Od Rosarno po Calais: historie z ‘okupowanej’ Europy

Artykuł opublikowany 1 lutego 2010
Artykuł opublikowany 1 lutego 2010

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Patras, Ateny, Bari, Rosarno, Calais, Sewilla. To szlak nadziei imigrantów, legalnych i nielegalnych. Drogi, budynki, place zajmowane i oczyszczane w Europie imigrantów, w Europie okupowanej przez osoby migrujące.

Wszystkie koparki Europy

Często wszystko zaczyna się w Patras: w tym porcie wielu imigrantów próbuje szczęścia, stawiając wszystko na jedną kartę wskakują na jadące ciężarówki. Dwa tysiące Afgańczyków, w większości Hazarów, zajmowało tam do niedawna część wybrzeża. Od 2002 roku kawałek plaży zamieszkiwany był przez imigrantów, będących tam przejazdem, wszystko dlatego, że w Grecji nie uznaje się statusu uchodźcy. Uznanie go oznaczałoby, że o demokracji w Afganistanie nie może być na razie mowy. Dzisiaj obozowisko na plaży już nie istnieje, wszyscy zostali ewakuowani w lipcu ubiegłego roku.

Dwa tysiące Afgańczyków w Patras, pięciuset Algierczyków w Atenach

Foto di Anna Franca Di Donna

Historia się powtarza, tyle że nie pod gołym niebem, ale w dawnym budynku sądu przy ulicy Sokratous, na dziesięciu tysiącach metrów kwadratowych z widokiem na Akropol. Właściciele nie dbali o budynek od 2000 roku, nagle zwrócili się z prośbą o ewakuowanie wszystkich lokatorów, które odbyło się w maju 2009 roku. Afgańczycy są też bohaterami historii, która miała miejsce w Calais na północy Francji. Gromadzili się w miejscu, nazywanym przez dziennikarzy ‘dżunglą’, koparki przyjechały, żeby zrównać z ziemią wszystkie baraki. Ludzie i problemy jednak zostają. 270 imigrantów z Maghrebu, którzy w 2002 roku osiedlili się na Uniwersytecie Pablo de Olavide w Sewilli, również zostało ewakuowanych. Podobnie w dawnej klinice Świętego Pawła w Turynie, zajętej przez około 200 Somalijczyków ubiegających się o azyl, z kolei opuszczona rezydencja w Bruzzano, na peryferiach Mediolanu, zamieszkiwana była przez 180 imigrantów z pozwoleniem na pobyt albo ze statusem uchodźców politycznych.

We Włoszech zostają też imigranci, o których istnieniu dowiedzieliśmy się pod koniec 2009 roku, kiedy w Rosarno, w Kalabrii, odważyli się zbuntować po tym jak jednego z nich zraniono strzałem z wiatrówki. Chodzi tu o kolejny przypadek gnębienia przez osoby, które spędzają cały swój dzień na polach, zbierając pomarańcze, a noce w nieludzkich warunkach, w opuszczonej fabryce. Żeby wyjaśnić te rozruchy, włoski rząd odwołał się do problemu nielegalnych imigrantów. Szkoda tylko, że sprawa dotyczy osób posiadających pozwolenie na pracę i serii buntów, które wybuchały w cieniu ‘Ndranghety.

Pomarańcze Daniela

Rozmawia ze mną obierając pomarańczę. Chciałby uniknąć rozmowy i pomarańczą odwrócić moją uwagę. Daniel pochodzi z Ghany. Zbieranie pomarańczy pozwoliło mu uciec z Rosarno, jedzenie to sposób na spędzenie czasu w C.A.R.A. (Centrum Pomocy Osobom Oczekującym na Azyl) w Bari Palese, dopóki nie otrzyma statusu uchodźcy.

Foto di Anna Franca Di Donna„Nie ubiegałem się o niego wcześniej, bo nie był mi potrzebny. Przyleciałem do Włoch samolotem, miałem pozwolenie na pracę, byłem służącym w Udine, byłem zadowolony. Potem zaczął się sezon na pomarańcze w Rosarno, więc pojechałem: dawali euro za skrzynkę. Miałem dobre stosunki z szefem”. Pytam o późniejsze bunty. „Nie, nie bunty – poprawia mnie – protesty. Już wystarczy, straciłem tam wszystkie pieniądze i siły, nie chcę już o tym opowiadać. Teraz jestem tutaj”. Jeśli Daniel uzyska status uchodźcy, będzie mógł korzystać z niego tylko we Włoszech, nie przeszkadza mu to jednak: „Chcę tu zostać – mówi – podoba mi się w Bari. To nie Rosarno, w Udine też nie było tak jak w Rosarno”. Daniel to jeden z 20 imigrantów pochodzących z Rosarno i pozostałych w C.A.R.A. Pozostałe 304 osoby, które, podobnie jak on, przyjechały 10 stycznia 2010 roku, wyjechało stamtąd, bo mieli już pozwolenie na pobyt.

Grand Hotel

W Apulii jest jeszcze 40 somalijskich uchodźców, którzy osiedlili się w Ferrhotel, przez lata niezamieszkałym, dawnym hotelu dla pracowników włoskich kolei. Nie mają elektryczności, ale doprowadzono im wodę. Odpowiedzią polityków jest przyzwolenie.

Nielegalni imigranci to chimery

„Cała wina leży po stronie nielegalnych imigrantów”. Takiego stwierdzenia użył Minister do Spraw Wewnętrznych, Roberto Maroni, komentując sytuacje w Rosarno, w momencie gdy rozruchy miały jeszcze miejsce. W rzeczywistości do C.A.R.A. w Bari przyjechały prawie wyłącznie osoby, które posiadają już status uchodźcy i pozwolenie na pobyt. Czyli to nie nielegalni imigranci byli odpowiedzialni za całą aferę. Nie przyczynili się również do wszystkich historii dotyczących okupowania opuszczonych budynków na reszcie półwyspu.

We Włoszech jest odwrotnie niż w innych krajach europejskich, tam zawodzi pierwsza faza pomocy imigrantom. Chodzi o pierwszy etap opieki nad osobami, które dopiero co przyjechały i ich pobyt nie jest legalny, albo o ochronę osoby starającej się o azyl. We Włoszech z kolei drugi etap pomocy nie jest gwarantowany, czyli ten, w którym powinno się pracować, żeby zapewnić sobie podstawowe i niezbędne prawa. Problem tkwi poza centrami pierwszego kontaktu. Uchodźca ma swoje prawa, na przykład prawo do dachu nad głową i jeśli to nie jest zagwarantowane, imigranci są zmuszeni do szukania innych rozwiązań, takich jak zajmowanie opuszczonych budynków. William Faulkner napisał kiedyś, że „żyć w dzisiejszych czasach i nie akceptować kogoś z powodu rasy czy koloru skóry, to tak jak żyć na Alasce i nie akceptować śniegu”. Cała Europa powinna się zastanowić nad sensem tego zdania.

(Autorką wszystkich zdjęć jest Anna Franca Di Donna.)