Oliwia Thomas: w wakacje wypoczywać. Aż do pierwszej krwi.  

Artykuł opublikowany 17 sierpnia 2015
Artykuł opublikowany 17 sierpnia 2015

W swojej serii „Hopeless Holidays” fotograf Oliwia Thomas uchwyciła przytłaczający przymus dobrej zabawy, który towarzyszy turystom podczas ich letnich podróży. Są zmęczeni, poparzeni słońcem i wcale nie mają ochoty uśmiechać się do zdjęć w scenerii plastikowych palm, lazurowych basenów i kolorowym neonów plażowych barów. Ale przecież za to właśnie zapłacili. 

Oliwia Thomas ukończyła warszawską ASP na wydziale Sztuki Mediów u Krzysztofa Wodiczko. Zajmuje się fotografią, filmowaniem, malarstwem, soundscape’em i komunikacją w założonym przez siebie i przyjaciół stowarzyszeniu Mchy Porosty promującym polskich designerów. Nawet kiedy nie wyjeżdża, a robi to bardzo często, wszędzie czuje się jak turysta, badacz, ornitolog. Wiecznie podgląda, wsłuchuje się i rejestruje. Mówi o sobie, że jest lekko uzależniona od internetu.

instagram.com/oo.thomas

O zdjęciach

Kulinarne odniesienia do opalenizny takie jak: być spieczonym czy usmażyć się na plaży, wcale nie są tylko grą słowną. Podobno najlepszym przepisem na zarumienioną skórkę (spieczona skórkę) można osiągnąć smarując całe ciało oliwą z oliwek lub olejem słonecznikowym. Jeżeli skóra nazbyt się zarumieni, wieczorem na poparzenia najlepsze są okłady z maślanki. Kiedy i to nie wystarcza, a skóra wciąż jest gorąca, warto wieczorem udać się do baru na gin z tonikiem lub wódkę z lodem – rozgrzany organizm świetnie wtedy oddaje skumulowane w ciągu dnia ciepło.

Czy istnieje dobry przepis na udane wakacje?

Z tym bywa ciężko. Miło jest oglądać na Googlu zdjęcia wysp z białym piaskiem, bezchmurne niebo i bujną roślinność, siedząc domu na kanapie, o czym również wspomina Alain de Botton w książce „Art of Travel”. Kłopoty zaczynają się później, kiedy te nieprzyzwyczajone do upałów dzieci klimatu umiarkowanego wyjeżdżają z całą rodziną, na wydawać by się mogło, miły urlop.

W sierpniu oczywiście, kiedy gorąco jest w całej Europie, każdy z członków rodziny ma przecież wolne.

Hopeless Holidays

Po przylocie i poskromieniu pierwszych strug potu, dostrzegają napis „WITAMY W RAJU”. Wpakowani do małego busa, wywożeni są daleko od wszystkiego. Po przejechaniu złotych bram hotelu już nic nie będzie takie samo. Teren przypomina wielka dioramę wypchaną rzeźbami ze stiuku, szydzącymi z lokalnej kultury. Wszystkie znaki są duże i krzykliwe, jak gdyby miały za zadanie za wszelką cenę docierać do zmrożonych oczu turystów.

Pory posiłków ingerują w plan dnia tych ostatnich tak bardzo, że pierwszy dzień spędzają na bieganinie między morzem, basenem a kantyną. Wieczór wita ich smutnym przedstawieniem na scenie hotelowego amfiteatru. Po lodach z budki na plaży, zjedzonych w milczeniu, wszyscy uświadamiają sobie, że mają już dość. Turnus trwa jeszcze przez 13 dni. Kolejne doby upływają na coraz bardziej kąśliwych uwagach.

.

.

Każdemu upał daje się we znaki. Denerwujące staje się już wszystko, a w szczególności obywatele innych krajów, których spotykają w czasie posiłków (tu bardzo trafne stają się uwagi zawarte we fragmencie o wakacjach w Turcji z „Możliwości Wyspy" Houellebecqua).

.

.

.

.

.

.

.

Apogeum nieszczęść przypada na połowę wyjazdu. Do tego momentu wszyscy wysłuchali już najgorszych uwag o sobie i własnym paskudnym charakterze. Z zepsutym humorem ciężko się bawić. W snach marzą już o powrocie do domu. Ostatnie dni spędzają na obowiązkowym shoppingu w poszukiwaniu pamiątek dla dziadków i przyjaciół, co również podsyca atmosferę kłótni. Każdy chce coś dla kogoś i zawsze znajdzie się ktoś, kto w tym sklepie zostanie za długo, a słońce w pełni. Dzień wylotu. Wracają zużyci, z wyczerpanym budżetem, ale opłacało się.

.

.

.

.

.

.

.

Wydawać by się mogło, że to już wszystko. Jednak nie. Przecież przygody najlepiej przeżywa się w towarzystwie. Podróżnicy z all inclusive zapraszają znajomych na slideshow puszczanym na plazmie, w którym na 500 zdjęć, 200 jest nie poprzekręcanych (można sobie nadwyrężyć kark ciągłym przechylaniem głowy), a kolejne 100 jest powtórzeniem zdjęć obiektów z różnych perspektyw. Ciężko przerwać ten 3-godzinny seans, wiec kiedy zostaniecie na niego zaproszeni, warto jest kupić butelkę wina dla gospodarza i popijać je dużymi haustami, wierząc, że, jak wino na wernisażu, zadziała zmiękczająco na percepcję.