„Państwo kinematografii” w zatoce Loch Ness

Artykuł opublikowany 2 września 2009
Artykuł opublikowany 2 września 2009

Z przykrością stwierdzam, że ten artykuł nie został jeszcze poddany edycji i nie jest jeszcze opublikowany w żadnej grupie.

„A pilgrimage”, pielgrzymka. W taki właśnie sposób aktorka Tilda Swinton i dokumentarzysta Marc Cousins ochrzcili ich wędrowny i szalony festiwal stworzony w hołdzie kinematografii. Od pierwszego do dziewiątego sierpnia, w całej Szkocji zostały wyświetlone arcydzieła dziesiątej muzy. Wspomnienie tego poetycko-politycznego tygodnia, miedzy snem a jawą...

(zdj.: Tobias Rauscher)„Pamiętasz ten film, ‘Cinema Paradiso’? Stojąc boso na piasku, twarzą do Morza Północnego, nad którym położony jest Nairn, mały kurort nadmorski na północ od Aberdeen, słucham Janet. Jest późno. Przy ognisku popijamy tanie porto kupione w promocji w sklepiku za rogiem. Butelka jest już prawie pusta. Nadszedł szósty dzień naszej pielgrzymki przez Szkocję, ze Wschodu na Zachód, z Glencoe do Nairn. Niedługo i ona się skończy. „Pamiętasz ‘Cinema Paradiso’? Tą chwilę w sali kinowej, w której widzowie krzyczą, wstają z miejsc i biją gromkie brawa, zelektryzowani tym, co widzą na ekranie. Mam wrażenie, że to jest dokładnie to, co przeżywaliśmy tutaj, przez cały tydzień.”

Toutankhamion

Pamiętam ‘Cinema Paradiso’. A szczególnie wspominam, stojąc boso na piasku, tą niesamowitą kinematograficzną wędrówkę, w której wzięłam udział przy boku aktorki Tildy Swinton i dokumentarzysty Marka Cousinsa. Dwoje szalonych kinomanów, którzy stworzyli święto kina wędrownego przy pomocy ogromnej, niebieskiej ciężarówki i czterdziestu stałych widzów, którzy przybyli z czterech stron świata. Brytyjczycy, Niemcy, Kanadyjczycy, Belgowie czy Francuzi. Studenci, licealiści, przyszli policjanci, nauczyciele, pracownicy społeczni, producenci czy kinomani ciągnący za sobą kolosa na kółkach, odwiedzając malutkie miasteczka czy to nad zatoką Loch Ness, czy te, ukryte w cieniu Great Glen, w sercu Highlands. Dla Janet, dla mnie i dla pozostałych uczestników, kino pozostanie na zawsze niebieskie jak ciężarówka. Na malej metalowej tabliczce, która umieszczono w kabinie kierowcy napisane jest „Toutankhamion”. Każdego popołudnia, na parkingu przed szkołą albo nad brzegiem jeziora, w Strontian, Fort Augustus czy Dores, ciężarówka przechodzi swoja przemianę. Ścianki działowe rozsuwają się i powoli przeistaczają się w salę kinową. Ekran, kabina kinooperatora, 80 miejsc : ta „screen machine” była naszym światem podczas jednego tygodnia, który spędziliśmy wśród wiejskich dróg Szkocji i jej dramatycznych i przejmujących krajobrazów.

(zdj.: Peter Knegt)

After eights dla każdego

Wymachując flagą z napisem „Państwo kinematografii” zatkniętą na dwóch rozczochranych miotłach, do złudzenia przypominających ich fryzury - w taki właśnie sposób Swinton i Cousins trzy razy dziennie witali widzów: nowych i tych nawróconych, miejscowych i przejezdnych turystów. Czyste wcielenie aktywizmu połączone z odprawianym co wieczór szalonym i niezmiennym rytuałem: taniec wokół oniemiałych ze zdziwienia widzów, hymn (za każdym razem inny, od Elvisa Presleya do Patti Smith, przez nową wersję Personal Jesus zespołu Depeche Mode śpiewaną przez Marilyn Mansona) następnie wygłoszenie deklaracji niepodległości „Państwa kinematografii”. Do dokładnego opisu brakuje tylko szczekającej suczki Tippy, Tildy częstującej czekoladkami „After eights” na chwilę przed seansem o 21:00 (o osiemnastej rozdawano ciastka), czarnego kiltu Marka Cousinsa, whisky i naszych natchnionych choreografii, do których dodatkiem były transparenty z nazwiskami takich reżyserów jak Kurosawa, Cyd, Charisse, Jacques Tati, Vincente Minelli, Malcolm MacLaren czy Matt Hulse.

Kurosawa, Tati, Bresson

(zdj.: Peter Knegt)„Pamiętasz jak oglądaliśmy ‘Noc myśliwego’ wrzeszcząc jak niedorozwinięci umysłowo?” Wydmy za moimi plecami. Siedzę i śmieję się myśląc o Robercie Mitchumie i mierzącej do niego z pistoletu Lilian Gish. Wspominam „Zimny dreszcz”, w którym pewien Japończyk przemierza Islandię aby oddać ostatni hołd rodzicom - ofiarom wypadku samochodowego. Rozmyślam o ukulele - hawajskiej gitarze Matta Hulse w „Follow the master”. Wracam pamięcią do wspaniałego filmu zrealizowanego przez nieżyjącego już Roberta Bressona „Na los szczęścia, Baltazarze!”. I do listu wysłanego przez panią Bresson, w którym dziękuje Tildzie i Markowi za to, że pozwolili publiczności odkryć na nowo dzieło jej męża. Wspominam role Jamesa Cagney’a w Nocnych motylach, i postać Pana Hulot w filmie Jacques’a Tatiego. Pamiętam oczy wiedźmy w Tronie we krwi Kurosawy. I łzy w oczach Tildy Swinton po skończonej projekcji „A Canterbury tale”. Pamiętam wszystkie filmy: irlandzkie, brytyjskie, hinduskie czy japońskie. Każdy z nich będący oknem na świat.

(zdj.: Janet McBurney)

Otwieram książkę Marka Cousinsa, „The story of the Films”, znalezioną w małej bibliotece w Nairn: „Kino jest jedną z najbardziej dostępnych form sztuki” - napisał Mark we wstępie. „Jego zrozumienie nie wymaga bycia koneserem.” Ognisko dogasa. W butelce została ostatnia kropla porto. Może Janet, ja i pozostali powinniśmy włożyć do niej list i wrzucić ja do morza. Jedno zdanie: „To my, obywatele Państwa Kinematografii. Oto co pozostało naszej pamięci. Przyłączcie się do nas a razem stworzymy nowe wspomnienia”.