Olivia Pedroli – folk, klasyka i eksperymental to jej kryjówka

Artykuł opublikowany 10 grudnia 2010
Artykuł opublikowany 10 grudnia 2010
Przydało by się znać słowa, lecz samo słuchanie jej głosu, strun głosowych szlifowanych od czasów dzieciństwa, wprowadza w pełen ciepła i kolorów świat Olivii Pedroli. Świat wzbogacony przez producenta Björk. Poza sceną wychodzi z transu i ssąc miodowe cukierki prowadzi nas drogą folkowych, klasycznych i eksperymentalnych inspiracji, wprost do swej kryjówki. Wejdziecie?

Podczas gdy one dobrze się bawią z wiolonczela na kolanach i gitarą w ręku, hotelowy strażnik niecierpliwi się, widząc jej syna dokonującego najazdu na hotelowy hol i przestawiającego stoliki. Pozostaje jednak u wejścia do jaskini, lepiej nie drażnić lwa.... Wydaje się, że Oliwię to nie dziwi: „Nie chciałam tworzyć albumu, który można by przesłuchać piosenki, jedną po drugiej. Chciałam raczej, by posiadał on swoje brzmienie, chciałam porywać ludzi w inny świat, inne miejsce. Stąd tytuł: „The Den”, - „Schronienie”, było to dla mnie bardzo ważne. Oto punkt wejścia, możecie z niego skorzystać lub nie, niekoniecznie jest to łatwe, lecz będąc w środku, możecie rozwinąć soją wyobraźnię.”.

Muzyka to po prostu pewne miejsce

„Muzyka jest częścią mnie, każdej mojej komórki”Strażnik czeka na mnie na zewnątrz a ja zanurzam się w kryjówce artystki. Da się oddychać, lecz atmosfera jest gęsta, być może od układających się jak klocki Tetrisa etapów życia Olivii. Pierwszy to młodość Szwajcarki, która wcześniej niż inni wiedziała, czego chce. „Moje życie zawsze kołysane było muzyką. Zaczęłam grać w wieku pięciu lat – wyznaje, siedząc w restauracyjce nieopodal Café de la Danse, miejsca, w którym odbędzie się jutrzejszy nocny występ – Muzyka jest częścią mnie, każdej mojej komórki”. Wyjechała ze starszym bratem jazzmanem, babcią pianistką i 13 latami nauki na wiolonczeli w walizce, „Chciałam zobaczyć świat”. Na początku rok w Nowej Zelandii gdzie przyklejona do gitary grała Bena Harpera i wszystko to, „co grają 18 latki”, później Kanada i Tajlandia gdzie pracowała w sierocińcu.

Szamanka

Przeczytaj również : Brunch z Sophie Hunger: „Artyści chronią człowieczeństwo”

Na szczęście kryjówka Oliwii jest elastyczna. W trakcie swej włóczęgi, Olivia powiększała ją o swoje, pierwsze znajomości i… swoją szczęśliwą gwiazdę: „Jeden z przyjaciół zaprosił mnie na jam session gdzie przypadkiem spotkałam kogoś, kto znał kogoś, kto tworzył nowy festiwal … Bardzo zainteresował się moimi kawałkami i zaproponował, abym wystąpiła…” I w ten sposób Olivia stała się jedną z artystów pierwszej edycji czegoś, co później znane będzie jako Szwajcarski, opiniotwórczy Caprices festival w Crans Montana. Łyk werbeny, miodowy cukierek, czas na oddech później, opowiada mi o Simonie Gerberze, istotnej znajomości: „Dzięki swojemu doświadczeniu pomógł mi zmontować mój pierwszy album. Przy składaniu drugiego pozostawiłam mu wolną rękę, pojechaliśmy z tym albumem w tournée po Skandynawii, Belgii i Holandii…”. Kryjówka rozrastała się w raz z pierwszymi oznakami szaleństwa – Alain Bashung, Marianne Faithful. Szwajcarka Szamanka, patrzy w niebo i nieustannie żywi się nowymi znajomościami, które zamienia w szczęśliwe okazje. Po epizodzie z Simonem Gerberem wyjechała, aby pracować z Sophie Hunger, potem zwróciła się ku Valgeir Sigurðsson – islandzkiemu producentowi Björk i Cocorosie miedzy innymi, specjalisty w zakresie miksowania folku, klasyki i eksperymentalu.

Islandia – kraina zimna i artystyczna komuna

Sumienna i staranna, Olivia poprosiła Ane Brun, norweską artystkę wydającą swoją muzykę pod flagą Bedroom Community należącą do Valgeira Sigurðssona, o radę na temat stylu pracy kompozytora Tańcząc w Ciemnościach (Larsa von Triera, w którym występowała Björk, 2000 r.), po czym ni stąd, ni zowąd odleciała do Reykjaviku: „Wyjechałam zabierając ze sobą jedynie gitarę i mój wszechświat. Lecz miałam już gotowe kawałki i aranżacje do przyszłego albumu. Wiedziałam, czego chciałam i on to widział, mogliśmy więc zacząć ścierać ze sobą nasze wszechświaty i wyszło z tego … „The Den” czyli kryjówka – jak się pewnie domyślacie. Nie pomylicie się również, domyślając się, że Islandia wpłynęła na koncepcję kryjówki, w której możemy się zanurzyć tak, jak w nocnym pejzażu Reykjaviku czy w lesie wypełnionym szumem liści i odgłosami zwierzyny. „Islandczycy mają szczęście pochodzić z małej krainy na krańcu świata – to samo mogę powiedzieć o Szwajcarii – gdzie prawie przez cały czas jest noc… To pobudza zmysły, dzięki czemu każdy jest odrobinę artystą”. Eksperymentalne koncerty, wieczory „spędzone na dyskusjach z Sigur Ros i Hjaltalín tak jakby był znajomym kioskarzem”. Krótko mówiąc, pewnego rodzaju odskocznia, w której „nikt się nie traktuje poważnie dlatego, że „jeśli w Islandii spróbujesz szpanować, nie to żeby cię ludzie zaraz wyrzucali za drzwi, ale…” Poza ich kryjówkę? Olivia nie musiała się zmuszać, by tam wchodzić. W Bedroom community, gdzie zwyczaj nakazuje, aby wszyscy muzycy uczestniczyli w nagraniach innych, mogła „wmieszać się w tłum” i przez sześć miesięcy dopieszczać w studio swą własną kryjówkę. W środku, „pozostaje miejsce na szaleństwo” a „głos jest nośnikiem emocji”. Jakich? Czy weszliście już do środka? Podobnie gimnazjaliści szamoczący się w kolejce do wejścia do Café de la Danse wychodzą już w milczeniu. Wszystko odbywa się wewnątrz każdej osoby, jak w ciemnym lesie. Wiolonczela, puzon, skrzypce i gitara powodują drżenie, lecz za każdym razem, po chwili ciszy, głos Olivi Pedroli rozświetli was miękkim światłem, niczym świeca pośród liści… O aromacie miodu i werbeny.

Ft. Główne : ©Yann Mingard; Olivia Pedroli przy pianinie w studiu : ©Ernir Eyjólfsson; na koncercie w Paryżu : ©Emmanuel Haddad; vidéo : Raise Erase : ©Soul Kitchen