Palestyna widziana od wewnątrz: Tydzień w Nablusie

Artykuł opublikowany 25 marca 2015
Artykuł opublikowany 25 marca 2015

[Opinia] Renaud Arents, 30-letni pracownik socjalny, który przez ostatnich 6 lat mieszkał i pracował w Hiszpanii, podjął sie wolontariatu w palestyńskim Nablusie, w ramach organizowanego przez Komisję Europejską programu Erasmus+. Na swoim blogu Renaud przedstawia osobiste przemyślenia i doświadczenia zgromadzone podczas pobytu w Palestynie.

Spróbuj wyobrazić sobie Palestynę. Gotowy? Otóż gwarantuję ci, że to, na co właśnie patrzę z balkonu bardziej przypomina widok z twojego okna, niż to, co najprawdopodobniej sobie wyobraziłeś.

Nablus to liczące jakieś 2 000 lat miasto położone w dolinie między dwiema górami: Ebalem i Gerizim. Mieszka w nim około 150 tysięcy osób. Od 1967 roku Nablus znajduje się pod okupacją Izraela. W pewien sposób przypomina mi Grenadę – hiszpańskie miasto pełne arabskich akcentów i wąskich, pagórkowatych uliczek. Do tego jedna z tutejszych ulic nosi nazwę Garnata.

Życie codzienne

Spacerując po Nablusie czuję się bezpiecznie, jakby okolica była mi doskonale znana. Przypomina to Hiszpanię, z kilkoma drobnymi różnicami. Ludzie są tu bardziej życzliwi i uprzejmi, niż ci, do których przywykłem. Często zapraszają mnie na herbatę i krótką pogawędkę. Chętnie pomagają dotrzeć do docelowego miejsca, gdy nie wiem, jak trafić i pozdrawiają mnie, gdy nasze spojrzenia się spotkają. W sumie poznałem tu więcej ludzi znających angielski, niż przez sześć lat spędzonych w Hiszpanii.

Nablus to dynamiczne miasto, w którym godziny szczytu trwają całą dobę. Taksówkarze wyżywaja się na klaksonach, ludzie wiecznie śpieszą się do szkoły, pracy lub na uczelnię. Poprzeplataną ciasnymi uliczkami starówkę wypełniają maleńkie sklepiki. Sa tu piekarnie, sklepy mięsne, bary, fabryczki mydła, stolarnie i pracownie artystyczne. Historyczne miasto doskonale prosperuje pod względem gospodarczym. A ponieważ można tu dostać praktycznie wszystko, Nablus często przyciąga mieszkańców okolicznych wiosek. 

Jest to miejsce bardzo religijne. Pięć razy dziennie z głośników wybrzmiewa głos muezina i echem roznosi się po całym mieście. To adhan, czyli wezwanie do modlitwy - dźwięk delikatny i przyjemny dla ucha. No, może z wyjątkiem poranków, kiedy zrywa mnie ze snu o 5 rano, nawołując do modlitwy. Mieszkam obok pięknego meczetu, więc taka pobudka ma miejsce każdego dnia. 

W międzyczasie ludzie starają się żyć normalnie i mimo stale wiszącego nad ich głowami miecza Damoklesa, próbują korzystać z życia najlepiej jak potrafią. Tak właśnie zrodził się projekt Music Harvest, do którego należę. Pierwotnie była to inicjatywa zagranicznej organizacji, już od kilku lat ciesząca się statusem długofalowego programu. Dzisiaj Music Harvest w Nablusie jest prowadzony przez palestyńską organizację Project Hope. I choć oba projekty zatrudniają odpłatnych pracowników, mogą też liczyć na pomoc dzięsiątek miejscowych i międzynarodowych wolontariuszy. I tak właśnie się tu znalazłem. Jednak w odróżnieniu od większości wolontariuszy, zamiast uczyć języków obcych, prowadzę warsztaty muzyczne.

Kultura lokalna

W czasie mojego pobytu, dwa razy w tygodniu uczęszczam na lekcje arabskiego z Hassanem. Do tego uczę się gry na oudzie (czyli przodku współczesnej gitary) od wielkiego Habib al Deeka. Ten wybitny muzyk był na tyle uprzejmy, że po zaledwie pięciu minutach naszej znajomości zaprosił mnie do siebie na imponujacy pokaz gry na instrumencie i przepyszny tradycyjny posiłek.                                                                                         Muszę przyznać, że miejscowa kuchnia to uczta dla podniebienia. Odkryłem nowe smaki i przyprawy, których nigdy wcześniej nie znałem, ba, nie wiedziałem nawet o ich istnieniu. Wszystkim polecam skosztować miejscowych serów oraz Maklube – tradycyjnego dania z ryżem, czy słynnego ciasta serowego – Kanafe. Jednak najpierw obowiązki, potem przyjemności. Przecież przyjechałem tu pracować, a nie tyć! Dlatego w tym tygodniu rozpocząłem pracę. Razem z młodym wolontariuszem z Wielkiej Brytanii i miejscowym tłumaczem, odbyliśmy pierwsze spotkanie z dzieciakami z domu kultury. Wszystko poszło gładko. Oprócz nich, będę też pracował z trzema innymi grupami – jedną w centrum młodzieży, kolejną w pobliskiej wiosce i ostatnią, w obozie dla uchodźców. 

Cel? Rozwijać ich umiejętności muzyczne. Dołożę wszelkich starań, by nauka była przede wszystkim dobrą zabawą, zarówno dla nich, jak i dla mnie. Pomogę im w tworzeniu i nagrywaniu własnych utworów. Planujemy też zorganizować wspólne spotkania, by dzieciaki z różnych środowisk mogły lepiej się poznać.

Jeśli chodzi o kwestię finansową, wszystko jest droższe niż oczekiwałem, ponieważ Palestyńczycy płacą dwa podatki: jeden na rzecz własnego kraju i drugi, idący prosto do kieszeni okupanta. Można znaleźć tu trochę miejscowych produktów, ale większość towarów jest importowana z Turcji, Chin, i oczywiście z Izraela.

Miasto rozbrzmiewające historiami

Z tak nakreślonym tłem łatwo uwierzyć, że Nablus to zwyczajne miasto, którego mieszkańcy wiodą normalne życie. Po przyjeździe to szybko zdajesz sobie jednak sprawę z tego, że tak nie jest. Codziennie przypominają ci o tym izraelskie myśliwce. To miasto okupowane, oflagowane zdjęciami poleglych bojowników o wolność i buntowniczym graffiti.                                                                                                                                            Ludzie opowidają ci swoje historie. O tym, jak okupator decyduje komu wolno wyjechać z miasta, a kto musi zostać, i na jak długo. O upokorzeniu, jakiego doznają mężczyźni, kobiety i dzieci, zarówno ci miejscowi, jak i odmiennych narodowości. Na lotnisku, podczas przypadkowych kontroli, właściwie wszędzie! Do tego kontrolerom wolno skonfiskować dosłownie wszystko. Niektóre z opowiadanych historii dotyczą znajdujących się w Nablusie trzech obozów dla uchodźców, w tym największego w Palestynie: obozu Balata. Mówi się także o tym, jak 30 tysięcy uchodźców musi pomieścić się na 250 tysiącach metrów kwadratowych. O ludziach, którzy dawno stracili wszystko i, stale deportowani wewnątrz własnego kraju, pozbawieni wszelkiej nadziei, muszą żyć na peryferiach miast.

Są też opowieści o osadnikach, którzy pragną pokoju. A może chodzi im o kawałek ziemi? (ang. „peace" – pokój, „piece" – kawałek, część). Niektóre historie opisują osiedleńców, którzy przejeżdżając obok obozu strzelają do dzieci, bo te rzuciły w ich stronę kamieniem. Zdarzają się opowieści o tym, jak ludzie zmieniają bieg rzeki w stronę własnych osad i zatruwają resztę wód, historie o byłych generałach, którzy spędzili dwadzieścia lat w izraelskich więzieniach. Rozmawia się o braku wody i pożywienia,  czy trwających długie okresy awariach prądu. Nablus to miasto rozbrzmiewające historiami.

Słyszysz je, i choć czasem zdarza ci się na chwilę zapomnieć, o tym, że kraj jest okupowany, przypominają ci o tym. Wtórują im odrzutowce i strzały, które słuchać nocą. Strzały wyjętych spod prawa, mieszkających w obozach uchodźców, usilnie walczących z władzą palestyńską.