Odepnij wrotki i pomaluj miasto na czerwono

Artykuł opublikowany 24 czerwca 2017
Artykuł opublikowany 24 czerwca 2017

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

Język to żywy organizm odzwierciedlający charakter każdego społeczeństwa. Weekendowe wyjście na miasto stało się już prawdziwą tradycją wśród europejskiej młodzieży. Tak ważny temat dorobił się wielu określeń w młodzieżowym slangu. Jak więc imprezuje się w różnych językach?

„Idziemy na imprezę” to uniwersalne określenie mające swój odpowiednik w każdym europejskim języku. Każdy Polak dobrze wie, co po angielsku znaczy party, a po hiszpańsku fiesta. Warto jednak przyswoić nieco więcej słownictwa – nie zaszkodzi przecież znać kilku wulgarnych i dowcipnych odzywek, dzięki którym szybciej zintegrujemy się w zagranicznym gronie. Bardzo prawdopodobne, że wspólne imprezowanie dokonało więcej dla integracji europejskiej niż wszyscy europarlamentarzyści razem wzięci.

A jednak imprezowanie, choć proste w swej istocie, może przybierać przeróżne formy. W różnych kulturach różnie się bawimy i dlatego każdy język zawiera swoje własne określenia. Dzięki nim jest on nie tylko narzędziem komunikacji, lecz też żywym nośnikiem kultury i lustrem odbijającym zwyczaje danego społeczeństwa. To właśnie z powodu określeń używanych w obrębie jednej społeczności czasami będąc zagranicą nie rozumiemy ani trochę z tego, co mówią do nas nasi zagraniczni koledzy.

Na kolorach trzeba się znać

Jednym z historycznych określeń w języku angielskim jest paint the town red ("pomalować miasto na czerwono"). Na pierwszy rzut oka nie ma ono nic wspólnego z szaleństwem sobotniej nocy, chociaż dobór koloru wydaje się nie wróżyć zbyt dobrze. Jak z każdą legendą przekazywaną ustnie z pokolenia na pokolenie, trudno jest odróżnić prawdę od fantazji i określić z całą pewnością pochodzenie tej frazy.

Najczęściej powtarzane wyjaśnienie sięga do roku 1837, w którym to markiz Waterford wraz z kilkoma przyjaciółmi spędzał noc w Melton Mowbray. Sytuacja wymknęła się trochę spod kontroli i imprezowicze pomalowali czerwoną farbą kilka miejskich budynków. Dobra faza – chciałoby się rzec. Mimo istnienia kilku dokumentów potwierdzających tę wersję, niektórzy wciąż podważają jej prawdziwość. Angielski słownik etymologiczny Morris dictionary of word and phrase origins wywodzi określenie z indyjskiego miasta Jaipur. Natomiast według tego artykułu nie da się ustalić dokładnego pochodzenia frazy.

Ciekawe jest też hiszpańskie określenie irse de picos pardos („iść na brunatne kliny”). W tym przypadku geneza jest dość dobrze udokumentowana. W połowie XVIII wieku podczas rządów Karola III bardzo modne były spódnice w cztery kliny. Prawo wymagało, aby kobiety lekkich obyczajów nosiły spódnice w ciemnych kolorach, tak by można było łatwo odróżnić je od niewinnych białogłów i przypadkiem nie pozwolić sobie na zbyt dużo wobec cnotliwej damy. Później zasada ta przestała być stosowana i dzisiaj nikt już nikt nie zabrania kobietom przywdziewać na co tylko mają ochotę. Wyrażenie jednak pozostało w języku, choć w nieco zmienionym znaczeniu – dzisiaj "wyjście na brunatne kliny" to po prostu wyjście na szaloną imprezę na miasto.

Piłeś – nie jedź

W Polsce popularny zwrot „piłeś – nie jedź” ma swoiste drugie dno. O tym, że Polacy uważają jazdę po alkoholu za niestosowną (a przynajmniej taką mamy nadzieję), świadczy określenie odpinamy wrotki używane, gdy zaczyna robić się naprawdę gorąco.

Warta wzmianki jest też nadzwyczajna skłonność Niemców do uwzględniania zwierząt w swoich powiedzeniach. Konkretnie chodzi nam tu o Hier steppt der Bär, co po polsku znaczyłoby w wolnym tłumaczeniu „A teraz wchodzi niedźwiedź”. Tak jak w przypadku poprzednich określeń, tak i tutaj pochodzenie nie jest do końca jasne. Co łączy wielkiego i groźnego ssaka z szaloną zabawą w nocnym klubie? Tylko Niemcy zdają się to wiedzieć.

Trochę historii - imprezowanie dawniej i dziś

Francuski verlan, polegający na przestawianiu sylab i czytaniu wyrazów od tyłu, też nie stroni od imprezowych tematów. I tak standardowe faire la fête ("imprezować") po przekształceniu zamienia się w faire la teuf. Na południu Francji można też usłyszeć słowo chouille. Nie wszystkie określenia zostały stworzone przez obecną młodzież. Poprzednie pokolenia też potrafiły dobrze się bawić i miały swój własny żargon, który następnie razem z nimi się zestarzał. Dawne francuskie bamboula do dziś wspominane jest tam z nutką nostalgii i tęsknoty za starymi czasami.

Warto wspomnieć tu o hiszpańskim określeniu bureo, obecnie w zasadzie już nieużywanym. Na uwagę zasługuje fakt, że pochodzi ono od francuskiego bureau, co znaczy po prostu "biuro" – niezbyt kojarzy się to z imprezowym klimatem, prawda? Dla wielu starszych Hiszpanów znacznie bliższe sercu jest jednak guateque, oznaczające popularne w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych spotkania ze znajomymi, na których serwowano domowe przekąski i alkohole. To na takich domowych imprezach spotkało się po raz pierwszy wiele par z pokolenia naszych rodziców. W Polsce nazywało się to prywatka – określenie, które dzisiaj zostało już wyparte przez bardziej młodzieżową domówkę.

Włosi z kolei bawili się dawniej na imprezach zwanych baldoria. Ostatnio jednak modne stało się wyrażenie si sboccia (w wolnym tłumaczeniu „rozkwitać”). Winę za to ponosi włoski youtuber Gordon i jego dzieło „Si sboccia poveri”: