Obojętny, obrzydliwy, skończony? Feminizm po europejsku!

Artykuł opublikowany 15 sierpnia 2015
Artykuł opublikowany 15 sierpnia 2015

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Może wydawać się, że Niemcy, podobnie jak inne kraje Europy, nie potrzebują już współczesnego feminizmu. Tak zwanym antyfeministkom udało się po części rozpowszechnić swoje radykalne stanowisko. Poparcie dla idei otwartości i refleksja o feminizmie w państwach „oświeconych”.

Do rzeczy: próba rozpoczęcia przez Die Welt debaty o feminizmie spełzła na niczym. Najwidoczniej myślenie o feminizmie wzbudziło znużenie w niemieckim tygodniku. Poproszono trzy młode redaktorki o przyjęcie radykalnego stanowiska: za/pomiędzy/przeciw. Rezultat wyglądał następująco: powstały teksty, które poza wzajemnym obrzucaniem się błotem nie wzniosły niczego nowego. Tylko dlaczego? 

Zostańmy przy stanowisku „przeciw” redaktorki Ronji von Rönne. Wyłania się pozytywny obraz: jeżeli młoda i odnosząca sukcesy kobieta w Niemczech ma wrażenie, że feminizm nie odgrywa żadnej roli w jej życiu (jest jej więc obojętny), ponieważ uważa go za przestarzały (no dobrze, za „obrzydliwy”, ale nie chcemy używać negatywnych słów, padło ich już wystarczająco dużo), co oznacza, że te wszystkie lata biadolenia jednak coś przyniosły, Alice Schwarzer! Na grobie Alice Salomon moglibyśmy napisać, że nie bez powodu została wygnana z Niemiec, Ronja von Rönne nie potrzebuje dłużej jej idei, gdyż może dzisiaj głosować, sama wybrać męża czy dokonać aborcji. Nie musi  również mieć pisemnej zgody męża lub ojca, gdy chce podjąć pracę, co jeszcze do lat siedemdziesiątych było normą dla kobiet w Niemczech.

Cieszmy się razem z Ronją von Rönne, że czuje się zupełnie równouprawniona i ma świadomość tego, że jeżeli osiągnie coś w życiu, to nie będzie to miało nic wspólnego z płcią, ale z jej zasługami. Ma to oznaczać, że kobiety w Niemczech przestały być ofiarami. Jeżeli  młode kobiety w Niemczech dorastają z przekonaniem, że nie ma dla nich granic, poza tymi postawionymi przez siebie same, oznacza to, że feminizm jednak przyniósł coś Niemcom: świetnie życie beztroskiej i młodej generacji.

„Feministyczny terror” w całej Europie

Ale nie tylko w Niemczech osoby pokroju Rönne, które najwidoczniej  uznają tylko własny punkt widzenia, uważają walkę o płeć za wygraną. We Francji Rönne ma sojuszniczkę w Elisabeth Lévy, redaktor naczelnej magazynu Causeur, która między innymi sporządziła dossier pod nazwą „feministyczny terror” (tytuł oryginalny: „Terreur feministe“). W wywiadzie dla francuskiego dziennika Le Figaro denuncjuje neofeministki – według niej walczą one z już przestarzałymi strukturami i jedyne, czego chcą, to „władzę nad sposobem myślenia i zachowania”. 

Włoska blogerka, autorka i dziennikarka Costanza Miriano wiąże swój antyfeminizm z katolicyzmem oraz chrześcijaństwem i zajmuje się na przykład małżeństwem, rodziną i relacjami między płciami. Zupełnie nie rozumie wzburzenia jej trzema książkami, których tytuły brzmią „Sposati e sii sottomessa“ (co oznacza: wyjdź za mąż i poddaj się); nie rozumie również, dlaczego hiszpańska Minister Kultury chciała zakazać sprzedaży tej książki w Hiszpanii. W programie BBC News Night w grudniu 2013 dodała: „Myślę, że kobietom, które ubiegają się o te same prawa, które mają mężczyźni, brakuje ambicji. Różnimy się od mężczyzn. Nie potrzebujemy tych samych praw, potrzebujemy innych praw”. Wystawiła tym zdaniem złe świadectwo nie tylko oświeconym Włochom, ale również oświeconej Europie.

Obok narodowych „przywódców” pojawiła się w Internecie w roku 2013 globalna kampania pod nazwą „Women against feminism”. Jednak ze względu na wypowiedzi takie jak „Jestem przeciwna feminizmowi, ponieważ lubię, kiedy mężczyźni na mnie patrzą” i „Jestem przeciwna feminizmowi, ponieważ mój chłopak traktuje mnie dobrze” ruch ten został skrytykowany. Głównym argumentem było to, że kobiety te nie zrozumiały idei feminizmu.

Żeby własny punkt widzenia nie przysłonił nam rzeczywistości

Antyfeminizm nie jest niczym nowym: młody socjolog Hinrich Rosenbrock przeprowadził na temat ruchów antyfeministycznych inteligentne badanie. Ruchy te zrodziły się wraz z pojawieniem się feminizmu. Na początku ich założeniem było to, by zachował się tradycyjny podział ról. Dzisiaj wygląda to raczej tak, że mężczyźni uważają się za ofiary feminizmu. Oznacza to więc, że role się odwróciły. Młode antyfeministki z Europy nie chcą pozytywnej dyskryminacji, chcą za to, żeby docenić je jako osoby. Za pozytywne zjawisko można uznać to, że dla zarówno jednych, jak i drugich ważne jest, by cenić ich wyłącznie za zasługi, nie za płeć. Ale czy to wystarczy? 

Z pewnością nie, dopóki młoda kobieta z Iranu, która walczy przeciwko handlowi ludźmi, zabójstwom honorowym i nie może samodzielnie decydować nawet o wyborze garderoby, musi bać się o swoje życie. Albo dopóki młode kobiety w Niemczech z  tłem migracyjnym, takie jak Lareeb Khan,  są duszone przez własnych ojców, ponieważ chcą same zadecydować o wyborze męża. Najwyższy czas, abyśmy spojrzeli ponad czubek własnego nosa. Na wszystkich pozycjach jesteśmy skupieni wyłącznie na sobie. 

Postrzeganie świata z własnego punktu widzenia jest wygodne. Przede wszystkim w Niemczech, gdzie powodzi się dobrze, aż za dobrze, do momentu, kiedy bomba wybuchnie. Nie trzeba zajmować się koniecznie ponurymi scenariuszami takimi jak w powieści „Uległość” Houellebecqa, ponieważ tam nie ma już feminizmu, właściwie nie ma też kobiet, są tylko grzeczne pipki, które bez słowa i usłużnie robią to, co im się każe. Fakt ten powinien uświadomić współczesne kobiety, którym powodzi się tak dobrze, że nie potrzebują już feminizmu, że pewna dawka strachu im nie zaszkodzi. Może je również zachęcić do tego, żeby nie dostrzegać tylko własnego poczucia kobiecości, ale również spojrzeć na to, co dzieje się na świecie.