Nikt nie powinien tego robić: samobójstwo polityczne w Europie

Artykuł opublikowany 12 grudnia 2016
Artykuł opublikowany 12 grudnia 2016

Książka Prezydenta Francji wprawiła francuskie społeczeństwo w osłupienie, i to od jego największych krytyków, aż po ludzi z własnego obozu politycznego. O dziwo, najnowszy wyczyn François Hollande to wcale nie jedyny akt politycznego kamikaze na Starym Kontynencie. Oto mały przewodnik po samobójstwach politycznych w Europie.

Książka do trumny

We Francji mówi się na nią po prostu „ta książka”. Od miesiąca wyznania prezydenta François Hollande, opublikowane pod tytułem Un Président ne devrait pas dire ça („Prezydent nie powinien tego mówić" - red.) wywołała ogromne poruszenie w kraju, całkowicie przysłaniając wszelkie inne wypowiedzi polityków. Na ponad 700 stronach prezydent Francji rozwodzi się na temat swoich pięcioletnich rządów ze szczerością mogącą zawstydzić samego Donalda Trumpa. Trzeba przyznać, że publikowane w prasie, czasem wyjęte z kontekstu fragmenty są zaiste smakowite. Uchodźcy? „Imigrantów jest za dużo”. Sędziowie? „To tchórze”. Piłkarze? „Niedouczone dzieciaki”. Tekst, który miał stanowić podsumowanie trudnych pięciu lat rządów obrócił się w harakiri francuskiego prezydenta. Tym samym, François Hollande stracił nie tylko swoją pozycję w sondażach – w których jedynie 14% respondentów ma o nim pozytywną opinię, a z jednego z ostatnich wynika, że odsetek Francuzów zadowolonych z postępowania prezydenta wynosi zaledwie 4%. Stracił też wsparcie tych, którzy dotąd żarliwie go wspierali. „Przyjaciele” czują się „zdradzeni” i oświadczają po prostu, że „tytuł książki mówi wszystko”. Co prawda prezydent nadal jeszcze nie wypowiedział się co do swoich zamiarów uczestniczenia w wyborach wewnątrzpartyjnych w styczniu i startowania w kolejnych wyborach prezydenckich za sześć miesięcy, ale i tak nikt już w to nie wierzy.

Samobójstwo przez telefon

Wystarczyła minuta. Jednominutowe nagranie głosowe zawarte w emailu, który po serii licznych zarzutów, doprowadził ostatecznie do upadku prezydenta Federacji Niemieckiej. Próbował on osobiście dodzwonić się do redaktora naczelnego najpoczytniejszej gazety w kraju: BILD. Nie uzyskawszy połączenia, prezydent zostawił wiadomość głosową, w której bez ogródek grozi, że jeśli gazeta doprowadzi do publikacji „tego artykułu o nim”, zajmie się nią osobiście i rozpęta „wojnę”. Wystarczyło kilka godzin, aby nagranie trafiło do wszystkich najważniejszych niemieckich mediów i kilku tygodni, nim artykuł prasowy ogłosił rezygnację prezydenta Niemiec.

A miało być tak pięknie. Christian Wulff przez całe życie spokojnie pnie się po drabinie społecznej i politycznej, aż zostaje dwukrotnie wybrany na premiera Dolnej Saksonii. Wulff czerpie liczne korzyści z wykonywanej funkcji. Jeździ na luksusowe wakacje na koszt swoich bogatych znajomych. Jeden z nich pomoże mu zresztą zakupić willę, udzielając mu kredytu, którego warunki zaprzeczają wszelkim zasadom rynkowym. Oprocentowanie tego kredytu jest tak niskie, że nie uchodzi uwadze mediów, a zwłaszcza BILD-a, który przeprowadza śledztwo i znajduje kompromitujące dowody. Wulff o tym wie i w chwili złości stara się zapobiec publikacji artykułu z doniesieniami. Ta chwila utraty nerwów doprowadzi go do upadku.

Prawda b-ETA

11 marca 2004, Hiszpanią wstrząsa jedna z najpoważniejszych tragedii w historii: 191 osób ginie w zamachach dokonanych przez Al-Qaidę na trzech dworcach i w jednym z pociągów w Madrycie. W następną niedzielę odbywają się wybory parlamentarne. Wszystko wskazuje na to, że pogrążone w żałobie społeczeństwo ponownie wyniesie do władzy zgrupowanie Mariano Rajoy, Partię Ludową (Partido Popular - PP). Jednak ogół prawicy hiszpańskiej pogrąża się uparcie twierdząc, że zamachu nie popełniła Al-Qaida, ale ETA  zbrojna organizacja baskijskich separatystów. Jest o tym tak silnie przekonana, że udaje jej się wywrzeć presję na telewizję, która zamiast zaprogramowanego filmu emituje film dokumentalny o ETA. Tyle tylko, że organizacja zbrojna zaprzecza, jakoby ponosiła odpowiedzialność za zamach, a śledztwo coraz wyraźniej wskazuje na trop islamistyczny. To swoisty policzek dla Partii Ludowej, której postępowanie trudno jest zrozumieć: po co kłamać w obliczu tak ogromnej tragedii? Elektorat takich rzeczy nie wybacza. Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE, lewica – red.) wygrywa wybory z pięcioprocentową przewagą.

Taktyczny niewypał

Za błędy taktyczne w polityce słono się płaci. W Polsce płaci się za nie ekspresowo. Kiedy Grzegorz Schetyna, jeden z czołowych polityków Platformy Obywatelskiej (PO), oświadczając w wywiadzie, że jego partia skręca w prawo, zdaje się zapominać o drobnym szczególe. Na polskiej scenie politycznej istnieje już dobrze ugruntowana partia prawicowa, która nie dość, że nabiera coraz większego znaczenia w trwającej właśnie kampanii wyborów parlamentarnych 2015to jeszcze może liczyć na solidne wsparcie swoich stałych wyborców. Ta partia to Prawo i Sprawiedliwość. Nikt nie daje się zwabić na taktykę Schetyny, a głosy jego potencjalnych wyborców ulegają rozproszeniu pomiędzy nowo powstałe formacje: liberalną .Nowoczesną i socjaldemokratyczną partię Razem. W sumie po wyborach parlamentarnych w 2015 roku PO straci 29 senatorów i 64 posłów na rzecz PiSu. PO nie jest jednak przesadnie mściwą partią, bo już na początku 2016 roku wybiera Grzegorza Schetynę na przewodniczącego partii.

Trzech ludzi, trzy pogrzeby (wesela brak)

W Wielkiej Brytanii samobójstwo polityczne upodabnia się do słynnego brytyjskiego czarnego humoru: z początku nie wiadomo, o co chodzi, a na końcu wszyscy się śmieją. W duchu tej ściśle brytyjskiej specjalności, były premier David Cameron strzelił sobie więc w stopę w wielkim stylu, przeprowadzając referendum w sprawie wyjścia państwa w UE. Zakończenie wszyscy znają, a mimo to dalsze części sagi o Brexicie z Borisem Johnsonem, Theresą May czy Nigelem Farage'm w rolach głównych wciąż są dla nas źródłem niewyczerpanej radości.

W innych czasach, w innej obyczajowości, Tony Blair dokonał rzeczy niemożliwej: popełnił samobójstwo po śmierci. Kiedy stał na czele rządu kierującego państwem, które wówczas nazywano „Cool Britannia”, laburzystowski premier skierował swoją partię w prawo, a naród... na wojnę w Iraku. Ciąg dalszy jest znany i zostać dziś nazwanym zwolennikiem Blair’a stało się synonimem końca kariery.

Na koniec - Nick Clegg. W 2010 przewodniczący Liberalnych Demokratów (LD) zawdzięcza swój awans polityczny głosom młodych, dzięki którym mógł zawiązać koalicję z Cameronem. Przy okazji podpisuje wraz z 1000 innych członków LD i Partii Pracy (Labour) pisemne zobowiązanie zapewniające, że koszty wykształcenia nie wzrosną. Zaraz po wyborach Clegg całkowicie zmienia swoje stanowisko w tej sprawie i głosuje za podniesieniem tych kosztów. Ta zdrada będzie go kosztować spadek o 30 punktów procentowych w sondażach w 2011 roku i utratę stanowiska lidera LD cztery lata później.

Marino Najsłabsze Ogniwo

Nie trzeba zanadto cofać się w czasie, żeby natrafić na samobójstwo polityczne we Włoszech. Wystarczy spojrzeć, jak w ciągu 36 ostatnich miesięcy zarządzana była stolica państwa i opowiedzieć o perypetiach byłego burmistrza Rzymu, Ignazia Marino. Już sam jego ubiór bardziej przypomina przypadkowego turystę w sandałach niż pierwszego mieszkańca Campidoglio. On także jest samobójcą. Osłabiony zarzutami o korupcję w związku z pewnymi kolacjami i prezentami rzekomo opłacanymi z publicznych pieniędzy (z których to zarzutów został oczyszczony – red.), Marino przede wszystkim starannie unikał zajęcia się problemem numer jeden Wiecznego Miasta, a mianowicie aferą Mafia Capitale. Skandal ten ujawnił ogromną sieć mafijnych powiązań, która ciążyła nad sprawami publicznymi miasta. Kiedy zapytano go o to wprost, burmistrz odrzekł, że nic o niczym nie wiedział. W czym więc leży problem? W tej niewiedzy właśnie, gdyż, jak się okazuje, Ignazio Marino rzeczywiście nie miał zielonego pojęcia o sprawie, która wstrząsała krajem od lat. Pierwszy raz w historii zarzucono włoskiemu politykowi brak jakichkolwiek powiązań ze skandalem.

Naiwność burmistrza Rzymu nie zna granic. W 2015 roku, podczas wizyty w Filadelfii, przechwala się, że jest tu na osobiste zaproszenie otoczenia papieskiego. Ale nie, to nieprawda. Marino tak bardzo mija się z prawdą, że sam papież Franciszek postanawia publicznie oświadczyć, że nigdy nie zapraszał burmistrza. Nie mogąc znieść kolejnego upokorzenia, Ignazio Marino składa dymisję w atmosferze smutku. I choć 17 dni później zmieni zdanie, będzie już za późno: jego partia nie chce w swoich szeregach Włocha, który nie zna ani Papieża, ani nawet mafii.

____

Podziękowania dla Stefano Fasano, Any Valiente, Sophie Rebmann, Phil'a Wilson Bayles i Katarzyny Piaseckiej.