotkać można transwestytów, a tureckie dziewczyny chodzą w mini. „Europa jest mniej europejska od nas” – żartują Turcy w Taksim, jednej z rozrywkowych dzielnic, znajdujących się w samym centrum Istambułu. Ludzie wierzą tu w maksymę tureckiego założyciela państwa Atatürk, iż Turcja dorówna Zachodowi pod względem dobrobytu oraz nowoczesności. Ludzie, których spotykałam na ulicy uważają, że islam jest przestrzały, a europejskość na topie.

Pewnego dnia wsiadłam do autobusu i udałam się w ponad godzinną przejażdżkę na wschód, do zupełnie innego Istambułu. Wieżowiec obok wieżowca, dalej niż sięga wzrok. Okolice zajmują kompleksy mieszkalne zamieszkiwane przez turecką klasę średnią. To tutaj usłyszałam od jednego z Turków, iż aranżowane małżeństwa są lepsze, ponieważ kobiety są zbyt delikatne, by móc pracować poza domem. Poza tym, rzadko można je tutaj spotkać na ulicach, a jeśli już, to są one totalnie zakryte, pomimo że chusty na głowach są zakazane w budynkach publicznych.

Kwestia przyzwyczajenia? Niezauważanie kobiet jest tu oznaką szacunkuTurczynki w Istambule mają jednak pewną sztuczkę, dzięki której zakryć mogą swoje włosy: na chustkę zawiązaną na głowie wkładają dodatkowo perukę. Choć czasem wygląda to dość dziwnie, nikt nie ma nic przeciw temu. Kobiety są zresztą traktowane tutaj z wielkim respektem. W autobusie wszystkie wolne miejsca oddawane są pasażerkom, a czasem nawet miejsce obok nich pozostaje wolne. Podczas przechadzki po mieście ze znajomymi studentami, żaden z mężczyzn nie spojrzał mi nigdy w oczy czy nie zaczepił. Pewnego razu uśmiechałam się do kelnera serwującego nam lody. Ten jednak ignorował mnie przez cały czas. Poczułam się wtedy dziwnie, ubodło mnie to trochę, jednak gdy zrozumiałam, że nieoglądanie się za kobietami jest oznaką wyrażanego w ten sposób respektu, spojrzałam na to z innej strony. Teraz takie zachowanie mnie nawet cieszy.

Semestr, który spędziłam w Istambule na Erasmusie, stanowi dla mnie olbrzymie doświadczenie. Pomimo że musiałam się dostosować do wielu lokalnych zwyczajów, jestem pewna, że tam wrócę. Powrót planuję już za rok, ponieważ czeka mnie napisanie pracy magisterskiej na temat islamskich wpływów na turecką politykę wewnętrzną. A gdzie lepiej pójdzie mi napisanie tej pracy niż w Istambule?

Zdj.: ©Leif/flickr; ©Objektivist/flickr; ©boublis/flickr; Video ©justuur/Youtube