O wojnie łacińskiej

Artykuł opublikowany 29 sierpnia 2016
Artykuł opublikowany 29 sierpnia 2016

Gallia est omnis divisa in partes tres – a na ile części dzieli się współczesna Europa, jeśli chodzi o nauczanie języków klasycznych? Czy i w czym może pomóc znajomość łaciny? I czy może być lekiem na wszystkie bolączki młodego pokolenia?

Pierwszą książką, którą świadomie ściągnęłam z półki rodziców była Mitologia Parandowskiego. Wspomnienia wszystkich wcześniejszych lektur bledną w porównaniu do tego, co przeżyłam, kiedy po raz pierwszy dowiedziałam się, że świetnym remedium na migrenę jest rozłupanie czaszki (z której wyskoczy następnie twoja córka), a polecanym sposobem na pozbycie się bratanka i następcy tronu w jednej osobie jest wyprawienie go po złotą skórę barana ze skomplikowaną przeszłością. To było jak objawienie. Szybko uznałam Mitologię za najlepszą książkę na świecie, a języki klasyczne za warte nauki.

Trochę podrosłam, życie weszło w paradę, nie wspominając już o takich językach obcych, których można używać do komunikowania się z żywymi ludźmi. Mimo to z wielką przyjemnością przystąpiłam do nauki łaciny w liceum i na studiach. Choć nigdy nie zostałam łacinnikiem, którym skrycie pragnęłam być, sam język nigdy mnie nie rozczarował – oszczędny, logiczny, poetycki. Każde słowo ma w nim znaczenie. Każde słowo jest niezbędne.

Zawsze z zainteresowaniem śledziłam powtarzające się cyklicznie próby przywrócenia łaciny w Polsce jako przedmiotu obowiązkowego. Zaledwie kilka tygodni temu wystosowano w tej sprawie kolejny list otwarty do minister edukacji. Nawet ja, z moją dziką choć amatorską miłością do łaciny, przyznaję, że pojawia się pytanie: czy to na pewno ma sens?

Systematyczność i ciężka praca

Rzut oka na mapę Europy. W Belgii, Francji czy Wielkiej Brytanii, choć łacina i greka pojawiają się to tu, to tam, w liceach i na uniwersytetach, nie należą one do przedmiotów obowiązkowych. Znacznie większe oddanie klasyce okazują Niemcy i Austriacy – uczniowie liceów wybierają tam między francuskim a łaciną jako drugim językiem obcym (po angielskim). Prym wiodą, oczywiście, Grecja i Włochy. We Włoszech łaciny naucza się w szkołach ogólnokształcących o profilach naukowym i humanistycznym, czyli w tzw. liceo scientifico i liceo classico. W tych ostatnich obowiązkowa jest również nauka starożytnej greki. Pewnym zaskoczeniem w tym zestawieniu może być Holandia – podstawy łaciny i greki, a następnie kontynuacja nauki co najmniej jednego z tych języków jest wpisana odgórnie w program wszystkich szkół średnich. W prawie wszystkich krajach europejskich podstawy łaciny pojawiają się obowiązkowo na wybranych kierunkach studiów, takich jak medycyna, prawo czy filologie.

Tyle w kwestii formalnego programu kształcenia. A co mają do powiedzenia sami uczniowie?

Nastawienie jest raczej pozytywne. Zapytani o zdanie młodzi Europejczycy chwalą sobie naukę języków klasycznych, szczególnie łaciny, przede wszystkim ze względu na to, że ułatwia przyswajanie języków nowożytnych (zwłaszcza romańskich). Często powtarza się też argument o przydatności łaciny w zawodach medycznych i prawniczych. Niektórzy przebąkują o nauce logicznego myślenia.

Trudno jednak szukać w ich odpowiedziach tych idealistycznych peanów, które wysyłają pod adresem edukacji klasycznej przysłowiowi zmartwieni wychowawcy i rodzice, przekonani że łacina uczy nie tylko gramatyki, ale i życia w zgodzie z apollińskim ideałem. Zaglądam na jedno z największych forum dla tłumaczy i językoznawców w Polsce – temat powrotu obowiązkowej łaciny do szkół zawsze wywołuje w tym środowisku żywe emocje. Jeden z najpopularniejszych komentarzy głosi: „Wyszłoby to gówniarzom na zdrowie. Oprócz języka nauczyliby się systematyczności i ciężkiej pracy”.

Houston, wygląda na to, że mamy konflikt pokoleniowy.

Łaciną w millenialsa

To nie przypadek, że list otwarty, o którym mowa został wystosowany przy okazji dyskusji nad nową reformą edukacji przez Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Ta zajmująca się „upowszechnianiem i ochroną wolności i praw człowieka” fundacja skupia środowiska związane ze słynącą z konserwatywnych poglądów obecną partią rządzącą. Języki klasyczne, podobnie jak religia, etyka, wychowanie patriotyczne i program nauki historii, stają się orężem – nieistotnym na pierwszy rzut, ale jakże symbolicznym – walki światopoglądowej i politycznej. Języki i kultury antyczne przestają być samodzielną, pełnoprawną dziedziną nauki (i sztuki) – w tym konflikcie liczą się tylko jako symbol klasycznej edukacji i kojarzonych z nią, często bardzo powierzchownych, tradycyjnych wartości.

Z jednej strony środowiska konserwatywne deklarują przywiązanie do języków klasycznych – a z drugiej nie wahają się szafować nimi zgodnie ze swoim programem ideologicznym. Nacisk nie jest postawiony na faktyczną naukę języka, historii i kultury, ale „rewitalizację duchową i intelektualną”, której miałaby stać się podstawą. Łacina staje się takim samym narzędziem wychowawczym jak dawniej linijka, którą bito po rękach niegrzeczne dzieci. Reklamowana jest jako panaceum na wszystko – od trudności z zapamiętywaniem przez dysleksję po ogólną narowistość ciała i ducha. W końcu jak tylko „gówniarze” zobaczą tabelkę z pierwszą deklinacją, to od razu im się odechce palenia trawki i narzekania na sytuację na rynku pracy.

Tylko czy misją szkoły poza „wychowywać” nie było też przypadkiem po prostu „uczyć”?

Koks, lasery, łacina

Z rozmów wynika, że łacina podoba się młodym ludziom o tyle, o ile może im się przydać w dalszej karierze i pozwala im rozwijać konkretne umiejętności. Trudno się temu zresztą dziwić. Dobrym przykładem są tutaj Włochy. Choć nauczanie łaciny ma tam bardzo długą tradycję, pojawiają się głosy, że w obliczu szczególnie trudnej sytuacji na rynku pracy, młodzi ludzie nie mogą już sobie pozwolić na luksus uczenia się jej – szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę ich braki w znajomości języków nowożytnych.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że częścią problemu jest ciążące na łacinie piętno przedmiotów humanistycznych jako „nieprzydatnych”. „Nie tyle przywrócić łacinę, ile przywrócić jej godność i sens” – grzmi mój nauczyciel z liceum. „Degradacja statusu łaciny jest ściśle związana z degradacją humanistyki, która bez łaciny i greki nie istnieje. Te języki pozwalają widzieć rzeczy w naszej kulturze inaczej niewidzialne. Dzięki nim otwiera się dodatkowy wymiar”. Z drugiej strony czy warto zmuszać do wędrówki przez dodatkowe wymiary nawet tych, którzy wolą stąpać twardo po ziemi? Gdzie przebiega granica między uwrażliwianiem a robieniem z każdego intelektualisty na siłę?

Zawsze chciałam uczyć się łaciny. Nigdy nie chciałam jednak, żeby to łacina dawała mi szkołę życia. Jeśli ktoś wierzy w to, że godzina albo i pięć tygodniowo wystarczą, żeby ukształtować człowieka, to niespodzianka! To nie jest takie proste.