Nadzieja, hałas i tapas, czyli hiszpański cyrk wyborczy

Artykuł opublikowany 1 czerwca 2015
Artykuł opublikowany 1 czerwca 2015

24 maja w Hiszpanii odbywały się wybory lokalne i regionalne. Nowe partie regionalne zadały zdecydowany cios dominującym ugrupowaniom: PP i PSOE. W ten sposób Hiszpania udowodniła, że jest gotowa, by stanąć w obronie nadziei, jeśli tylko pojawi się ona na horyzoncie.

Przedstawiamy Wam hiszpański cyrk wyborczy z perspektywy gringo.

Jeśli jesteś w Hiszpanii w czasie wyborów, nie ma potrzeby, żebyś nastawiał budzik.

Samochody, ryczące politycznymi sloganami nawołującymi do głosowania na tę czy inną partię, zaczynają swoją trasę po mieście wcześnie rano. Jeżdżą one w kawalkadzie, nieustannie racząc obywateli tymi samymi hasłami i zachowując się, jak alarm z funkcją drzemki bez opcji wyłączenia. Jeden z zespołów, prawdopodobnie zmęczony wykrzykiwaniem tych samych frazesów przez cały dzień, robi sobie przerwę od propagandy przypominając wszystkim, że czwartkowy wieczór to wieczór tapas.

Jeśli nie uciekłeś w góry, samochody uzbrojone w megafony na pewno cię dopadną. Jednak w celu upewnienia się, że do ludzi dotarła ich wiadomość, grupy politycznej agitacji dodatkowo wypychają ulotkami już dawno przepełnione skrzynki pocztowe mieszkańców. Partia Zjednoczonych Demokratów robi szczególnie dobrą robotę. Organizowane przez nich eventy rozpoczynają się jeszcze w momencie, kiedy działacze rozdają na nie zaproszenia. Ludzie nie mają nawet szansy poinformować się, o czym jest impreza, zanim się ona rozpocznie. I tak kolejny metr kwadratowy lasu równikowego ginie na próżno.

Krajobraz polityczny Hiszpanii był przez długi czas zdominowany przez dwie partie polityczne: konserwatywną Partię Ludową (PP) oraz Hiszpańską Socjalistyczną Partię Robotniczą (PSOE). Inne ugrupowania były zmuszone rywalizować z nimi finansowo. Na szczęście mniejsze partie nie zniechęcają się brakiem funduszy i z nastawieniem „jeśli się chce, to można" podążają śladem swoich lepiej finansowanych rywali. Zjednoczona Lewica, na przykład, przemierza ulice i oferuje darmowe posiłki, co dotąd było chwytem charakterystycznym dla PP. Jednak kiedy konserwatyści urządzają wyborcom luskusową fetę finansowaną ze swoich niewątpliwie bogatych funduszy, partia lewicowa zachęca do przyniesienia własnych kanapek, napojów i przekąsek na wspólny posiłek. Dodatkowym plusem jest to, że miejscem spotkań z lewicowcami jest dostępny wszytkim publiczny park.

Najlepszy w okresie wyborów w Hiszpanii jest dzień tuż przed głosowaniem, nazywany „dniem refleksji", kiedy to rozpoczyna się cisza wyborcza. Po kakofonii dźwięków ostatnich dni, ludzie jeszcze bardziej doceniają ciszę i spokój i wszyscy powoli dochodzą do siebie. Jednak jestem niemal pewien, że nikt nie korzysta z „dnia refleksji" zgodnie z jego przeznaczeniem, jakim jest pochylenie się nad tym, co usłyszeliśmy w ostatnich dniach i podjęcie decyzji, na kogo będziemy głosować. Większość obywateli podejmuje decyzję już długo przed rozpoczęciem całego tego wyborczego cyrku a „dzień refleksji" wykorzystuje na odpoczynek od propagandy i zajęcie się raczej swoim własnym życiem niż myśleniem o polityce.

Spotykam się z kolegą na tapas i razem robimy sobie przegląd prasy. Pytam go o hiszpańskie gazety lewicowe i w odpowiedzi słyszę, że takowe nie istnieją. Można odnieść wrażenie, że El Mundo ma obsesję na punkcie Podemos, kiedy na swojej stronie tytułowej zamieszcza pisane wytłuszczonymi literami hasło: „więźniowie ETA chcą Podemos w rządzie". W mediach społecznościowych wywołuje to burzliwą dyskusję na temat nieralistycznych artykułów z El Mundo, w których postaci w stylu Lorda Voldemorta i Dra Evila popierają Podemos. Być może jest to doskonała odpowiedź na absurd i stronniczość środków masowego przekazu, ale za śmiechem kryje się cyniczna prawda, podsumowana bardzo trafnie przez mojego hiszpańskiego kompana: „Wszystko, co ma związek z lewicą i nawołuje do zmian społecznych, jest w tym kraju utożsamiane z ETĄ".

Znikoma różnorodność poglądów reprezentowanych przez gazety jest szczególnie niepokojąca w kraju, w którym zaledwie 40 lat temu prawicowy dyktator w represyjny sposób dążył do zasymilowania jednej z najbardziej pluralistycznych społeczności w Europie. Nie jest zaskoczeniem, że Hiszpania, w której mieszkam na co dzień, w żaden sposób nie przypomina tej przedstawianej w mediach. Reprezentowani przez PP hiszpańscy centraliści, Ciudadanos (Obywatele – Partia Obywatelska, red.) oraz środki masowego przekazu są jak głosiciele propagandy, krzyczący przez megafony ze swoich samochodów tak głośno, że ich głos zagłusza wszystko inne. Dalecy od idei zjednoczenia, chcą jedynie zamienić Hiszpanię w coś, czym nigdy nie była i nigdy nie będzie: jednolite państwo. Może i musimy przychodzić ze swoimi kanapkami na spotkania partii lewicujących i regionalnych, ale przynajmniej słucha się na nich obywateli i bierze pod uwagę ich wątpliwości.

Być może ludzie są już zmęczeni niekończącą się serią korupcyjnych skandali w PP. Być może powstanie nowych partii, takich jak Podemos, na nowo rozbudziło w nich nadzieję. W każdym razie pewne jest to, że w powietrzu czuć zapach nadchodzących zmian. PP wypadła kiepsko w sondażach i ludzie przeczuwali jej porażkę. Konserwatyści wprawdzie zdobyli najwięcej głosów w całym kraju, ale utrzymali dominację jedynie w trzech regionach. Co więcej, pomijając Malagę, PP utraciło kontrolę nad wszystkimi największymi miastami, włącznie z Madrytem i  Walencją, gdzie byli u władzy kolejno przez 20 i 24 lata. Po tym, jak Ada Colau, społeczna aktywistka, zostałą wybrana na burmistrza Barcelony, trzy największe hiszpańskie miasta będą miały burmistrzów z politycznej lewicy. To może być zapowiedź tego, co będzie miało miejsce podczas tegorocznych wyborów generalnych. Miejmy nadzieję, że przyniosą one Hiszpanii jeszcze więcej nadziei, hałasu i tapas.