O godzinie 16:58 przy via D'Amelio czas się zatrzymał

Artykuł opublikowany 29 lipca 2015
Artykuł opublikowany 29 lipca 2015

Przypominacie sobie co robiliście 19 lipca 1992 roku o 16:58? Przypominacie sobie gdzie byliście w momencie, gdy wybuchła bomba, która zabiła Paolo Borsellino przesłaniając niebo nad Palermo? Rodzina Marino* pamięta o tym doskonale.

Oto historia rodziny Marino*, która mieszkała na drugim piętrze pod numerem 21 przy via D'Amelio w tymże odległym 1992 roku. Rodzina ta nie doświadczyła zamachu na Borsellino z zewnątrz, tak jak reszta mieszkańców miasta wpatrujących się ze zdumieniem w spustoszony budynek w sercu Palermo. Nie, ona doświadczyła tego od wewnątrz, w salonie własnego domu.

Marta, najstarsza córka, miała 17 lat i pamięta każdy szczegół z tamtego dnia. „Pamiętam, że byliśmy w San Martino, gdzie zawsze spędzaliśmy lato" – opowiada. „Nagle, po wybuchu, ktoś zadzwonił do moich rodziców. Powiedział, że wybuchł dystrybutor paliwa, który znajdował się na naszej ulicy. Niemal natychmiast zaczęły odzywać się inne telefony. Kiedy moi rodzice zdali sobie sprawę z tego, co mogło się stać naprawdę, natychmiast wrócili do Palermo".

Przybywszy na miejsce, skonfrontowani zostali z okropnym widokiem, który znamy wszyscy. Płonące samochody, zrujnowany budynek, wszędzie dookoła ludzie, dym i popiół. Był tam kordon bezpieczeństwa, który nie pozwalał nikomu przejść. „Nie mogliśmy zbliżyć się do naszego domu, zabraniali nam, ponieważ nie wiedzieli w jakim stopniu zagraża to bezpieczeństwu i czy budynek doznał szkód strukturalnych". W ciągu następnych dni nikt z mieszkańców nie otrzymał pozwolenia na zbliżanie się do swojego domu bez eskorty strażaków i karabinierów, którzy każdej nocy stacjonowali pod budynkiem w celu uniknięcia jego plądrowania, które miało miejsce już od samego początku.

Rodzina Marino, tak jak inne mieszkające w tamtym budynku, w ułamku sekundy straciła wszystko. Nie było już domu, został jedynie gruz. Fala uderzeniowa była tak silna, że wywołała kompletne obsunięcie całego domu. Runęły futryny, dachówki, meble. „Mieliśmy szklany stół w salonie, pamiętam, że kiedy rodzice go kupili potrzeba było trzech silnych mężczyzn do wniesienia go do środka. Kiedy w końcu policjanci pozwolili mojemu tacie wejść do środka, stół był odrzucony na drugą stronę salonu a dywan, który położyliśmy pod nim, leżał skręcony po przeciwnej stronie".

W kuchni rodziny Marino był też czerwony zegarek, upadł dokładnie w tamtym momencie i się zatrzymał, na 23 lata, o tej przeklętej godzinie, niczym ostrzeżenie. Godzina 16:58 19 lipca 1992 (zegarek miał pewne opóźnienie, dlatego, godzina, którą wskazuje to w rzeczywistości 16:50, red.).

Miasto Palermo, w porozumieniu z prywatnymi domami wczasowymi, zaoferowało rodzinom z via D'Amelio schronienie na następne miesiące. Rodzina Marino mieszkała przez prawie cztery miesiące w mieszkaniu przy via del Bersagliere. „Mieszkanie było tymczasowe" – wspomina Marta, „był to maleńki pokój, w którym spaliśmy wszyscy w czwórkę".

Po sprawdzeniu stabilności budynku miasto zwróciło się do rodzin z prośbą o przygotowanie częściowej wyceny w celu oszacowania szkód poszczególnych nieruchomości. „Również w tym wypadku sprawy nie miały się najlepiej. Mój ojciec był właścicielem firmy budowlanej i w wycenie zamieścił jedynie szkody strukturalne, dlatego byliśmy pierwszymi z budynku, którzy mogli wejść do domu" – opowiada dalej Marta. „Ale pamiętam, że kiedy doręczaliśmy wycenę odpowiedzialnym za wizję lokalną, ci zapytali mojego ojca, gdzie jest kwit z pralni chemicznej. Inni lokatorzy zamieścili w rachunku nawet to".

W następnych latach via d'Amelio stała się symbolem walki z mafią. Co roku spoglądając przez swoje okno rodzina Marino brała udział w pochodach, wystąpieniach polityków i politykierów, pośród kordonów policyjnych i snajperów na dachach.

Nikt nie myśli o tym, że w celu osiągnięcia swojego celu mafia jest w stanie sprzątnąć jakąkolwiek przeszkodę na swojej drodze. Jest też w stanie pozbawić domu niewinnych cywili. Zawsze na myśl przychodzi nam historia bohaterskiego sędziego z Palermo. Jednak Paolo Borsellino nie zamierzał być bohaterem. W niektóre niedzielne popołudnia zwyczajnie wpadał zabierać gdzieś swoją mamę, tak jak robi każdy syn. Stał się bohaterem mimo woli, ponieważ miał nieludzką siłę niepoddawania się.

Prokurator generalny z Palermo Roberto Scarpinato, wypowiadający się na konferencji „Jak mafia zabiła Paolo Borsellino" wspomina, że na pogrzebie Giovanniego Falcone i Franceski Morvillo Paolo podszedł do zaprzyjaźnionych sędziów i powiedział: „Koledzy, mówię do was jako ojciec i jako starszy brat. Moim obowiązkiem jest uświadomić wam, że nie możemy się łudzić: jeśli zostaniemy, przyszłość niektórych z nas będzie właśnie taka". Powiedziwszy to wskazał palcem na trumny wystawione w sądzie. Następnie dodał: „Ja zostaję i zostaję tylko dla nich". I tym samym palcem wskazał tłum, masę ludzi w każdym wieku, z różnych środowisk społecznych, którzy przybyli oddać hołd sędziom. „Nie możemy zostawić ich samych" – powiedział.

_

*Marino to fałszywe nazwisko, którego użyliśmy, żeby chronić prywatność rozmówców.