Od topora do aktówki: Wiedeń i Panowie znad Dunaju

Artykuł opublikowany 26 lipca 2011
Artykuł opublikowany 26 lipca 2011
W ciągu ostatnich trzydziestu wieków, ludność znad brzegów Dunaju przestała wojować o kopalnie żelaza i zamieniła się w nienagannie odzianych urzędników, którzy współpracują ze sobą podczas regionalnych forów. Długie, brudne brody zastąpiono przyciętymi baczkami i markowymi okularami; zamiast mieczem z zaschniętą krwią na ostrzu, sprawnie wywijają iPhonem i aktówką.
Pod ich zwierzchnictwem wszystko jest subtelne i efektywne, czyste i klarowne, zupełnie jakby osiągnęli szczyt cywilizacji środkowoeuropejskiej. Oto portret rzeki i jej strażników.

Wiedeń, 29 czerwca - Danube Day. 54 pracowników publicznych i osób z firm podwykonawczych (Aguas de Viena, Vía Donau, fundacja AQA) spędzi ten dzień, uwalniając Park Narodowy Donau-Aden od wrogich gatunków. Mimo piekącego słońca rozpraszamy się po lesie i wycinamy cierniste rośliny, układając ich trupy w stosy na pakach rozmaitych samochodów terenowych. Panuje prostoduszny, purytański nastrój, jak za prymitywnych początków chrześcijaństwa. Dbanie o naturę wskazuje na pozbawioną hipokryzji bezinteresowność społeczną. To dlatego wielu ekologów nosi na twarzach uśmiech mnicha. Siadamy do posiłku na uroczej łące, otoczeni przez owady i wysokie trawy. Następnie trzeba będzie posiać dobroczynne gatunki na świeżo zaoranym terenie.

Jaki jest konkretny cel Danube Day? Susanne Brandstetter, przedstawicielka Ministerstwa Środowiska i jedna z organizatorek, przypomina hasło kampanii: Get active to the river. „Trzeba zaznajomić ludzi z pomysłami i potrzebami. Liczymy na to, że ten i inne projekty, jak np. Generation Blue, uświadomią obywateli”. Danube Day upamiętnia podpisanie Konwencji o Ochronie Dunaju w 1994 roku. Stanowi symboliczny element skomplikowanej procedury urzędowej, z wieloma aktorami i głównym bohaterem w płynnej postaci, którego los dotyczy połowy Europy.

Piramida dunajska

Wokół Dunaju wzniosła się piramida władzy złożona z trzech poziomów: u jej podstaw leży sieć firm, lobby i organizacji pozarządowych, które prowadzą badania i robią plany zapór, kanałów i centrali hydroelektrycznych, a także oczyszczają, badają i informują. Nad nimi mieszczą się ministerstwa 14 krajów, których ziemie skąpane są w wodach Dunaju; wyceniają one pomysły podstawy i wnoszą środki na ich realizację. W końcu na trzecim poziomie, koordynując całokształt przedsięwzięć, znajduje się ICPDR (Międzynarodowa Komisja do spraw Ochrony Dunaju), zadomowiona w imponującym wiedeńskim budynku i finansowana przez Komisję Europejską w ramach Danube Strategy.

WideńNa jej wierzchołku siedzi wysoki i dystyngowany mężczyzna, sekretarz wykonawczy Philip Weller, który nie przestaje wzdychać i przecierać oczu, jakby już potrzebował porządnych wakacji. „Naszym zadaniem jest zjednoczyć kraje i połączyć wysiłki, rozważać możliwości projektów i nadać im międzynarodową perspektywę. Wydaje się to trochę abstrakcyjne. Chodzi o to, aby poszczególne państwa spełniły swoje obietnice”. Jaka jest rola prywatnych przedsiębiorstw? „W naszym przedsięwzięciu Business friends of the Danube firmy zobowiązują się zwalczać zanieczyszczenie, zmniejszyć spożycie wody i finansować akcje promocyjne takie jak Danube Day. W każdym kraju działa inna marka: Coca Cola współpracuje z nami w Austrii, Siemens w Budapeszcie...”. A co dostają w zamian? „Reklamę i korzyści płynące ze współpracy ze społeczeństwem. Nie chodzi o to, aby szukać w całej akcji źródła natychmiastowego dochodu.”

Jego szef marketingu, Benedikt Mandl, obecny podczas wywiadu, wstaje i wskazuje na mapę pełną rozgałęzień. Na pożegnanie zamierza mnie uraczyć imponującym komentarzem: „Dunaj jest najbardziej międzynarodowa rzeką świata”, deklaruje ze śmiertelną powagą. „Jest obecny (wraz z dopływami) w 19 krajach zróżnicowanych językowo i kulturowo; jest przykładem olbrzymiej różnorodności. Wielu twierdzi, że woda, będąc bogactwem naturalnym ulegającym wyczerpaniu, może powodować konflikty. Ale tak być nie musi... W przypadku Dunaju woda jednoczy. Zmusza raczej do współpracy niż do wojen”. Wszystko to wydaje się pozytywne, przejrzyste i skuteczne. A odpady toksyczne? A lepkie macki biznesu?

Jakie brudy skrywa Dunaj?

Profesor Uniwersytetu BOKU i prezes stowarzyszenia Academia Danubiana Werner Kvarda, niebieskooki i białobrody, jest jedną z tych osób, w przypadku których „wiedza staje się ciałem”. „Najważniejsze to zmieniać sposób życia poprzez edukację. Tutaj mamy Austrię i mnie się tu podoba, ale to jest tylko wysepka. Trzeba mówić o tym, co się dzieje w innych krajach”. Według niego Dunaj symbolizuje również różnice pomiędzy regionami: „W Austrii woda jest wysokiej jakości, możemy się w niej kąpać, i jeszcze nasze wnuki będą mogły. Ale im bardziej na południe Europy, aż do Bałkanów, społeczeństwo jest mniej uwrażliwione i woda traci na jakości”. Phyllus Rachler, specjalista od czystej wody z organizacji pozarządowej WWF nie ma za wiele do powiedzenia. „Nie przeciwstawiamy się żegludze, ale jesteśmy za tym, aby odpowiednio przystosować statki do rzeki, a nie odwrotnie. Dunaj także jest dla ludzi, nie wszystko można mierzyć miarą pieniądza”.

W odróżnieniu od innych ekologów, Wolfgang Rehm nie nosi na twarzy uśmiechu mnicha. Być może dlatego, że jego grupa wyszkoliła się w pikietach i manifestacjach otaczanych przez policję. Jego biuro jest pogrążone w malowniczym nieładzie, na obraz organizacji, której przewodniczy: Virus, mimo apokaliptycznej nazwy, działa z pokorą i prawie bez środków pieniężnych. Wolfgang wygląda jak środkowoeuropejski Don Kichote. „Trzeba umieć dostrzec różnice miedzy poszczególnymi odcinkami Dunaju. Dlatego plan Danube Strategy się nie powiódł; jest on zbiorem nieskoordynowanych projektów, które do siebie nie pasują. Przykładem jest fakt, że nie potrafiono przewidzieć i zapobiec katastrofie na Węgrzech, która ostatecznie wydarzyła się w zeszłym roku”.

Hainburg albo bitwa nad Dunajcem

Ciągnący się od Wiednia po Bratysławę Park Narodowy Donau-Auen jest dziś miejscem pikników lub kąpieli w otoczeniu nenufarów, a także symbolem zgodności politycznej. Ale podczas ciężkiej zimy 1984 roku, ten obfity w roślinność, leżący nad brzegami Dunaju zakątek udzielił schronienia obozom, w których ukuł się ekologizm austriacki. W miejscowości Hainburg rząd chciał zbudować centralę hydroelektryczna, która, według krytyków, zanieczyściłaby dunajski ekosystem. I to dało początek mobilizacji. Wolfgang Rehm opowiada w pierwszej osobie: „Pomagałem prowadzić ludzi przez las, rozdawałem jedzenie i koce po namiotach i tym, którzy spali wokół ognisk”. Pokazuje mi czarno-białe zdjęcie, na którym ma osiemnaście lat, okulary przeciwsłoneczne i włosy. Stoi na czele manifestacji. „Było nas sześć lub siedem tysięcy osób podzielonych na osiem obozów; Sami bardzo dobrze zorganizowani, czasem nawet musieliśmy dokarmiać policjantów, którzy usiłowali nas stamtąd wyrzucić!” Rząd ogłosił zawieszenie broni na Boże Narodzenie, ale obozy zostały. W końcu projekt anulowano. „Był to wielki sukces”, oświadcza Wolfgang, uśmiechając się dumnie.

Mieszkańcy terenów Dunaju już nie oddają się poszukiwaniom złożysz soli, nie awanturują się o średniowieczne terytoria, ani nie babrają w błocie okopów wojennych. Już nawet nie zaszywają się w lesie w imię jakiegoś protestu. Danube Day 2011 zostaje uwieńczony oficjalną wizytą: pani minister transportu i inni wysocy dygnitarze przybywają zrobić sobie zdjęcie podczas sadzenia drzewka. Pani minister wyraża swą władzę na trzy sposoby: ma prawie dwadzieścia minut spóźnienia (czemu nikt nie protestuje), ściska trzydzieści rąk w trzy minuty i jest jedyną osobą mającą na sobie marynarkę i buty na obcasie. Na zdjęciu w tyle widać transparent z napisem: I love Danube.

Ten artykuł powstał w ramach projektu Green Europe on the ground 2010-2011, serii reportaży cafebabel.com na temat zrównoważonego rozwoju.

Fot. główna (cc) snywell/flickr; tekst: página oficial Danube´s Day; vídeo/youtube